Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
Julia Fiedorczuk

Jestem z Polski

Julia Fiedorczuk
Jestem z Polski

W otchłannie ponure popołudnie wpada mi w ręce zbiór wierszy Ciało ograbione południowoafrykańskiej poetki Antjie Krog (tłum. z afrikaans Jerzy Koch). Dostaję dreszczy, kiedy czytam początek wiersza cud, tak bardzo pasujący do nastroju chwili:

„należę do tego kraju
to on mnie uczynił

nie mam innego kraju
niż ten właśnie

niezmierzona jest moja miłość do niego
trudna twarda i bez ogródek

nie wierzę w cuda lecz uwolnienie
mojego kraju w pokojowy sposób

było cudem – zdumienie i zawrót głowy zapamiętałam
coś niedoścignionego zapamiętałam co pozostanie ze mną (…)”

(wg Davida Grossmana)

Jest niedziela, dnia właściwie nie było, zmierzch zapadający około 16 sankcjonuje noc panującą niepodzielnie przez cały ten listopadowy czas. Poprzedniego dnia w Warszawie obchodzono 99 rocznicę odzyskania niepodległości, a zatem od szarego rana czytam relacje polskiej i zagranicznej prasy o marszu, który w blasku rac przeszedł z tej okazji przez Warszawę głosząc ksenofobiczne, rasistowskie, nienawistne hasła. Kuląc się ze wstydu próbuję sobie przypomnieć jak to było, jeszcze parę lat temu, odczuwać dumę, kiedy podróżując po świecie mówiłam, że jestem z Polski.

Nie ja jedna boleśnie przetrawiam wydarzenia ostatnich dni (nie tak znów odosobnione w najnowszej historii nadwiślańskiego kraju), czytelnicy wiedzą już o zaproszonych na marsz neofaszystach ze Słowacji i Włoch, o krzyżach celtyckich i falangach na transparentach niektórych uczestników, o poturbowaniu działaczek z Obywateli RP i Warszawskiego Strajku Kobiet, o braku reakcji ze strony policji (jeśli nie na hasła, to chociażby na użycie zakazanej pirotechniki) – to wszystko już się stało, już zostało opisane. Ale za rok o tej samej porze przypadnie okrągła, setna rocznica niepodległości ulubionego kraju na literę „P”– co wtedy? Chciałabym zaapelować do wszystkich współobywateli, w których nazwa tego kraju wzbudza jakiekolwiek uczucia, żebyśmy pomyśleli o tym już teraz.

Jeśli nie znajdziemy sposobu na odebranie tego święta skrajnym nacjonalistom, jeśli nie wynajdziemy innego stylu celebrowania polskości, ten przyszłoroczny dzień będzie prawdziwą katastrofą. Jeśli nie istnieje polskość inna niż nienawistna wobec wszystkiego, co „obce”, obawiająca się inności i zmiany, wyrażająca się w plemiennym, maskulinistycznym rytuale ognia, barw narodowych i agresywnych okrzyków, to naprawdę nie ma czego celebrować. Niepodległość byłaby w takim razie fikcją, bo żadne okowy nie są mocniejsze od tych, które samodzielnie wykuwamy z naszych kompleksów, zalęknienia, agresji.

Czy istnieje jakaś inna, ciekawsza Polska? Ktoś mówił coś o gościnności? Otwartości? Nowoczesności? Nauce? Sztuce? Polskość nie jest czymś, co pewnego dnia spadło z nieba, gotowe i uformowane, nie jest łaską (ani nawet karą) boską, nie została raz na zawsze wywalczona przez takiego czy innego bohatera (nawet jeśli istnieliby jacyś bohaterowie nieskazitelni). Jest wynikiem złożonych procesów historycznych, społecznych, a nawet przyrodniczych; palimpsestem, wielowątkową i stale rozwijającą się opowieścią. Wszystko, co żywe (i żywotne), ewoluuje wraz ze światem. Skostniałe formy bytu i zabetonowane idee nie mają szansy na przetrwanie, bo zwyczajnie tracą kontakt z rzeczywistością. Wspólnie, przez cały czas, możemy decydować o znaczeniu polskości w dwudziestym pierwszym wieku – nie warto zostawiać tej sprawy w rękach tych najbardziej sfrustrowanych, kierujących się resentymentem i lękiem.

Polska, o której chce się pamiętać, nie zginęła ani pod zaborami, ani podczas wojny, ani za komunizmu, ale ginie za każdym razem kiedy w środku Warszawy ktoś odwołuje się do faszystowskich haseł czy symboli. Obchodzi nas to, czy nie? Przynajmniej trochę interesująca Polska przetrwała wyjątkowo okrutne zakręty historii - czyżby miała nie przetrwać wolności?

Każdy może coś zrobić – wszyscy codziennie spotykamy sąsiadów, jesteśmy pracownikami albo pracodawcami, klientami albo usługodawcami, nauczycielami albo uczniami, rozmawiamy, działamy, podejmujemy decyzje konsumenckie i polityczne, współtworzymy, chcąc nie chcąc, klimat mniejszych i większych społeczności, tworzymy, chcąc nie chcąc, ten kraj. Może umielibyśmy stworzyć także inne formy świętowania? (Lokalne? Bardziej radosne? Prawdziwie gościnne? Twórcze? Niekoniecznie w formie monumentalnego marszu). Może umielibyśmy wynaleźć ciekawszy język dla wyrażenia tego czym jesteśmy? Nikt nie może nam tego języka z góry narzucić, podobnie jak nikt nam nie może narzucić samoświadomości (ale musimy chcieć mieć samoświadomość).

To nie jest czas na obojętność i samozadowolenie, ani (niestety) na chłodny, ironiczny dystans. Pali się – dom się pali. Oczywiście, neofaszyści nie są w Polsce ani większością, ani nawet liczącą się mniejszością (jak napisała ostatnio Anne Applebaum), być może nie stanowili nawet większości uczestników sobotniego marszu, ale w tym momencie to ich głosy, i głosy ich sympatyków, rozbrzmiewają najbardziej donośnie. Czy tak już zostanie?

Wiersz Antjie Krog wyrasta z innego kontekstu, z nieco innych trosk, ale wyrażona w nim gorycz zaprzepaszczonej szansy akurat pasuje do nastroju chwili:

„wszystko robimy by stać się ofiarą samych siebie
pochwyceni chciwością niezdolni do wizji

nie mamy już pojęcia, że można inaczej niż
brutalnie i bojaźliwie niż okrutnie dla siebie nawzajem

należę do tego kraju
to on mnie uczynił

nie mam innego kraju
niż ten właśnie (…)”

Data publikacji: