Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Destroix
Maciej Stroiński

Gangsta’s Paradise

Gangsta’s Paradise
„Kariera Artura Ui”
tekst Bertolt Brecht, reżyseria Remik Brzyk
„Kariera Artura Ui”
Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Powiedziałbym, że Majnicz urodził się do tej roli, gdyby była taka rola, do której się nie był urodził. Ale do tej urodził się bardziej niż choćby do Jasieńskiego, który niedługo złazi z afisza, więc sobie zobaczcie (Narodowy Stary Teatr). Na tyle sposobów dałoby się skopać tytułową rolę w Karierze Artura Ui… Większość facetów aktorów poszłaby w „prawdziwe męstwo” lub w drobne cwaniactwo. W szpiega z Krainy Deszczowców. A Ui mieć musi w sobie coś takiego, co nie daje spać kolegom, by było sens mówić o jakiejś jego karierze. Niby musi być male manem, ale – jak Tony Soprano – najlepiej wyjdzie, gdy to czymś przełamie.

Ui Majnicza jest trochę kukłą, trochę robotem, zwłaszcza na początku. Chyba chodzi o to, że właśnie kukła w końcu porwie tłumy. Bardzo doceniam, że nie idzie w „wielką rolę”, bo nie gra Makbeta ani „wroga ludu”, tylko „ochroniarza” z mafii warzywniczej. Taka okazja, a nie robi wielkich gestów. Numerasy – owszem, ale ja akurat jestem targetem jego numerasów. Ciekawe, jak koledzy z obsady radzą sobie z bólem dupy. Chyba że się pogodzili ze swą drugoligowością (lepsze to, niż trzecia liga), ze swą tełkowością, z tym, że ich dyrekcja uprawia outsourcing, sztukuje fajnymi z zewnątrz, bo swoimi nie uciągnie. Bo jak myślicie, czemu Radosław Krzyżowski, kiedyś twarz tego teatru, wolał do Starego?

Wspaniałość Majnicza najlepiej widać na tle innej gwiazdy. Wchodzi Andrzej Grabowski, żeby pokazać młodszemu koledze, JAK JEST, i nie byłbym pewien, kto tu komu pokazuje. Robią wspólne czytanie performatywne Juliusza Cezara i starszy uczy młodszego mówić. Haha. To ze strony Grabowskiego autoironiczny występ.

Brechta podobno trzeba robić po brechtowsku, bo spadkobiercy wiszą na artystach, ale to już niedługo, za parę lat skończą się prawa, skończy się wiszenie. Artyści się zemszczą i tak przecwelują dorobek Bertolta Brechta, że tylko tytuł zostanie.

Dobre, a przynajmniej różne, ustawienia światła. Znowu żywy ogień, jak w poprzednim tytule Słowaka z Michałem Majniczem. Płomienie w MOS-ie jeszcze rozumiałem, ale zjarać Dużą Scenę jest o niebo łatwiej. Nie powiem dlaczego, by nie zdradzać zakończenia, ale czy chcesz, czy nie, dasz spektaklowi brawa na stojąco.

Nawet nie piszę, o czym jest ta sztuka, bo jest o tym samym, co cały XX wiek, o tym samym na przykład, co Plac Bohaterów. Może tylko tyle dobrze, że temat XX wieku Brecht wałkuje na zimno. Żadne tam „ezoteryczne źródła nazizmu”, tylko konkret: przemoc. Przestępczość zorganizowana to ma wspólnego z państwem, że przywłaszcza sobie monopol na przymus – dla twojego dobra. Państwo tym się różni, że robi to zgodnie z prawem. Narodziny polityki z ducha gangsterki. Cytując klasyka: „Ojciec Hitlera ciągle go napierdzielał”.

Oprócz że widzem spektakli, jestem widzem towarzystwa, anteną tym czulszą, od kiedy na własne życzenie pozbawioną Fejsa. Ludzie przy mnie mówią, co myślą, zamiast tylko myśleć. Spektakl się trochę nie przyjął w Krakowie, ale ja trochę nie jestem z Krakowa, ja tu tylko krytykuję. Żeby wszystkim zrobić dobrze, ocenię krakowskim targiem: Arturo Ui w reżyserii Brzyka nie jest ani dobry, ani nie jest zły. Jest NIEZŁY.

Data publikacji: