Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Stach Szabłowski

Brazylijka, Mróz i i jeszcze jeden Mróz

Brazylijka, Mróz i i jeszcze jeden Mróz

Kiedy byłem małym chłopcem, wyobrażałem sobie, że „Przekrój” istnieje po to, aby Daniel Mróz miał co ilustrować. Przyglądałem tygodnik, ale artykułów za bardzo nie czytałem; za to Mróz...

Dziś zapał do czytania, a nawet pisania mam większy, ale miłość do Daniela Mroza na tym zamiłowaniu nie ucierpiała. Nie ucierpiawszy, upodobanie do prac artysty pozostawało jednak w stanie hibernacji. I oto pod koniec roku zamrożone uczucie odgrzała wystawa zatytułowana Fantastyczne pułapki w warszawskim Salonie Akademii; wielki Mróz jest jednym z dwojga jej bohaterów.

*

Daniel Mróz nie żyje od ćwierć wieku. Co ma nam do powiedzenia na przełomie lat 2017 i 2018? W końcu jeszcze za życia był artystą ostentacyjnie staroświeckim.

Są takie wystawy, których urządzenie poprzedzają cudowne i sensacyjne zdarzenia. Za szafą w pracowni dawno zmarłego artysty odnaleziona zostaje jeszcze jedna teczka ze szkicami wcześniej nieznanymi, odkryto też, że na rewersach słynnych obrazów twórca malował ich odwrócone sobowtóry. Zmumifikowany w naszej świadomości wizerunek takiego mistrza należy ekshumować, rozmontować i złożyć na nowo – inaczej; jeszcze raz okazuje się, że rację miał major Briggs, przekonując, że „sowy nie są tym, czym się wydają”.

Daniel Mróz, il. do "Cyberiady" Stanisława Lema, 1965
Daniel Mróz, il. do "Cyberiady" Stanisława Lema, 1965

Prace Silveiry są totalne i w gruncie rzeczy dość opresyjne; jeżeli gdzieś szukać tytułowych pułapek, to w pierwszej kolejności właśnie w jej części wystawy. A Mróz? Jak już się rzekło, to zupełnie inny świat. Jak Silveira jest artystką globalną, tak on był twórcą totalnie prowincjonalnym, a właściwie – krakowskim. Syn słynnego w tym mieście przedwojennego dziennikarza Stanisława Mroza, był fanatycznie przywiązany do Krakowa i jego klimatów. W te klimaty wpisywał się nawet wizerunkowo. Prawie dwa metry wzrostu, długie włosy, jeszcze dłuższa broda (w późniejszych latach – siwa), ekscentryk, oryginał, kolega Sławomira Mrożka, do tego paradujący po Rynku w kapeluszu z szerokim rondem (sic!) – czy nie tak powinien wyglądać prawdziwy artysta krakowski? Mróz należał do II Grupy Krakowskiej, formacji generalnie nastawionej awangardowo, zdominowanej przez Kantora, ale jednocześnie na tyle szerokiej, że mieściły się w niej różne interesujące marginesy. Na jednym z nich działali fascynaci surrealizmu, tacy jak Kazimierz Mikulski czy właśnie Daniel Mróz. Ten ostatni nie był zbytnio zainteresowany artystycznymi nowinkami – wszystkimi malarstwami materii, performance’ami, happeningami – które tak zajmowały wielu innych twórców z Grupy. Mróz pozostał wierny surrealizmowi w wersji przedwojennej, szczególnie w duchu Maxa Ernsta, z którego perwersyjnymi kolażami zetknął się jeszcze w latach 20.

Mróz stworzył liczne scenografie teatralne, ale nie przenosił przestrzennego myślenia do swojej działalności na froncie sztuk plastycznych. Nie ma tu zatem miejsca na żadne instalacje czy environmenty. Cały świat artysty zamyka się w oprawionym w ramkę kadrze niewielkiego rynku tuszem lub drzeworytu. Czy jest to świat ciasny i ograniczony niczym, nie przymierzając, ukochany Kraków artysty? Jednak nie! Mróz też buduje nie lada pułapki. Majstruje je z mistrzowskiej kreski, swoich słynnych psychodelicznych rastrów, zacytowanych fragmentów XIX-wiecznych ilustracji. Kiedy spojrzenie widza wejdzie w te zasadzki, to koniec – okazują się przepastne. To pułapki zastawione na wyobraźnię złapaną w zwichrowany świat pełen dziwacznych hybryd, które są trochę z Boscha, trochę z Ernsta, ale najbardziej z samego Mroza. Potwory, roboty, insektoludy, latające ryby, chodzące uszy, słuchające oczy... Cała ta menażeria grasująca w sceneriach, które wyglądają jak ruiny świata retro wyeksportowanego w jakąś postapokaliptyczną i do tego oniryczną przyszłość. Istny steampunk avant la lettre...

Daniel Mróz, ilustracja z archiwum "Przekroju" nr 661/1957 r.
Daniel Mróz, ilustracja z archiwum "Przekroju" nr 661/1957 r.

Oto artysta idealnie odklejony od rzeczywistości – można by pomyśleć, oglądając fantastyczne światy Mroza w Salonie Akademii na przełomie lat 2017 i 2018. Nic dziwnego, że obok ilustrowania „Przekroju” najbardziej lubił rysować do opowieści niesamowitych, literatury grozy, fantastyki; na Lema do dziś patrzy się przez pryzmat prac Mroza. Organizatorzy Fantastycznych pułapek zwracają jednak uwagę, że w PRL nie tylko fantastyka, ale również „odklejenie się od rzeczywistości” miało subtelne, ale znamienne znaczenie polityczne. Koniec końców, Orwellowski Rok 1984 też jest powieścią fantastycznonaukową. Z kolei w samą ideę państwa totalitarnego wpisany jest element groteski, wirus swoistego surrealizmu. W krajach takich jak PRL, niczym w powieściach s.f., obowiązywały często alternatywne prawa fizyki, dochodziło do różnych osobliwych zakrzywień czasoprzestrzeni. Gdzie w ówczesnej fantastyce kończył się eskapizm[a2] , a zaczynał opór wobec opresyjnej rzeczywistości? Patrząc na prace Mroza, widać jak płynne mogą być te granice. Nawet jego zamiłowanie do klimatów retro, pozornie reakcyjne, nie miało do końca niewinnego charakteru. Podobnie jak Kabaret Starszych Panów Daniel Mróz lubił zanurzać się w tych klimatach równie głęboko co w otchłaniach absurdu. Zarówno w absurdzie, jak i w retro było w kontekście PRL-owskiego uniwersum coś wywrotowego – jedno i drugie stanowiło zazębiające się przestrzenie wolności. Ten wyzwalający komponent, oczywiście obok genialnej kreski, sprawia, że prace Mroza starzeją się wdzięcznie – kiedyś prowokacyjnie staroświeckie, oporne zarówno wobec realiów PRL, jak i mód sztuki współczesnej, dziś są po prostu ponadczasowe.

Ponadczasowa kondycja to dobra puenta wizyty na wystawie – i na tym właściwie można by ją zakończyć. Tak się jednak składa, że w tym samym czasie i nawet zupełnie niedaleko, ledwie dwie przecznice od Salonu Akademii, w galerii Piktogram, wystawia inny Mróz.

Przypadek? Mróz z Piktogramu ma na imię Tomasz. Od urodzonego w 1917 r. Daniela jest młodszy o całe 62 dwa lata, PRL to dla niego mityczna kraina dzieciństwa, nie mówiąc już o przedwojennym Krakowie. Tomasz Mróz z Krakowem w ogóle nie ma nic wspólnego – to człowiek z kompletnie innej czasoprzestrzeni. Mamy tu zatem do czynienia ze zbiegiem okoliczności, a więc fenomenem, którego znaczenia w żadnym razie nie wolno lekceważyć.

Jeżeli proponuję, aby z wystawy jednego Mroza przemieścić się na wystawę drugiego, to dlatego, że tych dwóch łączy coś więcej niż nazwisko. Gruntami, na których spotykają się obaj Mrozowie, są fantastyka, groteska, a nawet imaginacyjna cybernetyka. Jeszcze ważniejszy wydaje się jednak szczególny rodzaj niepogodzenia się z rzeczywistością.

W jaki sposób nie zgadza się na nią Tomasz Mróz? Interesujące światło na tę kwestię rzuca nota prasowa wystawy. W takich notach podpowiada się zazwyczaj żurnalistom, co mają napisać o wystawie, a publiczności – co ma o niej myśleć. Tym razem nota jest raczej opowieścią o perypetiach autora, które poprzedziły otwarcie projektu.

Tomasz Mróz to artysta znany z wizjonerskich zamierzeń. Jak pisze założyciel Piktogramu Michał Woliński, zapraszając Mroza do zrobienia wystawy trzeba liczyć się z perspektywą „budowania wnętrz wewnątrz wnętrz, konstruowania rzeźb-automatów, które stwarzają techniczne problemy, wnoszenia bardzo dużych i wyjątkowo ciężkich rzeczy wysoko, gdzie nie ma odpowiedniej windy, robienia form i odlewów, które długo schną, gubienia przy okazji zakupów faktur lub kart kredytowych”. Historię twórczości Mroza można opowiedzieć jak dzieje zmagania się artysty ze zbyt skromnymi budżetami, zbyt napiętymi terminami oraz zbyt ciasnymi ramami instytucjonalnych biurokracji – nie mówiąc już o oporze materii, technologicznych wyzwaniach i zwyczajnej złośliwości rzeczy martwych. Mając w pamięci wielokrotne mierzenie się z wyzwaniami, którym praktycznie nie sposób sprostać, artysta wziął się na sposób. Zaaplikował o ministerialne stypendium i nie tylko złożył podanie w terminie (!), ale jeszcze do tego otrzymał na nie pozytywną odpowiedź. W aplikacji zapowiadał, że aby niemożliwe stało się możliwe, tym razem zmniejszy skalę swoich przedsięwzięć: wewnątrz galerii skonstruuje mniejszą galerię, rodzaj makiety przestrzeni wystawowej. Ta zaś stanie się teatrum, w którym wystąpią miniaturowe robotyczne rzeźby obdarzone sztuczną inteligencją albo przynajmniej wrodzoną złośliwością. Miał to być, jak pisał we wniosku do ministerstwa artysta, „cykl instalacji rzeźbiarskich oparty na realizacji skomplikowanych technologicznie obiektów, które systematycznie będą dokumentowane w specjalnie do tego zbudowanej makiecie galerii. Dzięki temu zabiegowi i co za tym idzie mniejszej skali obiektów i rzeźb uda mi się wyprodukować niesamowite stworzenia, które za pomocą animatroniki będą wchodziły ze sobą w interakcje, potęgując wrażenie realności zdarzenia. Zależy mi na tym, żeby te obiekty zaczęły żyć własnym życiem. Chciałbym odtworzyć swoisty spektakl mechanicznych rzeźb, które po dłuższym czasie pracy zaczną ulegać samodestrukcji”.

Daniel Mróz, ilustracja z archiwum "Przekroju" nr 2431/1992 r.
Daniel Mróz, ilustracja z archiwum "Przekroju" nr 2431/1992 r.

Przeprowadzka z galerii do miniatury galerii była chytrym posunięciem; losu jednak nie da się do końca oszukać, nie sposób wymknąć się przeznaczeniu. Nota prasowa opisuje niespodziewane zwroty akcji, które poprzedziły realizację w Piktogramie. Poprzemysłowy budynek, w którym mieściła się pracownia Mroza, został wyburzony przez gentryfikujących okolicę deweloperów. W przededniu rozbiórki artysta skończył remont swego studia, teraz jednak musiał szukać nowego. Kiedy je znalazł, pozostało tylko założyć w nim instalację elektryczną, postawić ściany, słowem uczynić to miejsce zdatnym do pracy. Zanim jednak Mróz zdążył to uczynić, wyruszył na saksy do Norwegii, aby zarobić na te wszystkie przedsięwzięcia. Planował malować norweskie domy, tak się jednak złożyło, że na miejscu spotkał pogrążonego w depresji przyjaciela. W rezultacie przeznaczone na malarstwo pokojowe trzy norweskie miesiące upłynęły artyście na wyciąganiu druha z dołka.

Tak plącze się ta historia; w jej świetle panujące w Piktogramie pandemonium nabiera sensu. „Jaskinia szalonego naukowca!”– oto pierwsza myśl, która przychodzi na widok tego, co dzieje się w galerii. I to takiego naukowca, który nie wyrósł z fascynacji science fiction, efektami specjalnymi, kinem klasy B. Mróz przeniósł do Piktogramu całą swoją pracownię. Szkice, rysunki, przedmioty znalezione i przedmioty skonstruowane, fragmenty dawnych prac i nowe prace mieszają się z zabawkami autora z dzieciństwa; wśród tych ostatnich poczesne miejsce zajmuje figurka He-Mana, bohatera kreskówki Masters of the Universe, jednej z najbardziej nieprawdopodobnych i groteskowych produkcji dla dzieci, jakie kiedykolwiek i ktokolwiek ośmielił się zrealizować. Do tego materiały budowlane, narzędzia i zbudowany w galerii model galerii, czyli poligon doświadczalny Mrozowskich rzeźbiarsko-cybernetycznych operacji – to wszystko składa się na totalną instalację, która nieźle wprowadza nie tylko w aktualny projekt, lecz w twórczość artysty w ogóle. A jest to dorobek gargantuiczny, karykaturalny, czasem obsceniczny lub wręcz odrażający, ciążący w stronę potworności. Czy ta twórczość mogłaby być jednak inna, skoro artysta deklaruje, że tworzy „w wyniku głębokiej obawy o świat, który zmierza w tak nieprzewidywalnym kierunku, i poczucia odpowiedzialności w wyrażeniu mojego stanowiska na ten temat”

Tymczasem wchodzących do Piktogramu wita robot skonstruowany z dwóch mioteł. Na trzonek jednej z nich artysta nasadził upiorny łeb, trupią czaszkę ulepioną z podejrzanie i zarazem swojsko wyglądającej substancji. Ci, którzy dopatrzą się w niej końskiego łajna, nie będą w błędzie. Przeznaczeniem (zarówno w sensie metaforycznym, jak i funkcjonalnym) pokracznego automatona jest zamiatanie podłogi. Napędzany elektrycznie cybernetyczny stwór rzeczywiście miota się po galerii w konwulsyjnych paroksyzmach zamiatania, raczej dokłada jednak swoje trzy grosze do masy krytycznej chaosu, niż cokolwiek porządkuje.

*

Estetycznie Mróz do Mroza pasuje jak pięść do nosa. Paradoksalnie, to niedopasowanie łączy ich znacznie solidniej niż przypadkowa przecież zbieżność nazwisk. Mówimy tu o artystach lubujących się w budowaniu hybryd, potworów, instalacji i kolaży z kawałków, które zupełnie do siebie nie pasują. Obaj chodzą po drabinie fantastyki, choć jeden Mróz wspina się po niej ku rejestrom ernstowskiego surrealizmu, a drugi schodzi raczej w dół, do piekiełka podrzeczywistości, w którym czyhają He-Man, szkodliwe dobranocki, niedobre filmy i inne manifestacje grozy koszmaru popkultury. Tak od siebie różni Mrozowie należą do tego samego plemienia fantastów. Autorzy nieistniejących stworzeń, konstruktorzy dysfunkcyjnych robotów, cybernetycy groteski, twórcy przedstawień miejsc, których nie ma, i narratorzy zdarzeń, które nie zaszły – tacy artyści zawsze są w sztuce w mniejszości. Tym więcej im zawdzięczamy; jeżeli rzeczywistość jeszcze zupełnie nas nie zgniotła, to tylko dlatego, że wisi na cienkiej, groteskowej, ba!, nieistniejącej naprawdę nitce nierzeczywistości tkanej przez takich ludzi, jak Mróz czy Mróz.

Fantastyczne Pułapki / Daniel Mróz i Regina Silveira
Salon Akademii, Warszawa, do 21 stycznia

Tomasz Mróz
Ćwiczenia z samozniszczenia
Piktogram, Warszawa 

 

 

Data publikacji: