Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Anna Wyrwik

Być jak Masłowska

Być jak Masłowska
„Inni ludzie”
Dorota Masłowska
„Inni ludzie”
Wydawnictwo Literackie, 2018

Chodziłam ostatnio po krakowskim Kazimierzu, kamienice, kraftowe piwa, turyści jedzą w ogródkach pasty, chodziłam, czekając na znajomych, z którymi plan był pójść nad Wisłę, by zrobić coś, co można robić nad Wisłą w Warszawie, ale nie można robić nad Wisłą w Krakowie, i tak chodząc, czekając, weszłam do księgarni Lokator na Mostowej, lśniące półki, błyszczące okładki, mądre serie, zapach kawy, aż się chce zostać bibliofilem, i natrafiłam wzrokiem na nową Dorotę Masłowską, wzięłam tych Innych ludzi w ręce, przeczytałam dwie strony, a że lubię postmodernizm, to już następnego dnia wychodziłam z księgarni Bonito z nowym, zafoliowanym egzemplarzem i szłam Batorego, szłam Karmelicką, mijając kawiarnię z kawą o piance jak z programu graficznego na macu, barbera, paznokcie, stylownię, beauty & spa clinic, szkoły językowe, piekarnię, pierogi i cichy tramwaj Krakowiak sunący wśród banków, plusów i sklepów z odzieżą, a z Masłowską styczności miałam dotąd kilka, czyli raczej niewiele, bo w sumie nie rzucam się na współczesną polską literaturę, a Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną po trzydziestu stronach czytania w Empiku zarzuciłam, znudzona, choć nie tak bardzo jak po filmie, czytałam felietony i to nie raz, widziałam Pawia królowej w Starym… i to chyba na tyle, a mam tak ostatnio, że regularnie bywam na jednym z krakowskich osiedli z blokami w pasy na przemian ciemnoseledynowe/jasnoseledynowe/ciemnoseledynowe/jasnoseledynowe, przez dwa tygodnie codziennie prócz weekendów tym samym idę szlakiem, najpierw z tramwaju w przejście podziemne, a tam w tym przejściu jest pani w sklepie ze ścierkami, wieszaczkami i mydelniczkami we wzorki, która wystawia z okienka głowę jedzącą kromki smarowane dżemem nożem, a inna pani znudzonym wzrokiem, dłubiąc w paznokciach, pilnuje swych warzyw i jest szewc fleki 10 zł 200 metrów w lewo reklamowany przez sklep z cukierkami, sokami, batonikami, ciasteczkami i pasztetami z lodówki, jest i pan grający w przejściu na gitarze, bo w każdym przejściu podziemnym powinien być pan grający w przejściu na gitarze i ten pan czasem nawet gra z papierosem w ustach, siedzi w T-shircie bordowym i sportowych szortach niebieskich łysy na głośniku, grubszy z czarną gitarą i gra, i śpiewa, że „Zawsze tam, gdzie ty”, że „Let it be” i „Nie liczę godzin i lat”, a kilka monet wrzuconych do futerału gitary odbija się w słońcu, które daje po oczach po wyjściu z przejścia podziemnego na powierzchnię, gdzie stoi stary, drewniany wagon reklamujący strzelnicę sportową i Cracovię, kioski warzywa-owoce, klasyczny monopolowy, tania odzież z punktem ksero, bukmacher, wędliny i lśniące buty z wystawy, Lotto plus zdrapki, zoologia plus akwarystyka, po pracy do domu, po domu na pole, kobieta z terierem wygolonym na grzywacza wraca z zakupów, kolejka po lody, bar hamburgery, burgery z plazmą przed wejściem, na której grupka ludzi ogląda przy stolikach Ukrytą prawdę, „zapraszamy na transmisje meczów” grzmi z tablicy kredowej, na ławce siedzą panowie rozprawiający o zaborach i trudnej polskiej historii, jest fryzjer, Bar Mieszczański i GSM, lombard gotówka dla każdego od ręki, starsza kobieta pali na ławce i popija wiśniówkę z małpki chowanej w imitacja skóry torebce, a mama robi synkowi zdjęcia komórką, uśmiechnij się, wyślę babci, babcia się ucieszy, chodź dostaniesz loda w nagrodę, i myślę sobie, czytając tych Innych ludzi w tramwaju i idąc tym osiedlem, że to bardzo fajnie, że Masłowska ma taki świetny słuch i umiejętność wychwytywania tej rzeczywistości, wycinania z niej i wstawiania w te swoje kolaże osiedlowej poezji, wszystko tu jest, od jarmużu po jumanie, TVN i black, najki, xanax, Nissan Qashqai i bombki na święta, dzisiejszy świat to wielki supermarket – pisał profesor Bauman, a u Masłowskiej są ludzie przykryci ogromną stertą zewsząd nadchodzącego, ich nachodzącego badziewia tak, że trudno się do nich w ogóle dostać, leżą na nich telewizje i telewizory, aluminiowe puszki z kolorowym piciem, styropianowe pudełka z kolorowym jedzeniem, bilbordy, foldery, listki tabletek, materiały, z których ciuchy są zszywane, i myśli, i pragnienia, pragnienia, pragnienia chcenia nie-wiadomo-czego, wodzenia z dnia na dzień wzrokiem po kolorach plastiku okalającego ich firmy i serca, ale nawet jakbyś to wszystko w końcu z nich zdjął, dokopałbyś się do nagich ciał wciąż nienaturalnych, bo pouzupełnianych alprazolamem, solą fizjologiczną i regulatorami kwasowości, niewypróżnionych, z tym całym syfem w żołądkach znerwicowanych, Inni ludzie, ludzie jak uniformy, o których nie śniło się nawet Herbertowi Marcuse, a każdy z nich jest dokładnie taki, jaki być powinien, w miejscu, w którym być powinien, gdzie skierowało go urodzenie, wykształcenie, ulubione zespoły, widełki finansowe, każdy bierze i pierze to, co mu wynika z widełek społecznych i tylko można się zastanawiać, czemu inni, od czego, gdzie, co, jak, what the fuck, ale to pewnie taki żart, bo są wszyscy tacy sami. Fajne.

Data publikacji: