Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Tomasz Stawiszyński

Ty czy twój mózg?

Tomasz Stawiszyński
Ty czy twój mózg?

Pewien czterdziestoletni mieszkaniec jednego z małych miasteczek amerykańskiego Południa był pod każdym względem przykładnym obywatelem. Wiódł życie spokojne, szczęśliwe i spełnione. Od kilkunastu lat w tym samym małżeństwie, z dwójką odnoszących szkolne sukcesy dzieci, ze stabilną pracą i stanowiskiem dowódcy miejscowej drużyny harcerskiej. Było tak w każdym razie aż do tego feralnego dnia, kiedy jego żona postanowiła zajrzeć do laptopa, którego kupił niecałe pół roku wcześniej. Chciała odnaleźć jakąś mało znaczącą informację w Internecie, a jej komputer w tym akurat dniu odmówił posłuszeństwa.

Zamiast jednak odnaleźć to, czego szukała, natknęła się na ogromną kolekcję... dziecięcej pornografii, gromadzoną, jak wskazywały gabaryty, co najmniej od kilku miesięcy. Trudno się dziwić, że przeżyła głęboki wstrząs, i – nie czekając na powrót męża do domu, nie próbując nawet z nim porozmawiać – natychmiast wezwała policję.

Proces zorganizowano błyskawicznie. Sąd orzekł winę i dał oskarżonemu wybór: albo spotkania grupy terapeutycznej, albo więzienie. Mężczyzna wybrał terapię, ale już po kilku spotkaniach został z niej usunięty z powodu ordynarnych awansów seksualnych, jakie czynił współuczestniczkom grupy.

Sędzia zmienił więc wyrok na karę pozbawienia wolności. Ale tuż przed planowanym terminem jej rozpoczęcia, ów przykładny do niedawna obywatel jednego z małych miasteczek amerykańskiego Południa doznał nagle zagadkowego, przypominającego epilepsję ataku i został przewieziony do szpitala. Tomografia komputerowa wykazała masywny guz w okolicy kory oczodołowo-czołowej, czyli obszaru odpowiedzialnego między innymi za poczucie moralności i zachowanie.

Operację trzeba było wykonać jak najszybciej, a to, co nastąpiło później, wpisało się w zapoczątkowany odkryciem komputerowej kolekcji ciąg zaskoczeń.

Otóż pacjent całkowicie stracił zainteresowanie dziecięcą pornografią i wyuzdanym seksem. Znowu stał się przykładnym, spokojnym obywatelem, kochającym swoją żonę i dbającym o rodzinę. I był w tym tak przekonujący, że sąd zawiesił karę więzienia i zezwolił mu na dokończenie cyklu spotkań terapeutycznych.

Ale po roku historia się powtórzyła. Żona ponownie natrafiła na zakazane zdjęcia. Tym razem jednak natychmiast przeprowadzono także badanie tomografem. Wykazało ono, że guz się odnowił. W tym samym miejscu. Kiedy go usunięto – w 2001 roku – mężczyzna ponownie stracił zainteresowanie dziecięcą pornografią.

Dziś nadal mieszka w jednym z małych miasteczek amerykańskiego Południa i nadal cieszy się nieposzlakowaną opinią. Regularnie przechodzi także kontrolne badania tomograficzne.

Guz, jak dotąd, nie daje o sobie znać.

***

Jest to historia zaczerpnięta z raportu brytyjskiej Królewskiej Akademii Nauk zatytułowanego Neuroscience and Law (Neuronauka i prawo), który ukazał się w 2011 roku. Jego autorami są psycholodzy kliniczni, neurolodzy, biolodzy ewolucyjni i prawnicy. I choć przypadek tego przykładnego obywatela – jak przekonują – jest graniczny i jednostkowy, wskazuje zarazem na pewien istotny problem, przed którym być może już wkrótce staną instytucje zajmujące się kształtowaniem prawa.

Niewykluczone jednak, że „problem” to zbyt delikatne określenie. Mamy tu raczej zwiastun przemiany o charakterze fundamentalnym. Autorzy raportu wskazują bowiem, że u podstaw całego zachodniego systemu prawnego leży pojęcie odpowiedzialności. Oparte na przekonaniu, że jednostki będące podmiotami prawa działają w sposób świadomy, wolicjonalny (a więc zgodnie z własną wolą) oraz intencjonalny (czyli powodując się określonymi zamiarami). „Niepoczytalność” jako wyjątek od tych reguł potwierdza tylko ich zasadnicze znaczenie.

Tymczasem współczesne neuronauki, czyli rozmaite dziedziny, które zajmują się badaniem funkcjonowania ludzkiego mózgu oraz możliwymi konsekwencjami wyników tych badań w różnych obszarach życia społecznego, w istotny sposób samo pojęcie odpowiedzialności modyfikują.

W myśl ich najnowszych odkryć – pamiętajmy przy tym, że ponad sto lat temu mówił już o tym Zygmunt Freud – umysł ludzki jest układem niebywale skomplikowanym, którego nasze „poczucie ja”, czyli jednostkowa świadomość, stanowi zaledwie promil, bynajmniej nie najważniejszy. I wcale nie tak decyzyjny, jak się nam dotychczas wydawało.

Indywidualne ego jest w tym rozumieniu kimś na kształt prezesa wielkiej firmy. Wprawdzie dostaje on na biurko raporty od działów mu podległych, wprawdzie wydaje różne decyzje i jest przekonany o swoim sprawstwie, ale tak naprawdę dowiaduje się tylko o tym, o czym podwładni chcą, żeby się dowiedział, jego polecenia natomiast są dla nich w pełni przewidywalne. Ale jemu, rzecz jasna, wydaje się, że to on jest ich jedynym autorem.

Badania nad przyczynami zachowań agresywnych czy antyspołecznych – choć są jeszcze w fazie bardzo wstępnej – sugerują, że kwestie genetyczne, związane między innymi z biochemią mózgu, ale także ze sposobem jego funkcjonowania, odgrywają tutaj niebywale istotną rolę. Już teraz psycholodzy są w stanie – na podstawie określonych danych – całkiem nieźle przewidywać zachowania uczestników niektórych eksperymentów, którym to uczestnikom, jakżeby inaczej, wydaje się, że działają w sposób całkowicie wolny i autonomiczny. Autorzy raportu pozwalają sobie na przypuszczenie, że za jakiś czas będzie można – z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością – przewidywać przyszłe zachowania poszczególnych jednostek tylko na podstawie badań ich układu nerwowego.

Jeśli to przewidywanie okaże się prawdziwe – jak wówczas będzie wyglądać rzeczywistość prawna i społeczna? I czy przypadkiem nie tak, jak to w swoich genialnych dystopiach opisywali George Orwell albo Aldous Huxley?

***
Przypadek mieszkańca jednego z małych miasteczek amerykańskiego Południa jest, jak wspominałem, graniczny. Po pierwsze dlatego, że jest nietypowy – skłonności tego rodzaju rozwijają się zazwyczaj długo i mają złożone źródła. Mechanizmy, na zasadzie których guz mógł je u tego konkretnego człowieka wywołać, są na razie przez naukę nierozpoznawalne. Po drugie zaś dlatego, że nie mamy tu większego kłopotu z ustaleniem odpowiedzialności. Ponieważ związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy guzem a zachowaniem wydaje się oczywisty, przyjmujemy, że ów mężczyzna miał na swoje zachowanie wpływ ograniczony. A zatem łagodny wyrok sądu w pierwszym odruchu nie budzi w nas kontrowersji.

Czy jednak rzeczywiście? Guz nie pozbawił go przecież tożsamości, pamięci, wiedzy o regułach pożycia społecznego, wcześniejszych przekonań, zdolności rozpoznawania znaczenia własnych czynów itp. Mimo wszystko trudno przyjąć, że był całkowicie pozbawiony wolnej woli, a zatem odpowiedzialności za to, co zrobił. Trudno właśnie dlatego, że tak głęboko przywykliśmy do tego pojęcia. Że wydaje się nam ono intuicyjnie uchwytne, oczywiste, niepodważalne.

Z drugiej strony jednak – jeśli prawdą jest to, czego dowodzą neuronauki albo raczej czego już wkrótce, jeśli wierzyć autorom Neuroscience and law, bezspornie dowiodą – skoro nasze decyzje, nasze intencje, działania, myśli i uczucia są bez wyjątku pochodną stanu naszego organizmu, może należałoby powiedzieć, że wszyscy jesteśmy równie odpowiedzialni za swoje czyny, jak ów nieszczęsny mieszkaniec małego południowego miasteczka?

Wszyscy bowiem działamy w sposób bezwiedny, niesłusznie płacąc kary albo odbierając nagrody za nasze geny, stan naszych neuroprzekaźników, słowem, za nasze mózgi, które robią, co chcą, wywołując w nas złudne poczucie, że jesteśmy ich posiadaczami, gdy tymczasem jest dokładnie na odwrót. 

Data publikacji: