Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Proteza

W opublikowanej w 1930 r. pracy Kultura jako źródło cierpień Zygmunt Freud odmalowuje raczej przygnębiający obraz kondycji ludzkiej. W wielkim skrócie, żyjąc na styku bezdusznej natury i opresyjnej kultury, mamy mizerne szanse na szczęście. Z trzech stron zagraża nam cierpienie: od kruchego, podatnego na choroby ciała (czujemy ból, umieramy), od świata zewnętrznego i jego „niszczycielskich sił” (kataklizmy naturalne) oraz od innych ludzi (według Freuda to ostatnie jest najgorsze).

Dla obrony przed cierpieniem tworzymy kulturę. Paradoks polega jednak na tym, że kultura, choć zwiększa indywidualne bezpieczeństwo, ani trochę nas nie uszczęśliwia. Odwrotnie, ponosi „lwią część winy za naszą dzisiejszą nędzę” (tłum. Robert Reszke). Freud uruchamia całą stworzoną przez siebie machinę psychoanalityczną, żeby wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Chciałabym jednak skupić się na jednym aspekcie opisywanego przezeń paradoksu, a mianowicie na kwestii ludzkich wysiłków, aby „uczynić sobie ziemię poddaną”, czyli „zapanować nad naturą”. Wcale nie komentując agresywnego (militarnego) charakteru tych popularnych metafor, Freud stwierdza po prostu, że „nadzwyczajne postępy w naukach przyrodniczych i umiejętnościach ich technicznego zastosowania” nie przysporzyły nam rozkoszy. W kwestii ludzkiego zadowolenia postęp jest jedynie pozorny, bo jeśli coś zyskujemy, to tylko kosztem utracenia czegoś innego. Kilka dekad wcześniej transcendentalista Ralph Waldo Emerson ujmował to w ten sposób: „Człowiek cywilizowany zbudował pojazd, ale stracił użytek z nóg. Podpiera się na kulach, ale brak mu podpory muskułów. Ma doskonały genewski zegarek, ale nie posiada zdolności określania godziny przez słońce” (tłum. Zbigniew Adamski).

Wynika stąd, że zawsze, niejako z natury rzeczy, doświadczamy jakiegoś braku. Niedobór może przesunąć się w inne miejsce, ale nigdy nie zniknie. Im bardziej gorączkowo poszukujemy pełnej satysfakcji, tym szerzej otwiera się otchłań pragnienia. Nasze cywilizowane czasy dostarczają wielu przykładów: obszerna wiedza na temat zdrowego funkcjonowania organizmu i związane z nią reżimy dietetyczno-treningowe bynajmniej nie pociągają za sobą radosnego doświadczenia cielesności. Rośnie nasze materialne bogactwo, ale kurczą się czas i wolność potrzebne do tego, aby z niego korzystać. Z kolei, bezprecedensowa, liberalnie rozumiana wolność konsumencka bogatej części ludzkości – wolność wyboru produktu, usługi, wizerunku, celu podróży, duchowości – nawet w najmniejszym stopniu nie zbliżyła nas do odpowiedzi na niepokojące pytanie: czego właściwie chcemy? Czym jesteśmy? Coraz nas więcej i coraz skuteczniej kolonizujemy Ziemię, a jednocześnie coraz bardziej sami za sobą tęsknimy.

Freud jest zdania, że przez próby kontrolowania rzeczywistości człowiek realizuje pewną fantazję, a mianowicie – upodabnia się do boga. Ale tu znowu pojawia się paradoks. Jak to przeważnie bywa, fantazję udaje się zrealizować tylko połowicznie: „Człowiek, by tak rzec, stał się czymś w rodzaju boga-protezy i zaiste, jest on wspaniały, gdy wyposaży się we wszystkie swe narządy pomocnicze, te ostatnie nie zrosły się jednak z nim, niekiedy zaś ich obsługa wymaga odeń niemało wysiłku”. Ten groteskowy obraz niezdarnego cyborga, wyolbrzymiającego swoje zalęknione ego za pomocą skądinąd efektownych narzędzi, którymi posługuje się skutecznie, ale bez wdzięku, w jak najgorszym stylu, robi wrażenie, zwłaszcza, jeśli przyłożymy go do współczesnego triumfu cywilizacji technicznej. Dla Freuda te narzędzia to luneta czy mikroskop (przedłużenie oka) albo telefon (przedłużenie głosu). Współczesny bóg-proteza ma do dyspozycji także elektronikę i Internet, czyli cały ten wyolbrzymiony, żeby nie powiedzieć opuchnięty, mózg. Rzecz jasna, technologia jest nam koniecznie potrzebna, także po to, żeby chronić systemy podtrzymujące życie na Ziemi. Jednak, jak zauważa poeta Ed Roberson, technologia będzie raczej ochraniać „zasoby naturalne” niezbędne do dalszego funkcjonowania kapitalizmu niż dzikość. Instrumentalne podejście do pozaludzkiej przyrody wiąże się z instrumentalnym traktowaniem innych ludzi: Ed Roberson, Afroamerykanin, pisze z perspektywy człowieka, którego przodkowie stanowili niegdyś część „zasobów naturalnych” Afryki. Dzielenie ludzi na bardziej i mniej ludzkich to element tej samej militarnej logiki, która prowadzi do „podboju natury”.

Kilka razy natknęłam się ostatnio na stwierdzenie, że ludzie wkrótce sięgną po nieśmiertelność. W rozmowie z Tomaszem Stawiszyńskim (w aktualnym drukowanym numerze „Przekroju”) Anthony Giddens przytacza Kurzweila, który jest zdania, że „nieśmiertelność albo chociaż radykalne przedłużenie życia są już w zasięgu możliwości dzisiejszych młodych ludzi”. Mając przed oczami obraz freudowskiej protezy, odbieram tę perspektywę jako przerażającą, po prostu dlatego, że etyczne kwalifikacje naszej cywilizacji wydają się drastycznie nieadekwatne w stosunku do takich potężnych możliwości technicznych. Co dokładnie miałoby być nieśmiertelne? Biorąc pod uwagę to, co jest w nas najtrwalsze, najbardziej uporczywe, co w języku psychoanalizy łączy się z przymusem powtarzania, z tępym automatyzmem neurozy, byłyby to właśnie te skłonności, o których pisałam powyżej: nienasycenie, ambicja, potrzeba kontroli. Wyobraźmy sobie nieśmiertelnego cyborga, który przeobraża cały świat na obraz i podobieństwo własnego, wiecznie zagrożonego „ja”: wyobraźmy sobie nieśmiertelnych polityków i bogaczy albo nawet nieśmiertelnych autorów, piszących kolejne i kolejne książki, w obliczu kurczącego się raptownie pozaludzkiego świata. I tylko nadal nie wiadomo: po co?

Data publikacji: