Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jan Błaszczak

Brud symboliczny

Brud symboliczny
„The Morning Star”
Daniel Bachman
„The Morning Star”
Three Lobed Recordings, 2018

Kilka lat temu miałem okazję znaleźć się na nowojorskiej domówce zorganizowanej z okazji żydowskiego święta Rosz ha-Szana. Pomimo doniosłego wydarzenia atmosfera była luźna. Z głośników dobiegały popowe i hiphopowe przeboje, a różnorodni goście częstowali się różnorodnymi używkami. Vermont, Nowy Jork, Jemen, Polska i Gwatemala – wszyscy z upływem godzin coraz gorzej mówiliśmy po angielsku. I kiedy minęła północ, a my zbliżaliśmy się do jakiejś imprezowej kulminacji, nagle ktoś wyłączył muzykę, a na środku salonu zameldował się z gitarą mój nowojorski znajomy. Nie zagrał jednak ani Springsteena, ani Nirvany, ani akustycznej przeróbki jakiegoś wakacyjnego hitu. Dostaliśmy za to pół godziny instrumentalnego, granego fingerstyle’em folku gdzieś z Appalachów. Wszyscy byli zachwyceni.

Od tamtego wieczoru przestałem się dziwić liczbie młodych gitarzystów podążających tropem Johna Faheya, Lea Kottke czy – sięgając głębiej w przeszłość – Hanka Williamsa. Te pieśni z Appalachów, jak i sam fingerstyle, to nie tylko ważna składowa ich dziedzictwa, ale także muzyka ciesząca się wciąż pewną popularnością. Do grupy młodych wirtuozów, którzy postanowili zgłębiać tradycje psychodeliczne i folkowe, można zaliczyć choćby Steve’a Gunna, Williama Tylera czy Jamesa Blackshawa. Tym śladem podąża również niespełna 30-letni Daniel Bachman. Artysta, którego kompozycje z płyty na płytę stają się co prawda dłuższe, trudniejsze i bardziej pokręcone, ale nie ma wątpliwości, że wyrastają gdzieś z dzikich zboczy Appalachów.

Nagrany po rocznym rozbracie ze studiem tegoroczny album Bachmana odkrywa nowe oblicze kompozytora. Wbrew tytułowi The Morning Star to płyta dość mroczna. W rozpoczynającym ją Invocation rezonujące długo metalowe misy i inne perkusjonalia wprowadzają niepokojący klimat, który potęguje tylko przesterowany głos radiowego spikera. Przez pierwsze minuty The Morning Star obcujemy z muzyką bliższą nagraniom industrial czy noise niż gitarowemu folkowi. Na ten ostatni instrument musimy zresztą trochę poczekać, ponieważ po misach wchodzą skrzypce wibrujące w stylu kompozycji Tony’ego Conrada. Z jednej strony Invocation to najbardziej radykalna kompozycja na The Morning Star, z drugiej – nawet bardziej tradycyjne Sycamore City czy New Moon łączą w sobie wirtuozowskie partie gitary z trzaskami radioodbiornika, nagraniami terenowymi czy wydobywanymi z organków ponurymi drone’ami.

Na najnowszym albumie Bachmana szlachetny folk co rusz musi się mierzyć z audialnym szumem i brudem. I nie dzieje się to przypadkowo. Artysta przyznaje, że jedną z przyczyn jego długiego milczenia, a zarazem inspiracją do nagrania The Morning Star było zagubienie spowodowane wynikiem wyborów prezydenckich w USA. Ukazanie, jak piękna tradycja eroduje pod wpływem dźwiękowego chaosu i brudu, nie jest więc u Bachmana przypadkowe, jest symboliczne.

 

Data publikacji: