Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Tomasz Stawiszyński

Znak drogowy (i kierunek, który wskazuje)

Tomasz Stawiszyński
Znak drogowy (i kierunek, który wskazuje)

Christopher Lasch – jeden z najbardziej przenikliwych krytyków współczesności, autor klasycznej już dzisiaj Kultury narcyzmu, neomarksista i zwolennik Zygmunta Freuda – pisał w Buncie elit, swojej ostatniej, skądinąd proroczej, książce, następujące słowa:

„Skonfrontowani z oporem przeciwko swym inicjatywom, liberałowie zdradzają objawy żarliwej nienawiści, ledwie skrywanej pod uśmiechem dobrej woli. Sprzeciw sprawia, że ci humanitarnie usposobieni ludzie zapominają o liberalnych cnotach, na których rzecz – jak twierdzą – działają. Stają się drażliwi, faryzejscy, nietolerancyjni. W gorączce politycznego sporu nie są w stanie ukryć swej pogardy dla tych, którzy uparcie odmawiają ujrzenia światła (...).” (przeł. D. Rodziewicz)*

***

Książka ta jest prorocza, bowiem już na początku lat 90. Lasch przewidział w niej wszystko, z czym mamy dziś w świecie zachodnich demokracji do czynienia. Ekspansja populizmu, rosnąca przepaść pomiędzy biednymi i bogatymi, powrót nacjonalizmów, kryzys zaufania do instytucji państwowych. W czasie kiedy wielu intelektualistów triumfalistycznie otwierało szampana z okazji końca historii, Lasch precyzyjnie wskazywał i nazywał majaczące dopiero gdzieś na horyzoncie zjawiska.

Czemu zawdzięczał tę przenikliwość? Darowi jasnowidzenia?

Bynajmniej. Raczej umiejętności abstrahowania od własnych kulturowych pozycji i politycznych zaangażowań. Inaczej mówiąc – zdolności do oddzielania osobistych oczekiwań, pragnień oraz interesów od analizy świata społecznego. Oraz odporności na rozliczne błędy poznawcze, których ofiarą padamy za każdy razem, kiedy grupę, z którą się identyfikujemy, oceniamy wedle innych kryteriów, aniżeli grupę, z którą niewiele nas łączy, albo którą postrzegamy jako naszych bezpośrednich antagonistów.

Być może także dlatego Lasch był człowiekiem trudnym do jednoznacznej klasyfikacji, przynajmniej wedle obowiązującego zestawu etykiet.

Bliska była mu marksistowska krytyka nierówności społecznych, ale zarazem podkreślał niebezpieczeństwa związane z osłabieniem wartości rodziny. Krytykował kulturę terapeutyczną, w której ekspansji widział wyraz narcystycznego zatopienia we własnym „ja”, ale przy tym posługiwał się pojęciami rodem z klasycznej psychoanalizy, widząc w tej dyscyplinie jedną z najdoskonalszych filozofii opisujących kondycję ludzką.

Niektórych ta jego niejednoznaczność irytowała, ale on sam nic sobie z owych irytacji nie robił. Przeciwnie: to właśnie w natarczywym poszukiwaniu jednoznaczności widział symptom niepokojących kulturowych przemian. I dlatego jego teksty czytane nawet po czterdziestu latach – to casus choćby Kultury narcyzmu – sprawiają wrażenie powstałych w reakcji na całkiem bieżące sprawy.

***

Fragment o zachowujących się w całkowitej sprzeczności z głoszonymi przez siebie wartościami liberałach, którzy, kiedy natrafiają na opór, natychmiast „zapominają o liberalnych cnotach”, jest przykładem tych właśnie dyspozycji umysłowych, które u Lascha cenię najbardziej. To doskonały przykład jego intelektualnej niezależności. A dokładniej rzecz ujmując – zdolności do krytyki przede wszystkim własnego środowiska i własnych pozycji ideowo-społecznych, zamiast projektowania dualistycznego podziału, w myśl którego „my” jesteśmy dysponentami światła, „tamci” zaś reprezentują mroki i ciemności.

Lasch zbyt dobrze rozumiał proste skądinąd mechanizmy grupowej konsolidacji, żeby im odruchowo ulegać. Zbyt dobrze rozpoznawał to rytualne upewnianie się w słuszności własnych poglądów i umacnianie się w przekonaniu o niegodziwości i głupocie przeciwników. A także stosowanie selektywnych kryteriów wobec tych samych zachowań czy działań: potępianie i oburzenie jeśli dopuszcza się ich antagonista, skłonność do usprawiedliwiania i odnajdywania okoliczności łagodzących jeśli mają one miejsce w obozie  pobratymców.

***

Ale jest jeszcze coś więcej.

A mianowicie prosta konstatacja, że deklarowanie jakichś wartości nie oznacza bynajmniej, że się za nimi realnie podąża.

Wprawdzie Max Scheler – wybitny XX-wieczny filozof –  słusznie konstatował, że trudno od znaku drogowego oczekiwać, że się będzie kierował w stronę, którą wskazuje, niemniej istnieją okoliczności, kiedy rozłączność pomiędzy deklaracjami – zwłaszcza podawanymi w formie bezwzględnych nakazów moralnych, którym wszyscy się mają podporządkować – a zachowaniem osób takie nakazy formułujących, staje się wyjątkowo krzykliwa.

Tymczasem polaryzacja polityczna i światopoglądowa sprzyja wygodnemu moszczeniu się w gnieździe utkanym z poczucia własnej wyższości i szlachetności. Oraz z irracjonalnej pewności, że jeśli się na sztandarach niesie wolność, równość, tolerancję i emancypację, to się jest zarazem impregnowanym na pogardę, małostkowość czy skłonność do represji. Analogicznie: w obozie konserwatywno-prawicowym króluje atmosfera ogólnego zadowolenia i porozumiewawczego współuczestnictwa we wspólnocie ludzi oddanych prawdzie, przyzwoitości, szczerości i tradycji. Towarzyszy zaś temu wszystkiemu głęboko uwewnętrznione poczucie, że skoro się swoje ideowe credo głosi takimi, a nie innymi słowy, znaczy to niechybnie, że się jest takim właśnie jak to credo, ni mniej ni więcej.

***

Dlaczego piszę o tym, przywołując fragment książki Lascha traktujący o przedstawicielach opcji liberalno-lewicowej, z którą skądinąd się identyfikuję?

Właśnie dlatego, że się z nią identyfikuję.

I dość mam już elaboratów, wywiadów i analiz pokazujących bez wyjątku, w jak wielkim błędzie i w jak wielkim moralnym pomieszaniu są wszyscy inni dookoła.

Zdecydowanie bardziej interesuje mnie, w jakim błędzie tkwimy my sami. Czego w sobie nie dostrzegamy. W którym momencie sprzeniewierzyliśmy się – i w którym momencie sprzeniewierzamy się – wartościom, które niesiemy na sztandarach.

Jest to nie tylko znacznie ciekawsze, ale też znacznie bardziej – potencjalnie – pożyteczne, niż to uporczywe i rytualne utwierdzanie się w swoim poczuciu słuszności, racji i moralnej czystości.

Bo tylko zrozumienie własnych błędów, tylko uznanie własnej niedoskonałości, daje szansę na realnie skuteczne działanie, a także na zbliżenie się, choćby minimalne, do ideału, który się głosi, i w który się wierzy, z niewątpliwie szczerym zaangażowaniem.

* Dziękuję Radkowi Korzyckiemu, który swoim niedawnym facebookowym postem z cytowanym fragmentem książki Lascha, zainspirował mnie do napisania tego felietonu.

 

Data publikacji: