Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Czekając na Kichota

Czekając na Kichota
„Człowiek, który zabił Don Kichota”
reż. Terry Gilliam
„Człowiek, który zabił Don Kichota”
Hiszpania, Portugalia, Wielka Brytania, 2018 r.

„Kręcony i rozkręcany przez 25 lat” – głosi otwierający napis i od razu przypominamy sobie, że Terry Gilliam to niegdysiejszy członek trupy Latającego Cyrku Monty Pythona. Bo jaka jest jego recepta na sądowe batalie z producentami, choroby aktorów, powodzie, złośliwość przedmiotów martwych, kaprysy pogody, ludzką nieżyczliwość i generalnego pecha, jakie stały na jego drodze podczas kolejnych prób realizacji Człowieka, który zabił Don Kichota? Oczywiście humor.

Trudno zresztą nie uśmiechnąć się razem z twórcą. Cieszy przecież już sam fakt, że ten film powstał, że istnieje, że można go zobaczyć w kinach (a przez chwilę zanosiło się, że gotowy Człowiek… zgnije jednak na półkach). Koniec końców wszystkie dopusty boże, z jakimi musiał się mierzyć Gilliam, postawiły jego film w unikatowej pozycji. Bo któż mu nie kibicował? Któż nie marzył razem z nim, że – wbrew wszystkiemu – kiedyś się uda? I owszem, skończony Człowiek, który zabił Don Kichota to istny pomnik potęgi wyobraźni. Ale też przestroga. Panie i panowie, careful what you wish for.

Opowiadać można o Człowieku… na różne sposoby – zgodnie z jego szkatułkową naturą „opowieści w opowieści”. Ale choć to na poły ekranizacja klasyka Cervantesa, na poły historia próbującego zekranizować ją reżysera filmowego, Człowiek… jest przede wszystkim… filmem Terry’ego Gilliama. Czyli następną historią o Ikarze, który podlatuje za blisko słońca, by upaść pod presją zawiadującej „prawdziwym światem” machiny rozumu i biznesu. A przy tym opowieścią o tym, że nie da się wygrać ze złem – można co najwyżej szlachetnie oszaleć w pogoni za złudzeniami (zupełnie jak – wypisz, wymaluj – Gilliam, nieraz wyłgujący się z tarapatów niczym baron Münchhausen i zawodowo licytujący się z diabłem niczym Parnassus). Innymi słowy: kolejna alegoria idealisty zmuszonego do lawirowania w cynicznych wodach show-biznesu. Szczera, z sercem po dobrej stronie, pełna pasji – a jednak opowiedziana o (co najmniej) raz za dużo. Zmęczona i zmanierowana.

Oczywiście trudno robić Gilliamowi zarzut z maniery. W swoich filmach regularnie zawiaduje on chaosem; jest artystą baroku, ekranowym rupieciarzem; od samego snucia opowieści ewidentnie preferuje jej oprawę. Co więcej, na tym właśnie polega jego talent: potrafi przekonać nas do swojej wizji i przekabacić na stronę szaleństwa. A jednak nie tym razem. Możliwe, że problem tkwi w niedostatku dramaturgii, w odmowie stopniowania atrakcji. Don Kichot…, jak wszystkie Gilliamowskie fabuły, opowiada o przekroczeniu granic rozumu, o wkroczeniu do filmowego wariatkowa. Tyle że świat jest tu karnawałowy na długo, zanim zacznie się prawdziwy karnawał. Nie czuć więc wagi owego przejścia – Gilliam już od pierwszych minut atakuje nas chaosem planu filmowego, roztrzęsioną kamerą, groteskowymi personami strojącymi groteskowe miny. Podróż, w jaką udaje się bohater, reżyser Toby Grisoni (Adam Driver), jest dla niego samego szokiem. Ale dla widza to po prostu któryś szok z rzędu w trwającym długie 132 minuty filmie.

Możliwe oczywiście, że to wcale nie autorskie potknięcie, a Gilliam chce nam tu coś powiedzieć o świecie współczesnym. Okej. Ale nawet jeśli faktycznie żyjemy w globalnym wariatkowie, po reżyserze wizjonerze oczekiwałoby się bardziej wyszukanych analogii. Trumpowo-putinowscy producenci gangsterzy w otoczeniu siejących powszechny strach samobójczych zamachowczyń w burkach to naprawdę mało. Tym bardziej, że – mimo aktualnych aluzji – Człowiek… pod wieloma względami pozostaje filmem sprzed ćwierć wieku. Choćby genderowo.

Paroksystyczny Adam Driver i stateczny Jonathan Pryce (jako Kichot) okazują się wdzięcznymi mediami dla Gilliamowskiego emploi. Ale Olga Kurylenko i Joana Ribeiro mają mniej szczęścia, upupione w pozach fatalnych ślicznotek, trochę muz, a trochę dziwek. Gilliam niby obnaża marność takiej kliszy, dekonstruuje figurę pannicy w opałach, równa rycerski epos z ziemią – scena namiętnego pocałunku okazuje się samczym majakiem bohatera lizanego po twarzy przez owcę. Ale tu Gilliamowi wchodzi w drogę sam Gilliam, ponad miarę rozbudowujący fabularny gabinet luster. W efekcie trudno się tu czymkolwiek przejąć – a tym bardziej poznać, co jest mitologizowane, a co demitologizowane.

Co ciekawe, puentę o reżyserskiej porażce uprzedza sam zainteresowany. Jedyny brzmiący z pełną mocą wątek filmu to przecież Gilliamowskie mea culpa: wyrzut sumienia wobec tych, których twórca wiedzie za sobą, zawsze obiecując złote góry, raz na jakiś czas kończąc w otchłani. Ale złamane życiorysy aktorów – nieszczęśników grających Kichota i Dulcyneę w „filmie w filmie” – to nie wszystko. Reżyser ma też dług u widzów: odpowiada przecież za kreowanie naszych marzeń, oczekiwań, nadziei. A tak to już bywa z marzeniami, że niekiedy, urzeczywistnione, tracą czar. Że materializują się grubo po czasie, za późno. Możliwe, że Człowiek, który zabił Don Kichota byłby lepszym niespełnionym snem niż przeterminowanym faktem.

Data publikacji: