Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
zbędnik
Paulina Wilk

Depesza z krańca świata

Paulina Wilk
Depesza z krańca świata

Emerytowany napastnik piłkarski George Weah (51 l.) spędził na boisku kawał życia. Nie dziwi, że tłumy cisną się w kolejkach, by zobaczyć go w akcji. Wielogodzinne oczekiwanie na idola umilają sobie tańcem i śpiewem. Nic w tym nowego. Teraz jednak Weah przychodzi na stadiony w garniturze lub stroju etnicznym. I gra w zupełnie innej dyscyplinie – jest politykiem. Właśnie został zaprzysiężony na prezydenta Liberii. Jedną z jego pierwszych decyzji było obniżenie swojej pensji o jedną czwartą. Ważny gest w kraju, w którym 80% ludzi żyje za mniej niż 1,25 dolara dziennie, dwie trzecie dzieci nie chodzą do szkoły, a zaledwie 7% mieszkańców ma dostęp do prądu.


Liberia to niewielki, liczący 4,5 mln mieszkańców kraj. Położony na zachodnim wybrzeżu Afryki, został utworzony w 1847 r. przez oswobodzonych niewolników z Ameryki Północnej i Karaibów. Przyjął konstytucję wzorowaną na amerykańskiej, był pierwszą republiką na kontynencie. Aktualnie służy za podręcznikowy symbol wojennego okrucieństwa i ubóstwa: przez ćwierć wieku (1989–2003) był pogrążony w wojnie domowej, w której walczyły oddziały odurzanych narkotykami dzieci. Kiedy w 2003 r. Liberia obaliła dyktaturę (odpowiedzialny za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości Charles Taylor odsiaduje karę pół wieku pozbawienia wolności) i zaczęła otrząsać się z przemocy, wybuchła epidemia wirusa ebola (2013–2016). Choroba zabiła 12 tys. ludzi, redukując ledwie dyszącą gospodarkę o jedną trzecią, i kosztowała prawie miliard dolarów. Jednym z powodów, dla których tragedia dotknęła właśnie Liberię, był brak dostępu do wody i sanitariatów oraz brud, w którym tkwią mieszkańcy slumsów, takich jak West Point w stołecznej Monrowii. To tam w dzieciństwie George Weah grał w piłkę na bosaka i to tam, wśród najuboższych wyborców świata, ma swój żelazny elektorat.

 

Dotknięta wszystkimi nieszczęściami świata Liberia właśnie dokonała czegoś niezwykłego. George Weah jest pierwszym od prawie pół wieku przywódcą, który przejął władzę w sposób demokratyczny i pokojowy od swojej poprzedniczki, Ellen Johnson Sirleaf, która spędziła na najwyższym urzędzie 12 lat, czym zasłużyła na przydomki „babcia prezydentka” i „Mama Ellen”. Utraciła prezydenturę w atmosferze zniecierpliwienia i żalu, bo – choć utrzymała powojenną Liberię w jedności i pokoju – nie udało jej się zlikwidować korupcji, a wręcz promowała nepotyzm (rządowe teki powierzała własnym dzieciom).
 

Teraz gromadzący się na ulicach i stadionach Liberii ludzie pokrzykują „Mama wszystko popsuła, tata wszystko naprawi!”. Oczekiwania wobec nowego prezydenta są niebotyczne. Mieszkańcy Liberii prezentują niezmordowaną wiarę w nowych liderów. Mimo że wybory kilkakrotnie przekładano pod zarzutem nieprawidłowości. Mimo że praktykowanie demokracji w pejzażu wszędobylskiego łapówkarstwa i uzurpowania władzy wydaje się sprawą niemożliwą.

 

Weah to świetny materiał na superbohatera. Do dziś jest jedynym Afrykaninem, który zdobył tytuł Piłkarza Roku przyznawany przez FIFA oraz Złotą Piłkę w superprestiżowym plebiscycie. Grał w Chelsea, A.C. Milan, Manchester City i Paris Saint-Germain. Nelson Mandela nazwał go „dumą Afryki”, a Pele wpisał go na listę 100 najwybitniejszych piłkarzy.
 

Ubodzy wyborcy widzą w nim swojego sąsiada, który rozumie ich dramaty: brak pracy, korupcję, zerowe perspektywy dla młodych, niedobór prądu, wody, dróg, paliwa. Są pewni i entuzjastyczni, traktują Weaha jak ekran, na którym mogą wyświetlać swoje potrzeby i fantazje. Choć jest w tym doza uporczywej irracjonalności – politycy nikogo nie rozczarowują przecież tak głęboko, jak najbardziej potrzebujących – wyborcy z małego afrykańskiego kraju traktują demokrację poważniej niż uchodzące za jej symbol olbrzymy: zjednoczona Europa czy USA. Stary Kontynent uprawia demokrację znużoną, uwikłaną w proceduralnych niuansach i wyzutą ze społecznej spontaniczności. Stany Zjednoczone pod wodzą Trumpa zmieniają instytucjonalną wolność w niesmaczny żart. A na dodatek w globalnej lidze na coraz silniejszych pozycjach grają państwa rządzone bez pełnej, współdzielonej wolności: Chiny, Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Singapur...

Tymczasem to w zapomnianych zaułkach demokracja zachowuje swą esencję – wiarę w przywództwo uczciwie reprezentujące pragnienia i interesy ogółu. Demokrację uprawiają z miłością i pasją już chyba tylko peryferyjne społeczności ograbione z innych, faktycznych wskaźników uczestnictwa w dobrobycie świata. W azjatyckich wioskach i na afrykańskich stadionach ustawiają się do głosowania niepiśmienni, uzbrojeni w nieskończoną cierpliwość i nadzieję.
Oficjalnie demokracja obowiązuje w wielu krajach świata – w USA jest ponoć najpotężniejsza, w Indiach – najludniejsza. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że duchy demokracji mieszkają już tylko w tych krajach, które prezydent Trump podczas spotkania w Gabinecie Owalnym miał nazwać „zadupiami”. Podczas gdy w swej kolebce demokracja coraz bardziej przypomina fake news, w Liberii pozostaje kwestią życia i śmierci.

 

Wyobrażam sobie, jak w nieodległej przyszłości z Zachodu będą wyruszać ekspedycje ku enklawom globalnego Południa, by tam pobrać do sterylnych probówek ostatnie, bezcenne opiłki autentycznego ducha wolności i poddać go badaniom. Do celów muzealnych.

Data publikacji:

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Redaktorka działu kultury w kwartalnika „Przekrój”, pisarka i publicystka zajmująca się literaturą i problematyką rozwoju globalnego. Opublikowała m.in. „Lalki w ogniu” o Indiach współczesnych oraz „Pojutrze. O miastach przyszłości”, a także serię bajek o misiu Kazimierzu dla dzieci niezupełnie dorosłych. Współtworzy Fundację „Kultura nie boli”, centrum literackie Big Book Cafe oraz międzynarodowy czytelniczy Big Book Festival.