Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Danse macabre

Danse macabre
„Climax”
reż. Gaspar Noé
„Climax”
Francja, 2018

Mówi się, że Climax to pierwszy film gatunkowy w karierze Gaspara Noégo. Trzeba jednak zaraz dodać, że najważniejszym gatunkiem, jaki reżyser bierze tu na tapetę, nie jest horror czy film taneczny. W Climaxie twórca NieodwracalnegoWkraczając w pustkę robi przecież gatunek filmowy z siebie samego, bawi się tym, co oznacza podpis „Gaspar Noé”. Chronologia jest więc zaburzona, napisy końcowe pojawiają się na początku, czołówkę zmontował ktoś ze srogim ADHD, kamera płynie w niekończących się ujęciach. Są głębokie czerwienie i stroboskop, są kazirodztwo, narkotyki i generalny klimat transgresji. W efekcie powstał najbardziej „gasparowy” film w karierze reżysera. Na szczęście więcej tu jego id niż ego.

Fabuła jest prosta jak drut. Oto grupa tancerzy ćwiczy nowy układ i imprezuje w wynajętym budynku. Kiedy wychodzi na jaw, że ktoś przyprawił poncz psychodelikami, buzująca seksualnym napięciem beztroska zabawa zmienia się w upiorną podróż przez piekło. Z ludzi zaczynają wychodzić demony, atmosfera gęstnieje, a witalny taniec staje się emanacją popędu śmierci. Noé opowiada to wszystko możliwie najprościej: pozwala bohaterom przedstawić się do kamery, pozwala im ze sobą porozmawiać, pozwala im zatańczyć. Reszta to spuszczony ze smyczy filmowy trans, orgia klaustrofobicznych mastershotów i elektronicznych rytmów. Eksces.

Czy reżyser usiłuje nam coś przez to wszystko powiedzieć? Kto zechce, odnajdzie tu pewnie alegorię współczesnej Francji. W głębi kadru wisi wielka niebiesko-biało-czerwona flaga, a niesnaski w roztańczonych szeregach multikulturowej trupy można rozumieć jako komentarz do rozdzierających kraj społecznych napięć. Ale Noé nie celebruje metafory Francji-w-pigułce, pozostawia ją na widoku i nie udaje, że chodzi mu o coś więcej. Podobnie jest z pojawiającymi się co jakiś czas pseudofilozoficznymi sentencjami. Reżyser serwuje nam kolejne wypisane kapitalikami złote myśli – tyleż górne, co durne – ale i te bon moty chyba nie mają donikąd prowadzić. Wręcz przeciwnie: brzmią raczej zabawowo, autoironicznie.

Swego czasu Noé lubił przecież dość ostentacyjnie poprężyć artystyczne muskuły. Obnosił się ze swoimi inspiracjami i pretensjami, samemu wpisywał się w poczet wielkich z Kubrickiem na czele. Jego późniejsze filmy, Wkraczając w pustkę i zwłaszcza Love, nieco na tym traciły: uwodziły wizją, ale drażniły stojącym za nią banałem. W Climaxie tymczasem reżyser spuszcza powietrze z balonu patosu. Lista cytatów nie jest więc niczym więcej niż listą: to po prostu zbliżenie na kupkę książek i kaset wideo, które lubi Gaspar, kropka. I w takiej bezceremonialności jest coś ujmującego. Okej, może lekkość Climaxu to rezultat tego, że film powstał bardzo szybko. Może tego, że trwa 90, a nie 160 minut. A może Noé faktycznie nabrał dystansu – i stąd wrażenie, że zwyczajnie bawi się własnym stylem? W sumie mniejsza o to, liczy się efekt. Climax nie porywa się z motyką na słońce, wie dobrze, do czego służy: nie do analizowania, a do doświadczania.

I tak być powinno, w końcu to film o imprezie. Noé przeprowadza nas przez kolejne jej etapy: od niezręcznego zapoznania uczestników oraz zwyczajową gadkę szmatkę przez kulminację zmysłowej ekstazy po brutalny zjazd. To film absolutnie intensywny i immersyjny, taki, który hipnotyzuje, porywa, ekscytuje i… zamęcza. Przede wszystkim jednak – imponuje. Jest przecież w Climaxie sekwencja taneczna, którą śmiało można uznać za jedną z najlepszych w historii kina. Jest kilka momentów, gdy sam ruch kamery prowokuje dreszcze ekscytacji. Jest absolutna poezja napięcia rodzącego się między ciekawskim obiektywem a ludzkim ciałem w ruchu. W recenzjach takich filmów używa się potem bon motów w rodzaju „czyste kino” czy „widzialność obcowania człowieka z materią”. I to bez ironii.

Data publikacji: