Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy,
dopiero się wprowadziliśmy, więc trochę tu pusto – jak w każdym domu potrzeba czasu, by nasiąknął on naszymi historiami. Mamy nadzieję, że zostaniecie z nami i wkrótce poczujecie się tu u siebie.

Dziękujemy, przepraszamy,
Redakcja
Stefan Wiechecki "Wiech"

Jubilerski żart

Stefan Wiechecki "Wiech"
Jubilerski żart

W tramwaju było ciasno jak w tramwaju. Tłum pasażerów rzucił mnie w objęcia jakiegoś dziobatego szatyna w brązowym kapeluszu. Dziobaty pan miał tak ograniczoną swobodę osobistą, że mógł jedynie lekko poruszać dłońmi, które umieścił pod moimi pachami. Mimo tak ciężkiego swego położenia nieznajomy współpasażer nie kopał mnie kolanami, nie syczał, że depczę mu po odciskach, nie wołał: „Nie kładź się pan na mnie, stój pan o własnej, do wielkiej grypy, sile” itp. Przeciwnie, otaczał mnie czułą opieką, podtrzymywał, gdy tłum tracił równowagę, nadstawiał łokci, chcąc mi zapewnić możliwie największą przestrzeń życiową. Toteż od czasu do czasu oglądałem się i rzucałem mu z uśmiechem pełne wdzięczności spojrzenia. Nagle uśmiech zamarł mi na ustach pod wpływem pewnej refleksji. Oto przypomniałem sobie, że kubek w kubek podobnego dziobatego pana widywałem często na ławie oskarżonych w licznych sądach grodzkich przedwojennej Warszawy jako cieszącego się dużym rozgłosem doliniarza.

W ślad za tą refleksją uczyniłem straszliwy wysiłek, by sprawdzić, czy portfel mam na zwykłym miejscu, w bocznej kieszeni. Był. Uspokoiłem się, ale jednocześnie usłyszałem za sobą pełen smutku głos swego chwilowego opiekuna. 

– Pan szanowny względem kieszonkowej kradzieży cykorię odczuwa? I na mnie pan kapuje?! Czysta jeronia, jak pragnę zdrowia, bo ja sam dzisiej rano za ofiarę takiego wypadku się zostałem. Ale nie mam do pana pretensji. Tramwajowe kradzieże chociaż rzadziej niż dawniej, ale zdarzają się jeszcze czasem i trzeba dawać baczenie. Ale już niedługo. Reszta doliniarzy, co się została, zmuszona będzie w krótkiem czasie zmienić zajęcie. To fach skazany na wymarcie. Zmiana pieniędzy go położyła na wszystkie cztery łopatki. 

– Myśli pan? – zapytałem nieco uspokojony. – A cóż to ma jedno z drugim wspólnego? – Bardzo dużo ma wspólnego. Dawniej dziesięć tysięcy w różnych banknotach to była harmonia pieniędzy i jak ją ktoś miał, zmuszony był wszystkie kieszenie niemy napchać i doliniarski fachowiec zawsze się na nim pożywił. 

A dziś trzysta złotych do portfela schowa między fotografie żony i teściowej. Na sercu sobie umieści i bądź pan mądry, wyjmij mu ich pan stamtąd. Senne marzenie. Totyż złodziejska więzienna jelita od tej wymiany już na robotę wcale nie wychodzi. Zastój. Ciapciaki troszkie pracują i nacinają się często jak ten dzisiejszy na mnie. Uważasz pan, jadę rano „dwudziestką piątką” na Pragie. Tłok jak wielkie nieszczęście i od razu czuje, jesionkie mnie rozpinają. Dobra nasza – myślę sobie – „na szaro mnie robią” – i śmiać mnie sie chce jak wielkie nieszczęście.

– Z czego się pan tak śmiał?

– Zaraz pana szanownego objaśnię, trzymam, że i pan się naśmiejesz jak rzadko. Otóż więc jak mnie te jesionkie rozpięli, czuje, że do tylnej kieszeni w spodniach mnie się dobierają.

Odpięli guzik i od dołu uważasz pan podpychają paczkie, którą tam miałem. Mnie się tu śmiać chce, ażem czkawki dostał, ale nic nie mówię. Dopieru jak ten złodziej pakunek wyjął, oglądam się i mówię.

– Ach, że ty lebiego niewidymko, tyle pracy, w paczkie hygienicznego papieru „Solali” wkładasz. Bo właśnie to się tam teraz nosi. I dla przykładu wręczyłem go milicjantowi i spokój. A ten znowuż bilion, czyli drobne, do reszty złodziejską branżę wykończa.

– Dlaczego? – zapytałem z uśmiechem, chcąc w ten subtelny sposób przeprosić mego miłego rozmówcę za niewłaściwe posądzenie.

– Dlatego, że był świeżo w Warszawie taki wypadek. Jeden złodziej szpryngowiec odpiął klientce w kinie złotą branzoletkie z rączki i przekonał się w domu, że była zrobiona z tych nowych złotych pięciogroszówek. Ładna, bo ładna sztuka, ale wartość rynkową miała sześćdziesiąt pięć groszy. Taki jubilerski kącik humoru, psia jego nędza. Po mojemu to powinno być surowo zabronione, bo w ten deseń bilion z rynku znika, a już piątek to na lekarstwo po prostu nie ma. W tym miejscu najsympatyczniejszy towarzysz podróży uścis- nął mi rękę i wyskoczył zgrabnie z tramwaju. Po chwili przekonałem się, że z moim zegarkiem ręcznym. Widocznie chciał sobie wynagrodzić zawód z paczką „Solali” i bransoletkę ze „złotych” pięciogroszówek. Bo myślę, że opowiadał o własnych gorzkich doświadczeniach ze skutkami zmiany waluty. 

Data publikacji:

Stefan Wiechecki "Wiech"

Stefan Wiechecki "Wiech"

Urodził się w 1896 r. Prozaik, satyryk, publicysta i dziennikarz. Mieszkaniec warszawskiej Woli, stworzył wyjątkowy literacki język oparty na przedwojennej gwarze miejskiej z różnych części stolicy. Jego felietony oraz powieści: Maniuś Kitajec i jego ferajna, Café „Pod Minogą”, były publikowane na łamach „Przekroju”. Julian Tuwim poświęcił Wiecheckiemu kilka wersów w Kwiatach polskich: "Potem to ślicznie Wiech uwieczniał, z daleka więc do pana Wiecha pełen wdzięczności się uśmiecham… I cóż pan teraz uskutecznia?" „Wiech” zmarł w 1979 r. Jego imieniem, a właściwie pseudonimem, nazwano pasaż za warszawskimi Domami Centrum.