Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Potrzeba zrozumienia
Tomasz Stawiszyński

Hipnoza, czyli wrestling

Tomasz Stawiszyński
Hipnoza, czyli wrestling

W jednym z wcześniejszych felietonów pisałem już o tym szczególnym zjawisku: radości upokorzenia w telewizyjnych programach typu reality.

Z reality mają one skądinąd niewiele wspólnego, wszystko bowiem, co się w nich dzieje – choć jest powleczone warstewką rzekomego autentyzmu – przebiega tak naprawdę wedle precyzyjnie skonstruowanego scenariusza.

Zadaniem owego scenariusza jest – bo przecież o nic innego tu nie chodzi i nigdy nie chodziło – wygenerowanie wysokiej oglądalności, która przekłada się następnie na wpływy finansowe.

Żeby jednak to zadanie spełnić, musi on zaktywizować w widzach pewną szczególną dynamikę psychologiczną. To właśnie zapewnia sukces i powodzenie tego rodzaju produkcjom.

Dynamika ta polega, mówiąc w skrócie, na zapośredniczonym doświadczeniu jednego z największych lęków współczesnej kultury, a następnie przeżyciu satysfakcjonującego katharsis.

A zatem – klasyka.

***

Lękiem, o którym tu mowa, jest lęk przed publicznym upokorzeniem, zawstydzeniem, kompromitacją, demaskacją, słowem – przed negatywną oceną społeczną.

W kulturze, w której dominującym medium jest obraz i w której widzialność, rozpoznawalność czy popularność stanowią dobra najbardziej pożądane, bo najwyżej cenione, otóż w takiej kulturze publiczny blamaż, negatywny feedback albo kompletny brak zainteresowania stają się obiektami najbardziej radykalnych obaw.

Obawy zaś domagają się jakiegoś wysłowienia, nazwania oraz – last but not least – uśmierzenia. Z pomocą przychodzą producenci współczesnych marzeń sennych, czyli bogowie kina i telewizji.

***

W programach typu reality najstraszniejsze koszmary, które dręczą nas po nocach, przeżywają w naszym imieniu inni. Podobni do nas, acz nie tacy sami. „Zwykli ludzie”, zazwyczaj reprezentujący średnią doskonałą, praktycznie nieistniejącą.

Dobrani tak, żebyśmy mogli się z nimi utożsamić. Ale nieprzesadnie. Bo elementem niezwykle ważnym jest tu wyraźna granica pomiędzy nami, czyli oglądającymi to wszystko w domowym zaciszu, a nimi, czyli występującymi, upokarzanymi i upokarzającymi się publicznie.

Mechanizmem, który wprawia całą tę strukturę w ruch, jest oczywiście wspomniane zapośredniczenie. To znaczy prosty psychologiczny fakt, że przyglądanie się cudzym kłopotom sprawia ludziom przyjemność, zaspokaja bowiem z jednej strony zwykłą ciekawość, z drugiej natomiast daje poczucie, że się jest w grupie tych, którym nic złego się nie dzieje. Wieńczy to wszystko takie rozwiązanie fabularne, które – w myśl reguł sformułowanych jeszcze w starożytnej Grecji – staje się na końcu czymś na kształt satysfakcjonującej emocjonalnej puenty.

Zazwyczaj tę funkcję spełnia jakaś nagroda. Pieniężna albo związana ze „spełnianiem marzeń”. Na przykład możliwością nagrania płyty bądź występu w sesji zdjęciowej.

***

Tego rodzaju rozwiązanie zapewnia z jednej strony radosny happy end, z drugiej – obsługuje cały szereg emocji generowanych w jednostkach przez późnokapitalistyczną kulturę. Jest zatem rodzajem specyficznej terapii przez rozrywkę, która, poza czysto komercyjnym wymiarem, realizuje także inne zadania. Przede wszystkim – naturalizuje ekonomiczne, obyczajowe i klasowe status quo.

Przekaz, jaki formułują tego rodzaju programy, sprowadza się bowiem w istocie do mocnego podprogowego komunikatu, że oto wszyscy, którzy osiągnęli wysokie miejsce w hierarchii społecznej – a więc na przykład przedstawiciele kulturalnych i finansowych elit – musieli najpierw przejść przez piekło przemocy i upokorzenia.

Mało tego – głosi dalej ów komunikat – jeśli ty, widzu, również zechcesz sięgnąć po dobra zarezerwowane dla wąskiej grupy najlepiej zarabiających, najpiękniejszych, najsławniejszych i w ogóle najlepszych, czekają cię najpierw straszliwe tortury. Bo przemoc, agresja i brutalna rywalizacja są normalne, są częścią tego świata, są składową jego – by tak rzec – naturalnej architektury.

Więc lepiej daj sobie spokój.

W ten sposób osłabia się w widzach ewentualne poczucie niesprawiedliwości i resentymentu (skoro ktoś musiał przejść przez piekło, żeby się wzbogacić albo zdobyć sławę – mniejsze możemy mieć do niego pretensje), a z drugiej uwewnętrznia się przekonanie, że przemoc towarzysząca awansowi społecznemu jest czymś oczywistym i niepodlegającym dyskusji.

***

Istotne jest jednak przede wszystkim to, żeby człowiek oglądający reality show dokonał w sobie czegoś na kształt willing suspension of disbelief – czyli dobrowolnego zawieszenia niewiary (jest to skądinąd termin wprowadzony do nauk o teatrze przez Samuela Coleridge’a). A zatem – w specyficzny sposób przyjął, że to, co ogląda w programie typu reality, faktycznie jest reality.

Choć przecież wiadomo, że nie jest.

Ale chodzi o to, żeby myślał, że jest, nawet mając jednocześnie przekonanie, że nie jest.

Chodzi więc o to, żeby mógł faktycznie zidentyfikować się z bohaterami, delegując na nich tym samym swoje własne lęki, czyniąc ich niejako uprawnionymi do przeżywania ich w jego zastępstwie. Ale czując zarazem, że są od niego na tyle różni, żeby dyferencja pomiędzy nim – siedzącym bezpiecznie w fotelu – a nimi, upokarzanymi i ośmieszanymi publicznie, była wyraźna. I żeby mógł dzięki temu czerpać z niej wystarczająco satysfakcjonujące poczucie bezpieczeństwa. Oraz świadomość, że choć teoretycznie to wszystko mogłoby spotkać także jego – to jednak spotyka teraz ich.

A jego – w żadnym wypadku.

***

Właśnie ze względu na powyższe reguły programowi Hipnoza, emitowanemu od pewnego czasu na falach TVN, wróżę spektakularną klęskę.

Jest to bowiem produkcja, która kompletnie lekceważy wszystkie te zasady.

Po pierwsze jednak – nic takiego, jak hipnoza sceniczna, nie istnieje. A w szczególności – nie istnieje żaden specyficzny, przypominający sen, zmieniony stan świadomości, w którym ludzie robią rzeczy, jakich nie zrobiliby w tak zwanym życiu, albo uzyskują jakieś niezwykłe zdolności czy cechy. Powtórzę: nic takiego nie istnieje. Dość dobrze dziś bowiem wiadomo, że fenomen zwany sceniczną hipnozą jest szczególną odmianą teatru czy raczej gry pomiędzy hipnotyzerem a hipnotyzowanym. Pewnym elementem tej gry może być – ale nie musi – precyzyjnie w psychologii rozpoznane i opisywane zjawisko sugestii.

Ale cała ta aura niesamowitości, usypiania na zawołanie, rzekomego wmawiania nieistniejących uczuć, przekonań albo doświadczeń – to jest po prostu jeden wielki spektakl. Prezentowane w programie Hipnoza z wielkim namaszczeniem fenomeny mają dokładnie tyle wspólnego z rzeczywistością, ile amerykański wrestling. Jest to po prostu wyreżyserowane show, którego uczestnicy odgrywają przypisane sobie role, udając przy tym, że się to dzieje naprawdę.

Po drugie – ośmieszanie się i publiczne robienie rzeczy, których nikt z nas publicznie nie chciałby zrobić, są w tym programie posunięte do skrajności i całkowicie pozbawione satysfakcjonującego końcowego rozwiązania. Obserwujemy bowiem widowisko, w którym nakłania się ludzi – metodami mniej więcej równie rzetelnymi, co na przykład egzorcyzmy – do zachowań wprost żenująco głupich. Na dodatek zupełnie nie wiadomo po co. W sumie – mimo przewidzianych dla zwycięzców apanaży, niczemu kompletnie to nie służy.

***

Na koniec – jeszcze jedna uwaga. Do zestawu klasycznych lęków przed ośmieszeniem Hipnoza dodaje kolejny element, a mianowicie lęk przed utratą autonomii, innymi słowy: lęk przed wpływem. W świecie, w którym każdy nasz internetowy – i nie tylko – krok jest starannie śledzony, a tysiące algorytmów pracują nieustająco nad opracowaniem najlepszej strategii w formatowaniu docierających do nas informacji tak, żeby wywołać w nas określony efekt; w świecie, w którym politycy i wielkie koncerny medialne intensywnie manipulują naszymi emocjami, żeby skłonić nas do podejmowania decyzji zgodnych z ich niejawnymi oczekiwaniami; w świecie, w którym za pośrednictwem wszystkich zmysłów nieustająco odbieramy niekończące się feerie reklam; otóż w takim świecie obawa, że nasze działania, emocje, pragnienia i potrzeby są efektem działania zupełnie zewnętrznych wobec nas sił, są jak najbardziej uzasadnione.

Myślę więc, że ten program wydobywa na powierzchnię jakiś charakterystyczny dla współczesności wątek.

Szkoda tylko, że czyni to w sposób tak radykalnie nieudolny.

Data publikacji: