Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Kozy chodzą tam, gdzie chcą

Kozy chodzą tam, gdzie chcą
„Nie jestem czarownicą”
reż. Rungano Nyoni
„Nie jestem czarownicą”
Francja, Wielka Brytania 2018

Pierwsze ujęcie: wnętrze pełnego turystów autobusu. Wycieczkowicze zaraz wysiądą z autokaru razem ze swoimi aparatami i oczekiwaniami, by chłonąć prawdę o Afryce, jaką Afryka zechce im sprzedać. W tle słychać Vivaldiego. Bardziej biało i europejsko być nie może. Nie ma co ukrywać: z fotela kinowego w średnim europejskim kraju patrzy się na Afrykę niczym z zza okna turystycznego autobusu, niczym na tajemniczą krainę utkaną ze stereotypów i mitów. Reżyserka  Rungano Nyoni, urodzona w Zambii i wychowana w Walii, bierze to jednak za dobrą monetę i – w służbie prawdy – opowiada nam baśń.

Jak na baśń przystało, mamy zatem małą dziewczynkę oraz czary. 9-latka, bezdomna i bezimienna, oskarżona o uprawianie magii, zostaje wysłana do obozu dla czarownic. Tam nazywa się Shulą, czyli „Wykorzenioną”, i stawia przed wyborem: może zostać kozą albo czarownicą. Wybiera to drugie i dołącza do grupy kobiet, które spędzają życie w zamknięciu, uwiązane białymi tasiemkami do gigantycznych kołowrotków, żeby „nie mogły latać”. Służą one za tanią siłę roboczą. Na co dzień pracują w polu, a od czasu do czasu wystawia się je na widok turystów, niczym w ZOO, albo wozi po okolicy, by przy użyciu swoich „mocy” rozwiązywały rozmaite problemy. „Kolego, to własność państwowa”, mówi o „wiedźmach” zarządzający ich egzystencją przedsiębiorca. Ciekawostka: czary budzą strach, póki nie zaprzęgnie się ich w machinę biznesu i prawa.

Shula pojawia się więc w telewizji sprzedając „zniesione przez siebie” jajka albo rozstrzyga w procesie o kradzież. Przyjmuje pozę autorytetu, radzi i sądzi, ale w rzeczywistości jest marionetką, popychadłem i trybikiem chałupniczego showbiznesu. Reżyserka pokazuje dramat bohaterki, ale zarazem wydobywa groteskowość jej położenia i afrykańskiego krajobrazu w ogóle. Nyoni filmuje w stoickich, niby-dokumentalnych ujęciach, z kamienną twarzą obserwując, jak spod warstwy surowej rzeczywistości wypełzają absurdy, dysonanse. Kurz i bieda sąsiadują tu z powidokami Ameryki: dzwonkiem telefonu na melodię piosenki Old MacDonald Had a Farm albo turystkami strzelającymi sobie selfie z małą Shulą. W jednej ze scen obozowe czarownice przymierzają peruki Beyoncé, Kim Kardashian i Rihanny: nazwiska gwiazd poprzekręcane są na afrykańską modłę, a model wyzwolonej zachodniej pop-seksualności kontrastuje z opresyjną rzeczywistością Zambijek. 

Nyoni oczywiście przerysowuje obraz afrykańskich realiów, ale opowiada o prawdziwym problemie. Tu i tam w Afryce oskarżenie o czary wciąż funkcjonuje jako narzędzie wykluczenia i społecznej dominacji. To wygodny – i okrutny – sposób pozbycia się niechcianej matki czy uciążliwej sąsiadki. Nyoni dokumentuje ten terror, piętnuje afrykańskie patologie - ale zarazem wprowadza szerszy kontekst; baśniowy surrealizm jej filmu to nie tylko cepeliowski lukier. „Nie jestem czarownicą” można przecież czytać jako feministyczną przypowieść o procesie uspołeczniania - czytaj: kontrolowania - kobiet. Baśniowa figura „czarownicy” służy tu za symbol, metaforę płci, której męskocentryczna kultura przypisuje podrzędną i posłuszną rolę.

W znamiennej scenie żona zarządzającego Shulą biznesmena ujawnia dziewczynce, że sama kiedyś była czarownicą, ale „zyskała szacunek przez małżeństwo”. „Jak to osiągnęłam?”, pyta retorycznie i zaraz sama sobie odpowiada: „Robiłam wszystko, co mi kazano”. Oto przekaz, jaki ma dla wielu kobiet społeczeństwo, niekoniecznie afrykańskie, także to, niby-wyzwolone, zachodnie: słuchaj się. A najlepiej wyjdź za mąż, żeby móc słuchać się męża. Nic dziwnego, że Shula w końcu konstatuje ze smutkiem: „Żałuję, że nie zostałam kozą. Kozy mogą chodzić, gdzie chcą”.

Data publikacji: