Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Tomasz Stawiszyński

Dezynwoltura metafizyczna

Tomasz Stawiszyński
Dezynwoltura metafizyczna

Dr Philip Nitschke buduje maszynę śmierci. Opowiedział o tym niedawno w rozmowie, którą dla portalu gazeta.pl przeprowadził z nim Marek Rybarczyk.

Pomysł jest prosty. Każdy dorosły i „racjonalny” (co zweryfikuje odpowiedni test online) człowiek, który powziął postanowienie o zakończeniu życia, będzie mógł skorzystać z usług prowadzonej przez Nitschkego fundacji. Po przejściu wszelakich procedur pozytywnej weryfikacji zostanie mu udostępniony specjalny kod – aktywny przez 24 godziny – dzięki któremu będzie mógł dostać się do wnętrza urządzenia o wdzięcznej nazwie „Sarco”. Po uruchomieniu odpowiedniego mechanizmu śmierć przyjdzie w sposób bezbolesny i skuteczny, bez ryzyka kalectwa czy jakiegokolwiek dyskomfortu. W niedalekiej przyszłości, przewiduje pomysłodawca i spiritus movens całego przedsięwzięcia, tego rodzaju sprzęt będzie można sobie samodzielnie wydrukować za pomocą drukarki 3D.

Ktokolwiek zatem będzie chciał umrzeć – cóż, nic prostszego.

***

Jestem zwolennikiem legalizacji eutanazji. Czymś niezbywalnym wydaje mi się prawo do możliwie najmniej bolesnej i upadlającej śmierci. Do gwarancji, że jeśli znajdę się kiedyś w sytuacji bez wyjścia, w sytuacji, kiedy nie ma już żadnej nadziei i żadnej przyszłości, bo jest tylko przedłużający się ból albo przedłużające się cierpienie wywołane innymi dolegliwościami, otóż chcę mieć wtedy pewność, że ktoś pomoże mi zakończyć życie w sposób możliwie najłagodniejszy. 

Rozumiałem także decyzję prof. Davida Goodalla, stuczteroletniego australijskiego biologa, który przed kilkoma miesiącami popełnił tzw. samobójstwo wspomagane w szwajcarskiej klinice prowadzonej przez dr Erikę Preisig. Było dla mnie jasne, że ktoś, kto przeżył sto cztery lata, ma już przed sobą tylko nieistnienie. I tylko jego własnej decyzji należy pozostawić czas, który zechce – albo nie – spędzić, wciąż jeszcze istniejąc. Goodall mówił wyraźnie: moje życie stało się udręką, nic mnie już nie czeka, jestem u kresu, po co to przedłużać? Jego odwaga i konsekwencja, z jaką walczył o prawo do spokojnej śmierci dla siebie – ale i dla innych w podobnej sytuacji – była imponująca.

Bo czy wszyscy nie chcielibyśmy umrzeć właśnie tak jak on? Jeszcze sprawni intelektualnie i względnie sprawni fizycznie, w wieku ponad stu lat, z poczuciem spełnienia, pogodzeni z tym najtrudniejszym bodaj do przyjęcia faktem: każde życie się kończy i przemija na zawsze?

***

Mnóstwo rzeczy, które niegdyś działy się na mocy bezwładnych procesów losowych, podlega dzisiaj naszej kontroli. Medycyna temu właśnie służy – poszerzaniu pola naszych kompetencji w walce z chaotyczną i nieprzewidywalną biologią. Ale nie tylko medycyna, bo właściwie cała zachodnia cywilizacja rozwija się wedle tej zasady: powiększania zakresu indywidualnej wolności i decyzyjności.

Jeszcze w XX wieku w wielu krajach samobójstwo było... karane. Potępiały i potępiają je religia, teologia i prawo. Ludzkie ciało, ludzkie życie postrzegane było – czy raczej wciąż jest – jako własność Kościoła albo państwa. W każdym razie: jakiegoś ponadindywidualnego bytu. Z naszego własnego życia zatem, z najbardziej prywatnego i osobistego aspektu nas samych, byliśmy – i jesteśmy – systematycznie wywłaszczani.

Zmiany kulturowe, przyniesione przez z jednej strony gwałtowny rozwój technologii medycznej w ostatnim stuleciu, a z drugiej – postępującą sekularyzację, doprowadziły najpierw do otwartej dyskusji o legalizacji eutanazji, a następnie do konkretnych rozwiązań prawnych, które pojawiły się w ustawodawstwie wielu europejskich i pozaeuropejskich państw. I chociaż ten temat wciąż budzi wiele kontrowersji, wciąż wznieca dyskusje o wyjątkowo wysokiej temperaturze emocjonalnej, to kierunek zmian jest raczej nieodwracalny. Wkraczamy w epokę, w której o momencie własnej śmierci będziemy w wielu przypadkach decydować sami. No, chyba że rację mają prorocy Nowego Średniowiecza i dalszej ekspansji religijnego fundamentalizmu.

***

A jednak pewność siebie, z jaką przemawia Nitschke budzi mój niepokój. Płynne przejście od eutanazji polegającej na pomocy w odejściu z tego świata komuś, kto jest nieuleczalnie chory albo kto ma 104 lata i wie, że jego życie dobiegło już kresu, do pomocy w odejściu z tego świata każdemu, kto sobie tego zażyczy – to jest zasadniczy jakościowy skok. Tymczasem Nitschke przemawia z pozycji absolutnego przekonania o swojej racji. Nie ma zawahań, wszystko jest dlań oczywiste, wszelkie dyskusje są niepotrzebne, a wątpliwości – nie na miejscu.

Nie zastanawia się zatem nad plątaniną fatalnych ludzkich sytuacji, losów, złych wyborów, zacietrzewień i zaślepień. Nie zastanawia się nad tym, że otwierając wolny dostęp do tego rodzaju urządzenia, oferuje nieodwracalne rozwiązanie problemów często przejściowych i zmiennych. Któż z nas nie miał kiedyś poczucia, że oto dzieje się coś fatalnego w skutkach, po czym już nigdy z pewnością się nie dźwignie – a prędzej czy później konstatował z ulgą, że się jak najbardziej dźwignął, potrzebny był tylko czas, niekiedy wspomagany przez zwykły przypadek. Ilu takich ludzi – przekonanych, że ich życie zabrnęło w ślepy zaułek – skorzysta z dostępu do „Sarco” tylko po to, żeby już nigdy nie przekonać się, jak bardzo się mylą. Czy to etyczne – usłużnie podsuwać im taki sprzęt? A co ze stanami głębokiej depresji, melancholii, egzystencjalnej rozpaczy, kiedy wydaje się, że tylko śmierć jest wybawieniem? Poza wszystkim zaś – test online sprawdzający, czy człowiek jest „racjonalny”? Wolne żarty.

***

Takich wątpliwości można by wyliczyć znacznie więcej. Jednak nie to jest w historii Nitschkego najbardziej niepokojące. Nad praktycznymi, prawnymi i wszelkimi innymi konsekwencjami wprowadzenia jego maszyny do użytku będą się zastanawiać odpowiedni fachowcy, którzy albo zakażą mu działalności, albo skonstruują takie przepisy, które pozwolą zminimalizować efekty negatywne.

Żaden jednak specjalista nie skoryguje tej specyficznej dezynwoltury, z jaką ów lekarz wypowiada się o kwestiach metafizycznych. Nie chcę proklamować tutaj jakiejś mrocznej tanatycznej metafizyki, nie chodzi mi o żadną „trwożną cześć”, jaką zachowywać powinniśmy wobec śmierci. Chodzi mi raczej o coś bardzo subtelnego i trudnego do jednoznacznego pochwycenia. O rodzaj tonu, z jakim się o sprawach ostatecznych mówi. U Nitschkego jest po prostu za dużo pewności siebie, a za mało znaków zapytania. Nieodwołalność śmierci domaga się od nas znacznie bardziej zniuansowanej postawy.

Data publikacji: