Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
Tomasz Stawiszyński

Samotność na płaskiej ziemi

Tomasz Stawiszyński
Samotność na płaskiej ziemi

W 1956 roku pewien całkiem nieźle prosperujący twórca zewnętrznych reklam, zamieszkały w Dover w południowo-wschodniej Anglii, postanowił wreszcie wziąć sprawy w swoje ręce i sformalizować działalność, którą do tej pory zajmował się wyłącznie hobbystycznie. Sprawa, której miał zamiar poświęcić resztę życia, interesowała go od dawna. Lektury, przemyślenia, gorące dyskusje z bliskimi i znajomymi – to wszystko przestało mu już w pewnym momencie wystarczać. Poczuł, że czas wypłynąć na szersze wody. Dotrzeć do większej liczby zainteresowanych. Obwieścić wreszcie światu starannie ukrywaną prawdę. Dlatego właśnie skompletował odpowiednie dokumenty, a następnie udał się do urzędu w celu oficjalnej rejestracji Stowarzyszenia Płaskiej Ziemi.

Jak sama nazwa wskazuje, głównym celem Stowarzyszenia było propagowanie przekonania, że błękitna planeta ma tak naprawdę kształt płaskiego dysku otoczonego specyficzną dekoracją, którą znamy jako niebo, słońce i gwiazdy. Jego założyciel, Samuel Shenton, dzielnie walczył z krągłymi miazmatami heliocentryzmu aż do śmierci, w roku 1971. Pozostało po nim archiwum w postaci kilkudziesięciu numerów wydawanego przezeń pisma oraz setek skrupulatnie ilustrowanych artykułów zawierających szczegółowe wykresy i obliczenia matematyczne. Ponieważ był filarem całego przedsięwzięcia, po jego śmierci Stowarzyszenie przeszło na ponad trzydzieści lat w stan uśpienia.

W 2004 roku obudził je nowy, rzutki prezes, Daniel Shenton (zbieżność nazwisk przypadkowa). Jego energia, zapał i szczera wiara w płaską Ziemię, szybko przyniosły rezultaty. Dziś stowarzyszenie liczy ponoć kilka tysięcy członków. Ma nowoczesną stronę internetową (www.theflatearthsociety.org) oraz kilku oficjalnych reprezentantów, którzy na każdym kroku podkreślają, że są otwarci na propozycje wywiadów. Nie są w tym bynajmniej gołosłowni – w ich dossier są między innymi występy w BBC i na łamach The Guardian.

Oczywiście – to wciąż jest margines. Przekonanie, że kulistość, a dokładniej rzecz ujmując elipsoidalność Ziemi, jest kłamstwem wymyślonym przez jakieś tajne agendy (narzuca się skądinąd pytanie: po co?), nie jest jak na razie jakoś szczególnie rozpowszechnione. Nawet pomimo wytężonej działalności Stowarzyszenia.

Niemniej, trudno przewidzieć, co będzie za kilkadziesiąt lat. Żyjemy ostatecznie w epoce fake newsów i postprawdy. A na rycinach prezentowanych ochoczo przez Daniela Shentona i jego współpracowników, wszystko wygląda na tyle przekonująco i wiarygodnie, żeby ktoś pozbawiony umiejętności rozróżniania pomiędzy fikcją a rzeczywistością (jako umiarkowany realista honoruję ten przestarzały podział) mógł się na coś takiego nabrać.

***

Pytanie brzmi jednak – czy oni naprawdę w to wszystko wierzą?
Czy faktycznie są szczerze przekonani, że Ziemia jest płaska, zdjęcia satelitarne to fotomontaż, transport samolotowy jest rodzajem przemyślnie skonstruowanej mistyfikacji, system GPS zaś działa w oparciu o magię?

Czy też może to wszystko jest osobliwym performansem, wygłupem, który wszakże – jak się okazuje – może stać się całkiem skutecznym sposobem na życie? Ostatecznie nie prawdziwość głoszonych poglądów jest dzisiaj istotna, ale ich siła przyciągania, emocjonalna atrakcyjność i wirtualna nośność. Oraz to, czy przynoszą jakieś konkretne życiowe apanaże.

Sami zainteresowani zarzekają się jednak, że są stuprocentowo szczerzy.

Na każdą możliwą wątpliwość mają z góry przygotowane odpowiedzi. Zbudowane wprawdzie z przeinaczeń, manipulacji i zwykłych bzdur, ale żeby się w tym zorientować, trzeba posiadać choćby minimalną wiedzę. Ponieważ jest to dzisiaj towar coraz bardziej deficytowy, trudno się dziwić, że Stowarzyszenie ma się dobrze i bez przeszkód rozwija swoją działalność.

***

Wszystko to stanowi bezsporny dowód na niesamowitą żywotność fikcji, która w bojach z rzeczywistością potrafi sobie doskonale radzić.

Mimo rozwoju nauki, mimo wypracowywania naprawdę precyzyjnych standardów osiągania przekonań uzasadnionych i weryfikowalnych, wciąż jesteśmy skłonni uwierzyć praktycznie we wszystko.

Zmiennokształtne jaszczury podszywające się pod najbardziej wpływowych światowych polityków i biznesmenów – przybyłe przed tysiącami lat z konstelacji Draco i żywiące się na co dzień ludzką krwią? Nie ma sprawy.

Lądowanie na Księżycu jako dzieło hollywoodzkich producentów? Ależ oczywiście, to bardzo prawdopodobne.

Tajny rząd kontrolujący wszystko, co się dzieje na świecie, łącznie z katastrofami ekologicznymi i poziomem opadów? Jasne.

Płaska Ziemia? No pewnie.

***

Ewolucjoniści i neuronaukowcy są zgodni: ludzki umysł nie jest zainteresowany poznawaniem rzeczywistości, tylko uspójnianiem własnych przekonań. Układa więc nasze przekonania tak, żeby tworzyły strukturę maksymalnie zwartą i odporną na zmiany.

Udoskonalana przez setki lat metoda naukowa ma na celu przełamywanie tych wszystkich mechanizmów obronnych, błędów poznawczych, skłonności do konfabulacji. Filozofia od samych swoich początków – od Sokratesa irytującego kolejnych swoich rozmówców – miała dokładnie takie same ambicje.

Tego rodzaju postawa jest więc w ścisłym tego słowa znaczeniu – opus contra naturam, dziełem przeciwne naturze. Wymagającym wysiłku i przekroczenia własnych głębokich uwarunkowań.

Jest – mówiąc słowami Emila Ciorana, XX-wiecznego francuskiego filozofa pochodzącego z Rumunii – myśleniem przeciw sobie, myśleniem nieustannie kwestionującym każdą oczywistość, pewność, poczucie, że się ma rację, że się znalazło choćby jedną odpowiedź.

***

Wobec takiego wysiłku, fikcja zawsze okaże się bardziej atrakcyjna.

Jedynym argumentem jaki przychodzi mi do głowy, argumentem przeciw fikcji, jest przekonanie, że jej wybór oznacza tak naprawdę... samotność.

Odwrót od świata, w którym wszyscy uczestniczymy, i który z pomocą wspólnie wypracowywanych sposobów próbujemy razem opisać i zrozumieć. A zatem – uczynić go jeszcze bardziej wspólnym. Rozszerzyć obszar, na który pada snop światła, i w którym – dzięki temu – możemy się spotkać, rozejrzeć, zobaczyć siebie nawzajem.

Członkowie Stowarzyszenia Płaskiej Ziemi – oraz ci, którzy ulegają uwodzicielskim urokom rozmaitych mniej lub bardziej nowoczesnych mitologii – odwracają się od tej wspólnej przestrzeni w kierunku pięknych iluzji.

Ponieważ jednak osiąganiem takich iluzji nie rządzą żadne przejrzyste, uwspólnione kryteria – każdy ostatecznie ląduje w jakimś własnym ich wariancie. Odseparowany od innych, zamknięty w mikrokosmosie własnych fantazji.

Że można tam spędzić całe życie, o tym bezspornie zaświadcza przykład Samuela Shentona i jego kontynuatorów.

Pytanie brzmi – gdzie my chcemy spędzić swoje?

Data publikacji:

Tomasz Stawiszyński

Tomasz Stawiszyński

Redaktor działu "Społeczeństwo". Specjalista od dużych wywiadów.