Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
W 1958 r. chiński przywódca Mao Zedong znalazł ludowym masom nowego potężnego wroga: polnego wróbla. ...
2019-08-21 23:59:00
Zwierzobójcy i ludojady

Wielkie wybijanie ptaków

ilustracja: Igor Kubik
Wielkie wybijanie ptaków
Wielkie wybijanie ptaków

W 1958 r. chiński przywódca Mao Zedong znalazł ludowym masom nowego potężnego wroga: polnego wróbla. Uznał, iż ptaki te wyjadają tyle ziarna, że poważnie szkodzą gospodarce Państwa Środka. Chińczycy karnie rzucili się więc do walki z ptactwem.

Czyta się 6 minut

Jedni je płoszyli, uderzając w garnki i machając flagami, inni już czekali z procami i strzelbami. Tylko pierwszego dnia tej wojny w samym Szanghaju wybito blisko 200 tys. wróbli. Nawet dzieci pozowały do zdjęć z wianuszkami martwych ptaków. Na plakatach propagandowych mali Chińczycy dzielnie mierzyli z proc do wielkiego małego wroga wskazanego przez przewodniczącego Mao. Zadziwiające, że nikt nie ostrzegł go, jakie będą konsekwencje. Wybiwszy miliony wróbli, Chińczycy pozbawili naturalnego wroga szarańczę, która teraz dopiero rozpleniła się na ich polach. W kraju nastąpił głód, który kosztował życie nawet 40 mln ludzi. Fakt, że przewodniczący Mao zmienił zdanie i odwołał kampanię, niewiele już dał. Mleko się rozlało – populacja wróbli została tak przetrzebiona, że rozważano nawet sprowadzanie ich z ZSRR!

Gołąbki niepokoju

Jeszcze bardziej dramatyczny przykład wielkiego wybijania stanowią gołębie wędrowne. W 1914 r. w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati w USA padł ostatni egzemplarz tego gatunku. Gatunku, którego populacja wynosiła w czasach przedkolonialnych nawet 5 mld sztuk! Jeszcze w roku 1872 w podręcznikach zoologii można było przeczytać taki opis gołębia wędrownego: „Żyje w północnej Ameryce, w tak ogromnych, nieraz po kilka milionów zawierających stadach, że kiedy po wylężeniu młodych na wędrówkę się zabiera, w locie swym odbiera światło dzienne na całym widnokręgu, jakby wśród zaćmienia słońca; siadając na drzewie, łamie najgrubsze gałęzie, a pole na kilka mil kwadratowych pustoszy. Ludność okoliczna zabija go wtedy w takiej ilości, że nie mogąc sama wszystkiego spożyć, karmi jego mięsem nierogaciznę”.

Wypieranie gołębi z ich siedlisk i wybijanie było oczywiście dłuższe i mniej zorganizowane niż kampania Mao przeciw wróblom. Ptaki znikały bardziej niepostrzeżenie niż np. amerykańskie bizony. Po tych zostały zdjęcia dumnych ludzi na hałdach nagich rogatych czaszek; nawet Sienkiewicz pisał w Listach z podróży do Ameryki o dworcu w Nebrasce przybranym „głowami bizonów zastrzelonych z pociągu, stacja bowiem leży na szlaku, którym te zwierzęta w pewnych miesiącach roku ciągną całymi dziesiątkami tysięcy na południe”. Gołębiami wędrownymi zaś nikt specjalnie się nie przejmował – aż do momentu, gdy było już za późno. Finał nastąpił 1 września 1914 r., gdy w Cincinnati Zoo padła ostatnia sztuka. Była to 29-letnia samica Martha – notabene nazwana tak na cześć żony Jerzego Waszyngtona, czyli pierwszej w historii pierwszej damy USA. Martha, ostatnia gołębica, została spreparowana, wypchana i oddana do muzeum. Ludzie potrafią przecież po latach docenić takie symbole…

Giganty z Nowej Zelandii

W czasach, gdy oglądamy filmy o sklonowanych dinozaurach z Parku Jurajskiego, a z Rosji dobiegają informacje o planach sklonowania mamuta, można zadać sobie pytanie, dlaczego by nie odtworzyć wielkich ptaków żyjących jeszcze zaledwie kilkaset lat temu? Kilka takich gatunków znamy z antypodów.

Po pierwsze, nieloty moa z Nowej Zelandii. Miały nawet 3,5 m wysokości i ważyły do ćwierć tony. Te strusiopodobne z wyglądu giganty wyginęły w XIV–XV stuleciu z rąk Maorysów, którzy przybyli na Nową Zelandię kilka pokoleń wcześniej.

Zanim ludzie zaczęli wybijać moa dla mięsa, miały one właściwie tylko jednego naturalnego wroga. Były to orły Haasta. Ważyły po kilkanaście kilogramów, rozpiętość ich skrzydeł wynosiła około 2,5 m. Zdecydowanie mniejsze od moa drapieżniki miały jednak mocne szpony i dzioby. A kiedy z rąk Maorysów wyginęły moa, orły przestawiły się na... ludzkie mięso. Wspominają o tym przynajmniej maoryskie legendy o wielkich ptakach porywających i pożerających ludzi. Lecz i ten gatunek niebawem przeszedł do historii.

Martwy jak dodo

Najsławniejszym z wymarłych ptaków z półkuli południowej jest jednak ptak dodo. Ten pochodzący z rodziny gołębiowatych metrowy nielot zamieszkiwał Mauritius – wysepkę na Oceanie Spokojnym (zdecydowanie bliżej jednak Madagaskaru niż Australii). Przetrwał tam całe epoki, aż do przybycia odkrywców z Europy. Najpierw w XVI w. pojawili się na wyspie Portugalczycy, którzy nazwali nielota doido, czyli „głupek”. Potem w XVII w. wyspę skolonizowali Holendrzy. To właśnie wtedy wyginęły dodo.

Ludzie polowali na nie dla mięsa. Także sprowadzone przez człowieka świnie i psy niszczyły gniazda ptaków. Do wyginięcia nielota swoją łapę mogły też przyłożyć szczury. Co zostało po dodo? Szkielety, obrazy i legenda nieco fantastycznych zwierząt – ze względu na ich rzadkość, egzotyczne pochodzenie i karykaturalny, aż uroczy w swej pokraczności wygląd. Nie na darmo Lewis Carroll wprowadził ptaka dodo do swojej Alicji w Krainie Czarów.

W języku angielskim powstał też zwrot „martwy jak dodo” (dead as dodo) oznaczający coś bezpowrotnie utraconego. W podobnym tonie – jak zwracał uwagę historyk Norman Davies w książce Na krańce świata – uwiecznił nielota poeta Hilaire Belloc, wymyślając rymowankę dla dzieci: „Ptak dodo chodził sobie wokoło/Grzało go słonko, nosiła ziemia/Słonko wciąż grzeje i świeci wesoło/Ale dodo już nie ma/Pisk i gdakanie pełne radości/Stały się tylko echem zwodniczym/Można oglądać jego dziób i kości/W muzeum przyrodniczym”.

Koniec ptaka z Mauritiusu niewiele miał jednak wspólnego z bajkami dla dzieci. Za jedną z ostatnich sztuk dodo uważano ptaka przywiezionego w XVII w. do Anglii jako egzotyczną atrakcję, a którego szkielet dziś przechowywany jest na University of Oxford. Ostatnio naukowcy znaleźli w czaszce tego zwierzęcia… ślady po pocisku. Dodo zabito strzałem w tył głowy! Czyżby ptak zachorował i ktoś go dobił, nie chcąc, by się męczył? A może kryje się za tym mroczniejsza zagadka? Może ptak zginął już na Mauritiusie i w Anglii pokazywano tylko spreparowany okaz? Tak czy inaczej, to smutny epilog historii dodo.

A może w przyszłości także biednego nielota zechcą sklonować, by jego dziób i kości oglądać nie tylko w muzeum przyrodniczym? Tylko co wtedy stanie się z powiedzeniem „martwy jak dodo”?

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!