Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
Tomasz Stawiszyński

Kolonizacja uwagi

Tomasz Stawiszyński
Kolonizacja uwagi

Z pewnością to widzieliście. W telewizji albo w Internecie. Wszyscy o tym dyskutowali, a linki rozchodziły się w mediach społecznościowych z prędkością błyskawicy. Sergio Canavero, ekscentryczny włoski chirurg, zapowiedział niedawno, już po raz kolejny, że – tym razem na pewno i bezspornie – dokona wreszcie... przeszczepu głowy. A raczej: przeszczepu tułowia. Ostatecznie, w przypadku sukcesu takiej operacji, głowa pozostaje aktywną beneficjentką całego przedsięwzięcia, natomiast właściciel tułowia zostaje oficjalnie uznany za zmarłego.

Oczywiście wiadomo, że cały ten przeszczep to kompletna blaga. Zgodnie ze stanem współczesnej wiedzy i technologii medycznej nie da się przeprowadzić takiego zabiegu. Co więcej, nie wiadomo, czy w ogóle kiedykolwiek będzie to możliwe.

Nauki nie uprawia się na konferencjach prasowych, tylko w laboratoriach. Zanim poda się do publicznej wiadomości, że dokonano właśnie epokowego odkrycia, trzeba tego odkrycia uprzednio dokonać. Zanim zaś przetestuje się jakąś metodę leczenia na ludziach, należy najpierw przejść przez cały skomplikowany zestaw testów i eksperymentów, które bezspornie wykażą, że proponowana terapia jest bezpieczna i że naprawdę działa.

Słowem – Canavero kpi sobie z nas w żywe oczy.

***

Ale zarazem skupia na sobie uwagę mediów z całego świata. Bryluje w świetle telewizyjnych lamp, udziela wywiadów na lewo i prawo, sypie efektownymi anegdotkami, które później osiągają niesamowite rekordy klikalności. I w tym sensie jest niebywale skuteczny. To nieważne, że z jego rzekomej rewolucji naukowej nic nie wyjdzie. W wirtualnej sieci, którą – chcąc nie chcąc – wszyscy zamieszkujemy, liczy się bowiem tylko jedno: umiejętność przyciągania uwagi.

Kapitalizm skolonizował już niemal całą dostępną przestrzeń. Zanim jeszcze technologia cyfrowa wniosła do naszego doświadczenia zupełnie inne wymiary i jakości, naturalną sferą ekspansji wielkich korporacji była rzeczywistość materialna. Więcej produkować, więcej sprzedawać, przekraczać kolejne granice, budować coraz większe fabryki, otwierać coraz więcej oddziałów na kolejnych kontynentach. Tego rodzaju działalność – siłą rzeczy – prędzej czy później musi natrafić na nieprzekraczalne granice. Liczba możliwych oddziałów zamiejscowych jest z konieczności ograniczona, miejsca zaczyna brakować, produkcja osiąga limity.

Kapitalizm cyfrowy prowadzi jednak swoją ekspansję w zupełnie innych kierunkach i rejestrach. W sieci najbardziej drogocennym dobrem okazuje się... nasza uwaga. To ona podlega kolonizacji, to w jej obszar nowoczesne korporacje w rodzaju Facebooka czy Google’a dokonują nieustannej inwazji, wciąż doskonaląc i cyzelując swoje narzędzia. Chodzi o to, by uczynić z nas przede wszystkim odbiorców reklamowych treści, które – finalnie – mają się przełożyć na konkretne decyzje konsumenckie. Specjaliści zajmujący się współczesną sferą informacyjną ukuli nawet na określenie tego zjawiska specjalny termin: ekonomia uwagi. W sposób esencjalny oddaje on istotę sprawy.

***

Warto o tym pamiętać, kiedy wchodzimy na portal społecznościowy albo otwieramy przeglądarkę internetową w smartfonie. Bez względu na to, jak użyteczne i pożyteczne są to narzędzia, ich architekci mają na uwadze jeden zasadniczy cel: zatrzymać nas przy sobie jak najdłużej. Stosują w tym celu wszelkie znane metody. Korzystają z najnowszych badań psychologicznych, sięgają po wyniki eksperymentów neuronaukowych, biorą przykład ze znanych od dziesięcioleci strategii wywierania wpływu.

Wszystko po to, żebyśmy zanurzali się coraz bardziej w cyfrowym oceanie, żebyśmy eksplorowali jego wirtualną głębię, żebyśmy – zafascynowani jego bogactwem i pięknem – doszczętnie zatracili poczucie czasu i pogrążyli się w permanentnej kontemplacji na temat jego nieskończonych przejawów i dóbr. Żebyśmy nie wyłączali swoich komputerów i nie odkładali swoich smartfonów czy tabletów. Nigdy.

***

Jest tylko jedno małe „ale”.

Im bardziej zatapiamy się w tym cyfrowym odmęcie, tym mniej uczestniczymy w świecie analogowym. Im bardziej koncentrujemy się na rzeczywistości wirtualnej, tym mniej pozostaje miejsca na inną. W tym kontekście całkowicie zrozumiałe stają się statystki, które mówią o rozwijających się na bezprecedensową skalę zaburzeniach uwagi wśród dzieci i młodzieży. O naszą uwagę toczy się bowiem prawdziwa wojna. Czy raczej – otacza nas mnóstwo instytucji zainteresowanych w tym, żebyśmy koncentrowali się właśnie na ich produktach. Nie zaś na tym, co może nam przynieść realne, a zarazem bezinteresowne korzyści.


 

Data publikacji:

Tomasz Stawiszyński

Tomasz Stawiszyński

Redaktor działu "Społeczeństwo". Specjalista od dużych wywiadów.