Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
Paulina Wilk

Przy ulicy Niebyłej

Paulina Wilk
Przy ulicy Niebyłej

Mieszkam przy jednej z najdłuższych warszawskich ulic. Kiedyś słynęła z warsztatów, sklepików i pracowni rzemieślniczych. Teraz nie słynie z niczego, a na długości pół kilometra powstały trzy apteki. Ludzie spieszą się tędy, łykając pigułki na ból fantomowy. Ten po obumarłej arterii zastąpionej teraz sztywną i nudną protezą.

Są ulice i są przykre korytarze codzienności. Jest życie miejskie albo zmaganie z jego geografią. Jest miłość i zaufanie do przestrzeni lub poczucie obcości, architektonicznej niechęci. W naszych miastach może być tak albo inaczej, wiele zależy od nas samych, ale najwięcej od właścicieli budynków i władz miasta, które pora wybudzać z obojętności. Miasto jest od tego, żeby wtrącać się na rzecz naszych uczuć.

Przy mojej ulicy dwie apteki są nowiutkie, sieciowe i doskonale beznamiętne. A jedna stara, prywatna i działa całą dobę. Chodzę do tej właśnie, choć mi do nowych nawet bliżej. Chodzę, ponieważ ufam farmaceutom, mam swoich faworytów. Zaglądam czasem w nocy, bo martwię się, że młody okularnik prosto po studiach może nudzi się na późnej zmianie, a ja i tak wyprowadzam psa. Wyciągam monety błąkające się w kieszeni płaszcza, kupuję niepotrzebną witaminę C, zamieniam z okularnikiem kilka zdań.
Wracając do domu, mijam trupa wolno stojącego warzywniaka na rogu. Był tam kiedyś i kiosk, ale też splajtował. Latem ktoś tę budkę podpalił. Do najbliższego warzywniaka mam teraz daleko, muszę obejść nieludzko zaprojektowane rondo, warzywa jadam więc od święta.

Nie cierpię jadłodajni, którą rodzina z sąsiedztwa powołała w bramie nieopodal. Serwowane są tam cuchnące kotlety spożywane przez innych sąsiadów na stolikach obłożonych ceratą i zacumowanych na jedynym zazielenionym skrawku podwórza. Nie cierpię, ale doceniam. Bo jest to miejsce odpowiadające na realną potrzebę, mały tygiel spotkań i rozmów. Podobnie jak mikroskopijny zakład fryzjerski z żaluzjami i wizualizacjami z lat 90., którego właściciel często wychodzi na papierosa i rozgląda się, a więc jest najlepszym ochroniarzem ulicy.
Kibicowałam wszystkim, którzy próbowali zrobić użytek z maleńkiego lokalu wciśniętego między „chwilówki” a zagracony spożywczak. Trzymałam kciuki kolejno za piekarnię, zakład manikiuru, kwiaciarnię, poprawki krawieckie, chemię z Niemiec, nawet za zakład pogrzebowy. On się utrzymał najdłużej, padł dopiero po roku. Wszystko dlatego, że moja ulica służy już niemal wyłącznie do przemykania. Jest tylko łącznikiem, chodzi się przez nią szybko i bez sentymentu, jakby sprawiała przykrość.

A ja chciałabym chodzić nią wolno, zagapiać się i przystawać przed witrynami, smakować małe życie. Mieć powód do bycia. Poczuć się u siebie.

Takich umartwionych ulic przybywa w Warszawie, którą łatwo pomylić z zagłębiem farmacji, usług bankowych i dyskontów spożywczych. Najważniejsze ciągi – Aleje Jerozolimskie i Marszałkowska – przypominają wejście od zaplecza. Oklejone tanimi i krzykliwymi reklamami, naćkane bezosobowymi lokalami, są „przechodzone” przez zobojętniały i wyobcowany tłum. „Anonimowe ulice tworzą anonimowych ludzi” – alaramowała pół wieku temu Jane Jacobs, pisząc o wymieraniu miast Ameryki. Teraz także nasze centra i główne arterie miejskiego krwiobiegu są pozbawiane żywotnych pomp, bezcennych adresów. Nie ma świetnej drogerii przy Puławskiej ani bazarku przy placu Szembeka, a zaraz zniknie apteka przy Willowej, na krakowskim Rynku zaś ostatnią zacną księgarnię po sieciowym Matrasie przejął sieciowy Empik. Tak umierają nieformalne instytucje wzajemnego zaufania, punkty zakotwiczenia, przyczółki tożsamości w zawsze zmieniającym się mieście.

Niekochane ulice szybko stają się niczyje, brzydkie i niebezpieczne. Zaczynamy je omijać, zamykamy się w swoich rewirach, grodzimy, tylko potęgując opuszczenie. W polskich miastach dzieci już nie bawią się na ulicach. Moja dzielnica jest jedną z ostatnich z życiem podwórkowym, zdartymi kolanami, podchodami i piłkami uwięzionymi w gałęziach drzew.

Najwspanialsze w miastach jest to, że pozwalają się redefiniować. Możliwe jest odzyskanie ich przestrzeni dla ławeczek i rozmów z nieznajomymi, psich wybiegów, huśtawek, poprawek krawieckich, kawiarenek z pączkami, pasmanterii. Wystarczy trochę obniżyć czynsz, dać pierwszeństwo lokalnym najemcom, ustanowić ochronę prawną dla zakładów usługowych czy sklepów z tradycją. Zyski będą ekonomiczne, poprawią się bezpieczeństwo i zdrowie publiczne. Będzie trochę bardziej jak w Kopenhadze czy Berlinie.
Ale do tego trzeba jeszcze, żebyśmy drobne skarby doceniali w porę – zaglądali po ciastko, gazetę, witaminę C, prosili sklepową o przechowanie paczki i pytali, co poleca. Zamiast jeździć po wszystko do centrów handlowych na obrzeżach miasta, a potem wzdychać do kolejnej pustej witryny.

Miasto może być naszą udręką, może być domem i rajem. Zrobi dla nas wszystko, jeśli się o nie upomnimy. Jeśli go zapragniemy.

Data publikacji: