Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Olga Drenda

Dziady, Zawodowcy i Chytrusi

Olga Drenda
Dziady, Zawodowcy i Chytrusi

Kiedyś mieszkałam w Krakowie. Szybko dowiedziałam się pocztą pantoflową, jak spędzać niedzielne poranki: skoro świt należy pojechać, w moim przypadku na długą wycieczkę autobusem 184, pod Halę Targową. Im wcześniej, tym lepiej, bo wczesnym popołudniem poupychani na przejeździe sprzedawcy muszą ustąpić dostawcom nabiału i mięs, spieszącym się przed poniedziałkiem do właściwej Hali.

Telepałam się więc przez moje dalekie południowe dzielnice, żeby zdążyć. O siódmej rano, niezależnie od pory roku – w przyjemnym chłodku początku dnia albo przy grabiejących dłoniach – moje ulubione stoiseczka w bocznych przejściach targowiska były już gęsto obstawione. Przy wejściu i na marginesach rozciągała się kraina Dziadów. Ciekawscy i kumaci klienci przyglądali się mydłu i powidłu rozłożonemu na ceratach: świecom z Fiata 125p, puszkom po herbacie Jubileuszowa z PRL i kubkom Lipton z podpisem Wojciecha Manna, starym numerom „Filmu” i „Perspektyw”, wygrzebanych z szopy, zdefasonowanym okularom pływackim, pamiątkom z Krynicy Morskiej i Górskiej. W krainie Dziadów znajdowały się rzeczy przypadkowe, znalezione na strychu, na śmietniku osiedlowym, przy okazji remontu, tu pełniące rolę „anużków”, „przydasiów”, a ich znalazcom pomagające podbudować budżet piwny i papierosowy. Dziadowie bywali wylewni i życzliwi, z chęcią dorzucali gratisy i oferowali zniżki za jeszcze jeden tomik z serii „500 zagadek”. To u nich kupiłam kilka pirackich kaset z lat 90., paczkę Popularnych z roku mojego urodzenia (podarowałam koledze), urokliwy, chyba stuletni oleodruk odpustowy „Śmierć sprawiedliwego i śmierć grzesznika” (za 10 zł, bo rama brzydka; dzisiaj byłby na pewno cenniejszy), torbę linii lotniczych z lat 70. (niestety od razu się podarła), lalkę z Indonezji, Meksyku i lalkę-anioła o urodzie a la warsztat Wita Stwosza. Tu również przeżyłam chwile największego zdumienia, gdy obok aparatu Zenit znalazłam plik charakterystycznych małoformatowych zdjęć, przedstawiających śmiałe akty kudłatego osobnika w okularach Opta Katowice. Bezpruderyjny nudysta był podejrzanie podobny do już nieco starszego sprzedawcy, odpoczywającego na składanym krzesełku przy dźwiękach radia. Wykorzystując chwilę nieuwagi, zniknęłam dyplomatycznie. Może trzeba było kupić, przynajmniej zagadać, nie wiem.

Środek targowiska, ławki pod daszkami, zarezerwowany był dla Zawodowców. Zawodowcy mieli swoje specjalizacje. Jeśli sprzedawali książki, to albo wydawnictwa albumowe w segregatorowych koszulkach, albo te najbardziej pożądane klasyki, typu „Buszujący w zbożu” albo biografie dyktatorów. Jeśli figurki z jajek-niespodzianek, to całymi seriami. Jeśli figurki do RPG, modele samolotów, komiksy, i tak dalej, i tak dalej; na tych stoiskach pojawiałam się rzadko, bo nie miałam pieniędzy na takie łakocie, a schludność wystawek odbierała zakupom dreszcz przygody. To były takie uczesane antykwariaty, nic tam po mnie! Ruszałam raczej dalej, do strefy Chytrusów.

Chytrusi wywoływali we mnie niesmak swoim kombinatorstwem, ale z drugiej strony, to poniekąd wymóg fachu; sztuczki jarmarcznych wyjadaczy można podejrzeć w urokliwym starym filmie Jerzego Hoffmanna, „Jarmark cudów”. Nie sprzedają tam co prawda starzyzny, ale wszystkoleczące specyfiki i cud-narzędzia do wszystkiego, demonstrując ich działanie oszołomionej gawiedzi. W strefie chytrusów rozgościli się spadkobiercy tych wygadanych spryciarzy z brylantyną na włosach i wąsach. W dawnych wiekach należeliby do „ludzi gościńca”, żyjąc w nieoficjalnym obiegu, ze swoim językiem i prawami. Niedobitki ich spotykał wkrótce po wojnie etnograf Przemysław Burchard, który odwiedzał częstochowskie odpusty i przyglądał się drobnym handlarzom żyjącym z pielgrzyma: 

„Częstochowa miała niegdyś swój podziemny świat, składający się z drobnych producentów dewocjonaliów, ulicznych przekupniów, żebraków i złodziei. Twarde rządziły tu prawa. Na polach za klasztorem, wśród chwastów i glinianek, odbywały się czasem tajne sądy bractwa. Winnych karano surowo. Ale tylko w przypadku naruszenia wewnętrznych, niepisanych praw (…) te sprawy, do dziś mało znane, nie doczekały się ani monograficznych opisów, ani romantycznej powieści”.

Wchodząc do strefy Chytrusów, mam wrażenie, że jest podzielona na ścisłe rewiry, że między sprzedawcami zachodzą tu czasami jakieś zakulisowe porachunki. Chytrus to zaś człowiek z konieczności bezwzględny. Jego praca to kosić frajera, a tych w turystycznym Krakowie niemało. Dlatego Chytrus przybrudzi nową ceramikę z giełdy kwiatowej czy mosiężny wazonik made in China, tu pokiereszuje, tam zadrapie i sprzeda jako przedwojenne. Aluminiowy pierścionek ze szkiełkiem wciśnie turyście zagranicznemu jako kolekcjonerski unikat z Polski. Nakłamie bez skrupułów, zakrzyczy cenę sto razy droższą, niż rzecz jest warta, ale inaczej widać nie potrafi, to z zasady zimny drań. Chytrusów obserwowałam więc raczej z daleka, nie ryzykując z ich strony prób perswazyjnej gadki, a po zakupy szłam raczej do Dziada.

Niestety, stopniowo wpływy Chytrusów zaczęły się powiększać, nie tylko w Krakowie, ale i w innych miastach. Może to wpływ popularnych programów telewizyjnych o łowcach skarbów z wyprzedaży, kto bowiem nie chciałby przypadkiem kupić grata wartego w rzeczywistości fortunę? Profesjonalizacja targów staroci odebrała im wiele czaru, coraz trudniej bowiem znaleźć coś niespodziewanego; sprzedawcy wiedzą, co się aktualnie podoba i takich towarów starają się szukać. Oczywiście od czasu do czasu nadal można znaleźć urokliwe rękodzielnicze wykwity, nie-do-końca profesjonalne malowidła egzotycznych tancerek, krajobrazów, niedźwiedzi i świętych, zapomniane książki i brzydkie maskotki, co miesiąc wracam więc z jakimś trofeum z giełdki w moim mieście.

Tym, co jednak najszybciej się zmienia, jest życie rzeczy, które coraz bardziej się skraca. Kilkanaście lat temu pod Halą Targową większość towarów pochodziła z głębokiego PRL, czasem jeszcze wcześniej; dzisiaj nie tak trudno wśród staroci znaleźć, powiedzmy, Minionka. Czasami mam ochotę schować takiego Minionka gdzieś w głębi garażu, za jakimś najstarszym słoikiem, i sprawdzić z ciekawości, kiedy nabierze szlachetnej patyny, za ile lat. Dzisiaj bowiem kilkuletnie zabawki, dekoracje z supermarketów, pamiątki z niedawnych wakacji rezydują w smutnej próżni przedmotów dla nikogo, już nie uwodzących nowością, ale jeszcze nie dość starych, by ktoś je kolekcjonował. Na targowiskach nikt się nimi specjalnie zresztą ne interesuje.

W targowym tłumie przewija się jeszcze jedna postać, ani Dziad, ani Zawodowiec, ani Chytrus; to postać jednak powszechna, czyli bazarowy handlarz obscenami. Zwykle ma ze sobą klaser, a w nim płyty DVD z golasami, czasami – smętną wieżyczkę płyt w wymiętych już kopertach. Klienci zazwyczaj są zbyt skrępowani, żeby przeglądać takie dobra za dnia i przy ludziach, więc sprzedawca (na ogół gość w średnim wieku, ubrany w skórzaną kurtkę, w nikotynowej homeostazie) zabija czas przy papierosach i pogaduszkach z podobnymi sobie. Kiedyś przyczaiłam się przy stoisku z mosiądzem, żeby podsłuchać, co ich tak zajmuje; otóż to, co wszystkich, czyli zdrowie, rehabilitacja, badania okresowe, starość nie radość. 

Data publikacji:

Olga Drenda

Olga Drenda

Autorka książki „Duchologia polska”, dziennikarka, tłumaczka. Mieszka w Mikołowie z mężem i wiecznie obrażoną kotką Ruby.