Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Tomasz Stawiszyński

Konserwatyzm gnostyczny

Tomasz Stawiszyński
Konserwatyzm gnostyczny

Wszelkie interwencje na nic.

Może sobie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazywać „wstrzymanie aktywnych działań gospodarki leśnej na wybranych siedliskach Natura 2000”. Mogą protestować organizacje ekologiczne, biolodzy, przedstawiciele kultury. Ludzie mogą wychodzić na ulicę. Słowem – może się dziać mnóstwo różnych rzeczy.

Ale cokolwiek by się nie działo – wyraźnie już dziś to widzimy – rząd nie zamierza zaprzestać wycinki zainfekowanych przez kornika drukarza drzew w Puszczy Białowieskiej. Nic w tym oczywiście dziwnego w kontekście dość ostentacyjnej niechęci tej władzy do nawet najdrobniejszych korekcji raz powziętych planów i decyzji. Podobnie jak w innych przypadkach, tak i w kwestii wycinki drzew, temu uporowi towarzyszy specyficzna retoryka.

Co chore – trzeba usunąć.

Miejsce po operacji – starannie zdezynfekować.

Interwencja jest konieczna, bez interwencji bowiem, bez tych higieniczno-porządkowych praktyk, puszcza nie przetrwa. Niejako zapadnie się pod własnym ciężarem, pochłonie ją charakterystyczny dla świata przyrodniczego chaos, którego radykalną inwersję mogą powstrzymać wyłącznie ludzkie działania i narzędzia.

Brak tu, co ciekawe, odniesienia do łatwo identyfikowalnego faktu, że puszcza bez interwencji ludzkich przetrwała już około 10 000 lat i nie zanosi się bynajmniej – jak twierdzą ekolodzy i specjaliści od leśnych ekosystemów, nie zaś specjaliści od utylizacji drewna – żeby teraz kornik drukarz miał jej egzystencję znienacka zakończyć. 

To przemilczenie nie jest oczywiście przypadkowe, bo też w tak poważnych sprawach sfera działania czynników losowych zredukowana jest zazwyczaj do minimum. Że stoi za nim raczej pewna filozofia – niektórzy powiedzą: ideologia – niż wiedza oparta na faktach, to też jest raczej widoczne.

Jaka to jednak filozofia? Czy słusznie przywołuje się w kontekście działań rządowej ekipy – przyznającej się przecież w sposób otwarty i częsty do swoich chrześcijańsko-katolickich przekonań – ów fragment z Księgi Rodzaju, w którym mowa o dominacji nad przyrodą, jaką Bóg zagwarantował ludzkości?

Przypomnijmy: „Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi». I rzekł Bóg: «Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona». I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Księga Rodzaju 1, 28-31).

Otóż, moim zdaniem, zupełnie nie tędy droga.

To wcale nie chrześcijański postulat czynienia sobie ziemi poddaną stoi za działaniami obecnego rządu.

Co natomiast za nimi stoi – o tym za chwilę.

Na razie sięgnijmy po jeszcze jeden przykład.

***

Jakiś czas temu Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej przedstawiło plan regulacji największych polskich rzek. Chodzi w nim, z grubsza biorąc, o to, żeby w perspektywie kilkunastu lat około pięciu procent wszystkich transportowanych w Polsce towarów, było transportowane w ramach szlaków rzecznych. Transport rzeczny bowiem – podkreślają autorzy tej koncepcji – jest efektywny, tani, a także... ekologiczny. A w każdym razie bardziej ekologiczny niż pociągi albo tiry. Żeby tę wizję zrealizować potrzeba mniej więcej osiemdziesięciu miliardów złotych. Skąd rząd je weźmie? Pożyczy. Wprawdzie spłacać będą to wszystko musiały przed długi czas kolejne pokolenia, których o zdanie w tej sprawie nikt nie pyta, ale o to już mniejsza.

Przeciwko wdrażaniu tego planu protestują od początku ekolodzy, biolodzy oraz inżynierowie zajmujący się zbiornikami wodnymi. Niedawno powołali nawet w tej sprawie inicjatywę o nazwie Koalicja „Ratujmy Rzeki”. Ich argumenty dzielą się – mówiąc w skrócie – na pragmatyczne i metafizyczne. Pragmatyczne odwołują się do zagrożenia powodziowego, jakie wiąże się nieuchronnie z ingerowaniem w bieg rzeki. Rzeka regulowana przy pomocy tam, wałów i innych obiektów, mających na celu modyfikację jej nurtu, albo poziomu wody, ma po prostu tendencję do zalewania terenów przybrzeżnych. Co do tego – twierdzą – nie ma dziś właściwie wątpliwości, mamy do czynienia z dobrze udokumentowaną relacją przyczynowo-skutkową, czyli wiemy, że zachodzi taka zależność: reguluje się rzekę, prowokuje się powódź. Metafizyczne natomiast akcentują autonomiczną wartość dzikiej przyrody – z jej bioróżnorodnością oraz niewątpliwymi walorami estetycznymi. Jest coś ważnego, wartościowego samego przez się – głosi argument metafizyczny – w środowisku naturalnym, które nie zostaje poddane ludzkiej dominacji. I dlatego ważne jest, żeby o takie przestrzenie dbać i zachowywać – na tyle, na ile to możliwe – ich dziewiczy charakter.

***
Tymczasem dla ministra Jana Szyszki tego rodzaju wartość, jeśli w ogóle istnieje, znajduje się gdzieś na odległych pozycjach w hierarchii.

Przyroda jest dla niego – jak wskazują liczne wypowiedzi i działania – dobrem zaledwie relatywnym, mającym wartość względną, to znaczy: zawsze ze względu na coś, nigdy samą przez się.

Puszcza Białowieska jest więc dobrem godnym ochrony nie dlatego po prostu, że jest sferą dziedzictwa biologicznego, nieskażoną wyziewami cywilizacji, ale dlatego, że ludzie mogą z tego lasu czerpać określone korzyści.

Na przykład zabijać zamieszkujące go zwierzęta, dorabiając do tego specyficzny etos, zakładając czapeczkę z piórkiem, dując w róg i sprawiając wrażenie, że się tutaj odbywa coś bardzo doniosłego i wesołego, gdy tymczasem odbywa się tylko tępa, ponura rzeźnia.

Albo pozyskiwać z tego lasu drewno, wspierając tym samym gospodarkę.

Albo też spacerować po nim z ukontentowaniem –  czego warunkiem koniecznym jest oczywiście wygodna dróżka.

Podobnie rzeki są dobrem przede wszystkim ze względu na korzyści, jakie mogą przynieść ich użytkownikom. Korzyści wymierne i praktyczne, dodajmy, jak na przykład rozwój jakiejś określonej gałęzi gospodarki, albo udrożnienie szlaków turystycznych.

***

Że tego rodzaju podejście nie jest, albo w każdym razie nie musi być konsekwencją biblijnego wezwania z Księgi Rodzaju – o tym dobitnie zaświadcza pierwsza samodzielna encyklika papieża Franciszka Laudato si. W tym tekście znajdziemy nie tylko wiele fragmentów, które stoją w jawnej sprzeczności z utylitarnym podejściem prezentowanym przez ministra Szyszkę, ale także wiele fragmentów, które brzmią niczym potępiany i wyśmiewany przez niego dyskurs głębokiej ekologii.

Powiedzmy zatem wprost, że aktywność polegająca na energicznym i cokolwiek kompulsywnym kolonizowaniu kolejnych obszarów nieuregulowanej jeszcze ludzką ręką natury,  przywodzi raczej na myśl inną zupełnie teologiczno-wyobrażeniową strukturę.

A mianowicie – gnostycyzm.

Starożytną religię czy też grupę religii, które w pewnym momencie rywalizowały z chrześcijaństwem, ale rywalizację tę przegrały i zostały skutecznie wytępione przez przedstawicieli Kościoła katolickiego w pierwszych wiekach jego istnienia. Zasadniczym przesłaniem gnostycyzmu było przekonanie, że świat materialny jest więzieniem, w którym pokutujemy w związku z rozmaitymi przeszłymi kosmicznymi dramatami. Gdzieś tam, w odległych sferach istnienia, znajduje się nasz właściwy dom: królestwo światła, radości i ducha. Ale nie tutaj. Uniwersum, w którym zamieszkujemy aktualnie zostało stworzone przez Szatana, Złego Demiurga, złośliwy byt, który podszywa się pod autentycznego Stwórcę, jest więc po prostu uzurpatorem.

Za tym zespołem przekonań szły oczywiście określone praktyki. W różnych odmianach gnostycyzmu wyglądały one inaczej, stosunek jednak do tego, co cielesne i materialne, w każdej gnostyckiej denominacji był na swój sposób szczególny.

Były więc gnostycyzmy ascetyczne, były i libertyńskie. Obie te z pozoru wykluczające się ścieżki łączyło jednak przekonanie, że materia jest substancją upadłą, złą, a w najlepszym razie – wymagającą transformacji, zbawienia i uwolnienia.

***

Echa tej idei słychać bardzo wyraźnie w ryku harwesterów ścinających drzewa w Puszczy Białowieskiej. Słychać je w niejawnym, ale organizującym działania rządzących przekonaniu, że lasy i rzeki należy poddać metodycznej inwazji ponieważ w formie niezinwadowanej są siedliskami pierwotnego chaosu, a także rozsadnikami jakiegoś bliżej niesprecyzowanego zagrożenia.

Mamy tu więc w prostej linii aplikację gnostyckiego przekonania o upadłej naturze świata materialnego, który tylko wówczas staje się względnie bezpieczny – i użyteczny – kiedy się go podda określonym działaniom rytualnym, nadającym strukturę temu, co w punkcie wyjścia amorficzne i zagrażające.

Gdzieś w tle jest także przekonanie, że rzeczywistość jest jak plastelina, którą można dowolnie kształtować. I że powinna się ona bezwolnie poddawać wszystkim operacjom, jakie człowiek postanowi na jej organizmie przeprowadzić. Gdzieś w tle jest także poczucie, że ludzka wola nie zna granic i jest w stanie podporządkować sobie wszystko, co tylko znajdzie się w orbicie jej zainteresowania.

Jako żywo, niewiele ma to w każdym razie wspólnego z konserwatyzmem rozumianym jako szacunek do tego, co jest, połączony z daleko idącą powściągliwością w odniesieniu do zmian w obszarach funkcjonujących dotąd w sposób co najmniej zadowalający.

To raczej odmiana postawy rewolucyjnej, która neguje najdrobniejsze nawet składowe świata, jaki zastaje, i dąży do jego gruntownego przemodelowania, radykalnej transformacji. A także – a może przede wszystkim – do zdobycia bezwzględnej władzy nad każdym jego skrawkiem.

Że jednak z tego rodzaju ambicji nigdy nie wynika nic dobrego – o tym się już mieliśmy okazję nie raz przekonać.

Rzeczywistość nie poddaje się gładko wszystkim naszym próbom jej kontroli. Ingerencja w przyrodę, która jest żywym zbiorem sił tworzących układy o wysokim stopniu komplikacji oraz zdolności do samoregulowania, kończy się często katastrofami ekologicznymi i dewastacją. A pragnienie kształtowania wszystkiego wedle swojej woli przynosi w najlepszym razie rozczarowanie.

O tym wszystkim pisze skądinąd sporo papież Franciszek we wspomnianej już, chrześcijańskiej encyklice Laudato si.

Data publikacji:

Tomasz Stawiszyński

Tomasz Stawiszyński

Redaktor działu "Społeczeństwo". Specjalista od dużych wywiadów.