Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
Julia Fiedorczuk

Zatańcz to

Julia Fiedorczuk
Zatańcz to

Czy grudnie zawsze były tak trudne, czy to kwestia zmian klimatycznych i bardziej trującego smogu? Czy dawniej częściej zdarzały się przejaśnienia, czy może dziecinna odporność na warunki atmosferyczne sprawiała, że notoryczny brak słonecznego światła nie bywał aż tak bardzo dotkliwy? Te dwie nostalgie – za jakąś lepszą ogólnoludzką przeszłością i za własnym dzieciństwem – nakładają się na siebie, kiedy pewnego grudniowego dnia otwieram oczy jeszcze przed wschodem słońca, przez szczelinę w masywie chmur przedostaje się światło i elewacja widocznego w oddali biurowca zapala się na moment żywym, czerwonym ogniem. Z jakiegoś powodu akurat to światło przenosi mnie w przeszłość z mocą, którą mają tylko silnie zmysłowe, nieracjonalne doznania.

Nostalgia wiąże się z poczuciem utraty: utraty jakiegoś świata, utraty jakiejś siebie. „Kiedy dziecko było dzieckiem” – to z kolei sam początek Nieba nad Berlinem Wima Wendersa – więc kiedy dziecko było dzieckiem, grudnie bywały czasem pełnego emocji oczekiwania, liczenia lampek choinkowych pojawiających się w oknach domów, czasem zapachów i smaków, i przeczuwania jakiegoś zbliżającego się przełomu. Tylko… czy tak naprawdę było, czy tylko opowiadam sobie tę historię, żeby w ten sposób zasypać przepaść oddzielającą mnie od własnego życia, żeby swoistemu ludzkiemu poczuciu niedosytu nadać kształt tęsknoty za utraconym rajem? Czy zimy rzeczywiście bywały białe, śnieżne i ciche, czy są to obrazy zapamiętane ze zdjęć, filmów i wierszy? I co to w ogóle znaczy: „naprawdę”?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Pamięć miesza prawdziwe przeżycia ze znaczeniami, które nałożyły się na nie z biegiem czasu (a czas, jak śpiewa Tom Waits cytując T. S. Eliota, to „pamięć zmieszana z pożądaniem”) i robi to tak skutecznie, że trudno je potem oddzielić. Dotyczy to indywidualnego ludzkiego losu, ale także historii. Owszem, istnieją fakty, tylko że z ludzkiego punktu widzenia czyste fakty to jeszcze za mało, aby mówić o doświadczeniu. Postrzegając, opowiadając, pamiętając jakieś zdarzenia czy sytuacje od razu interpretujemy, wartościujemy, tworzymy połączenia, nakładamy na rzeczywistość własne frustracje, lęki i pragnienia. Trzeba mieć świadomość własnego udziału w tworzeniu przeszłości (przede wszystkim kiedy próbujemy ustalić wspólną wersję przebiegu jakichś spornych zdarzeń) – to bardzo ważne, jednak skłonności do tworzenia fikcji nigdy się nie wyzbędziemy, bo istoty ludzkie są zrobione z krwi i kości, ale też z opowieści. Z przeżytej, czyli opowiedzianej przeszłości chwila po chwili wyłania się współtworzona przez nasze umysły teraźniejszość.

Czas żywej, śmiertelnej istoty biegnie linearnie od narodzin do śmierci: ale mamy w sobie także inny czas, intymny, wielowątkowy, rozgałęziający się jak grzybnia pod ziemią, tworzący sieć nieoczekiwanych połączeń i tajemniczych tuneli jak ten, którym pewnego grudniowego ranka 2017 roku przedostałam się na moment na (zawsze już) utracony kontynent dzieciństwa. Zgasło ogniste światło, zamknął się masyw chmur, elewacja biurowca pogrążyła się w żółtawej mgle (alarm smogowy – lepiej nie wychodzić z domu!). A mimo to jakiemuś dziecku we mnie nagle zachciało się tańczyć.

Allan Watts mawiał, że fizyczny wszechświat ma w sobie coś figlarnego – jak taniec właśnie, opierający się na dynamicznej równowadze, na trwaniu w zmienności. Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby cokolwiek istniało – czy to nie zabawne? Wszechświat do niczego nie zmierza – i my donikąd nie zmierzamy. Istnieją tradycje duchowe utożsamiające rzeczywistość z tańcem bóstwa. W tej interpretacji każda istota byłaby jedyną w swoim rodzaju materializacją tego uniwersalnego tańca, zawierającego w sobie tworzenie i destrukcję, rozkosz i ból, wiosnę i zimę, a nawet warszawski smog. Oczywiście, trzeba na wszelkie sposoby walczyć ze smogiem (i z wycinką drzew, utratą bioróżnorodności, zalewem plastikowych śmieci, zanieczyszczeniem mórz i rzek), ale zwłaszcza w tym ciemnym czasie, w czasie przesilenia, na przekór wszystkiemu trochę tęż sobie potańczmy.

 

Data publikacji: