Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jan Błaszczak

Jak amen w pacierzu

Jak amen w pacierzu
„Freedom”
Amen Dunes
„Freedom”
Sacred Bones, 2018

Przez lata Damon McMahon – lider formacji Amen Dunes – był dla mnie artystą drugiej kategorii. Nie oznacza to, że nie lubiłem jego folkrockowej twórczości. Przeciwnie, uważałem ją za bardzo przyjemną, ale w wolnym czasie prędzej sięgnąłbym po płyty Kurta Vile’a, o albumach Syda Barretta nie wspominając.

Zresztą, w takim trwaniu w drugim szeregu nie ma nic złego, dotyczy to przecież znakomitej większości artystów. Aby mniej więcej orientować się w tym, co dzieje się w muzyce, większość albumów trzeba szybko odłożyć na półkę. Sam regularnie wracam do 20, może 30 płyt z danego roku. A Love – poprzedniego krążka zespołu Amen Dunes – po raz ostatni słuchałem przed ich koncertem na OFF Festivalu w 2014 r. Później już jakoś się nie złożyło. Jedynym utworem, do którego regularnie wracałem w ostatnim czasie, było Siren Song, czyli rewelacyjna, poruszająca piosenka z repertuaru nieodżałowanego Tima Buckleya. Fakt, że moją ulubioną piosenką McMahona był cover mówi trochę więcej o moim stosunku do tego artysty.

Używam czasu przeszłego, ponieważ moja relacja z Amen Dunes zmieniła się wraz z premierą płyty Freedom. To bez wątpienia ich najlepszy krążek, najbardziej przystępny i rozbudowany zarazem. Momentami w swoich klasyczno-rockowych zapędach zapuszczają się w rejony okupowane przez War on Drugs czy Arcade Fire (vide: utwór Skipping School). W przeciwieństwie do wspomnianych zespołów Amen Dunes udaje się uniknąć stadionowego patosu, choć kawałkom zebranym na Freedom nie brakuje hymnicznej podniosłości. Nie bez przyczyny w otwierającym płytę Blue Rose Damon McMahon deklaruje, że tworzy muzykę religijną. Być może, ale brzmi ona bardziej jak zapis hipisowskich narkotycznych wizji niż twórczość oazowa. Ten psychodeliczny rys wzmacnia charakterystyczny sposób śpiewania wokalisty – rozciąganie słów i zabawa ich rytmem. Jest w tej ekspresji coś ze wspomnianego Tima Buckleya, ale i coś z Dana Bejara. Niewątpliwie mamy do czynienia z głosem, który wyróżnia się z tłumu folkrockowych bardów.

Wspomniany psychodeliczny duch i popowa lekkość zbliżają piosenki Amen Dunes do nagrań Kurta Vile’a i zachęcają, by nie wyciągać Freedom z odtwarzacza. Warto dodać, że McMahon ma sporo do zaoferowania również wnikliwym i ciekawym głębszych odniesień słuchaczom. Najciekawszy wątek, który przewija się przez jego najnowszy album, to polemika z kultem męskości. Nie ma w niej nachalnej retoryki – wszystko rozgrywa się tu w subtelnościach – jak choćby we wspomnieniach przywołujących ojca narkomana czy Mikiego Dorę, ikonę surfingu i szowinistę o skrajnych poglądach. Doceniam metaforykę McMahona, ale muszę przyznać, że w tym wypadku traktuję ją raczej jako miły dodatek. I nawet wtedy, gdy wyśpiewuje proste prawdy, jak w Believe („tak, życie mija, a to jest tylko piosenka/ale wciąż robię to dla ciebie/robię to dla ciebie”) słucham go ze świadomością, że Vile i Barrett będą musieli oddać mu trochę miejsca na moich półkach.

Data publikacji: