Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Kinoteoria wszystkiego

Kinoteoria wszystkiego
Photon
reż. Norman Leto
Photon
2017

Z muzeum historii naturalnej jakoś nie po drodze do galerii sztuki. W obu niby przechadzamy się w białych kubikach, chłonąc ekspozycję, a jednak dostarczają one zgoła różnych doświadczeń. Mimo to – a może właśnie dlatego – Norman Leto zapamiętale usiłuje pogodzić języki sztuki i nauki, a przy tym nie dać się hermetycznym tendencjom obu. Drogę ucieczki od artystycznej pretensji z jednej i uczonego żargonu z drugiej strony dostarcza mu po raz kolejny kino. Photon jest kontynuacją jego dotychczasowych dokonań, ale też otwiera nowe perspektywy.

Kto widział poprzedni film Normana Leto, Sailor, z pewnością pamięta z niego tzw. bryły życiorysów. Wiszące w przestrzeni dziwaczne kształty przypominały w istocie coś, co można zobaczyć w galeriach rzeźby współczesnej, choć Leto wzbogacił je o element, przed którym artyści zazwyczaj się bronią: komentarz. Rozcapierzone struktury były bowiem ilustrującymi społeczne procesy wykresami, wizualizacjami zamykającymi ludzkie biografie w trójwymiarowych spazmach. Autor pokazywał nam na przykład przypominający gładką kulę życiorys rośliny doniczkowej, a zaraz potem rozgałęziający się we wszystkie strony (czytaj: niezwykle wpływowy) życiorys Stalina. Ktoś powie, że twórca nieco zbyt dosłownie przepisał naukowe doktryny na formy artystyczne. Ale przed pułapkami banału, uproszczenia czy nadęcia ratowały go przebłyski humoru – Leto zdradzał bowiem wyraźny dystans wobec konwencji głoszonego ex cathedra wykładu. W Photonie jeszcze wyraźniej odcina się od naukowej powagi, mimo że bierze na warsztat dużo bardziej „naukowy” temat.

W Sailorze Leto przykładał język nauki do materii życia, tym razem robi odwrotnie – „życiowym” językiem przybliża sprawy nauki. Photon jest w istocie opowieścią o procesie szeroko rozumianej ewolucji. Leto pokazuje nam narodziny i rozwój materii, zagląda do głębin ludzkiego ciała i mózgu, pozwala też sobie na wizję przyszłości. Spekuluje, jaki będzie dalszy ciąg zjawisk, które zaczęły się miliardy lat temu. Zamiast procesów społecznych i ludzkich biografii wizualizuje teraz molekuły, gluony, protony i inne kwarki. Czyli wciąż przepisuje na obrazy to, co – choć istnieje – pozostaje niewidzialne, co nieraz (paradoksalnie!) i tak trzeba brać na wiarę. Ale mimo że zmusza do umysłowych wygibasów, nie zastrasza nas żargonem, nie zasłania się skomplikowaniem tematu. Wręcz przeciwnie, kolejne zjawiska tłumaczy – jak to się mówi – „własnymi słowami”. Płynąca z offu narracja (głos Andrzeja Chyry) uderza więc swoim luźnym tonem, osobistymi dygresjami, potocznością języka – pozwalającymi lepiej zrozumieć to, co jawi się na ekranie.

Chyra pojawia się zresztą również przed kamerą, jeszcze bardziej rozluźniając naukowy gorset. W ramie narracyjnej filmu grany przez aktora naukowiec udziela telewizyjnego wywiadu. Leto dokłada tu kolejne piętro komentarza: Chyra jest po trosze porte-parole artysty, a po trosze figurą „odklejonego” badacza. Pytany przez dziennikarkę o sprawy osobiste, wciąż ucieka w naukowe metafory, jakby nie potrafiąc myśleć inaczej niż za pomocą terminów, narzędzi i teorii, które wykorzystuje w pracy. Wywiad to zatem jakby odwrotność jego wykładów, w których sprowadza arkana fizyki, chemii i biologii do codziennych, ludzkich przykładów: cierpiącego na chorobę Parkinsona ojca czy robiącej na drutach matki (granych zresztą przez rodziców samego autora).

Leto rozpycha tu granice wyznaczone poprzednim filmem: elementy dokumentalne, biograficzne przesuwa bliżej fikcji, a paranaukowe wizualizacje – bliżej właściwej nauki. Ale wciąż nie sposób zamknąć jego twórczość w gatunkowej szufladce, znaleźć prosty punkt odniesienia. Photon nie przypomina bowiem ani poetyckich wizji z Voyage of TimeDrzewa życia Terrence’a Malicka, ani popularnonaukowego chleba razowego miniserialu Kosmos. Jeśli zostawić samą narracyjną klamrę – dostaniemy film fabularny. Jeśli komentarz zza kadru – luźny referat z eseizującymi wtrętami. A jeśli same obrazy – wideo-art, instalację rodem z galerii.

Nie ulega jednak wątpliwości, że to właśnie obrazy pozostają tu najważniejsze. Od abstrakcyjnych plam i smug, od baletu kształtów i kolorów Leto gładko przechodzi do motywów rodem z horroru czy science fiction: portretuje drapieżne i pasożytnicze zachowania na poziomie mikrokomórkowym czy prowokuje nas do wyśnienia wizji jutra. Pozwala zachwycić się swoją wizją życia, buduje pomost między nauką a estetyką, między wiedzą a pięknem. Wciąż jednak regularnie przypomina zza kadru, że pokazuje nam rzeczy, które „w rzeczywistości” w ogóle nie mają kształtów czy kolorów, które nijak nie „wyglądają”. I tu jest chyba sedno jego metody. Tam, gdzie nauka stawia granicę – nazwijmy ją, jak chcemy: granicą rzetelności czy granicą poznania – sztuka może iść dalej. Dlatego ból przeładowanej informacjami głowy potrafi zamienić czasem w prosty zachwyt. 

Data publikacji: