Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
W młodości wykazał się zmysłem organizatorskim i wyglądał na dobrego gospodarza. Niestety, zaczął ...
2018-12-13 12:00:00
Polonia dla bogaczy

Stanisław Lubomirski: obłędnie bogaty

ilustracja: Cyryl Lechowicz
Stanisław Lubomirski: obłędnie bogaty
Stanisław Lubomirski: obłędnie bogaty

Nikt nie mógł uczyć Lubomirskich, jak się bawić. Kiedy zasłużony hetman i marszałek wielki koronny Jerzy Sebastian Lubomirski w 1661 r. wydawał swoją córkę Krystynę za Feliksa Potockiego, trwającą tydzień ucztę weselną przygotowywało 75 kucharzy. Na stoły trafiło 150 wieprzów i prosiąt, pół setki baranów, pięć tuzinów wołów, 300 cieląt, ponad 20 tys. sztuk drobiu i 12 tys. ryb, które popijano m.in. węgierskim winem z 270 beczek. Żeby to wszystko ogarnąć, przy stołach usługiwało 600 hajduków. Kto się bawił? Półtora tysiąca gości, oczywiście dobrze urodzonych. O część artystyczną martwić się nie musieli. Sam Lubomirski miał na swoim dworze 10 śpiewaków – w tym trzech „trzebieńców dyszkantowych”, czyli kastratów – oraz 20 muzykantów. A przecież Potoccy nie mogli być od niego gorsi.

Wszystko to działo się w 1661 r., w kraju wycieńczonym przecież wojnami ze Szwedami, Kozakami, Rosją i Siedmiogrodem. Tymczasem na dworze Lubomirskich w Łańcucie nie brakowało nawet sokolników i treserów rarogów. Nic dziwnego, bogactwem ustępowali tylko Radziwiłłom. Na swoim magnackim dworze trzymali w XVII w. dwóch zarządców, tyluż kapelanów, czterech sekretarzy, czterech krajczych, dwudziestu pokojowych i kilkadziesiąt pomniejszych sług. Dla bezpieczeństwa mieli też 200 dragonów (czyli kawalerzystów na modłę zachodnią) oraz 400 Węgrów (piechurów). Kiedy Lubomirski wyruszał w podróż, to najpierw, na pięć dni przed własnym wyjazdem, wyprawiał właśnie oddział węgierskiej nadwornej piechoty. Następnie szli stajenni z wozami i wierzchowcami. Na trzeci dzień muzykanci, na czwarty „myślistwo” (czyli służba z psami, ptakami i osprzętem). Dopiero wtedy mógł ruszyć w drogę sam magnat. Oczywiście nie sam. Poprzedzał go sznur kozaków, zwanych srebrnymi – od błyszczących kostiumów i broni. Tyły zabezpieczali dragoni. Za karetą Lubomirskiego podążali powozami pozostali jego dworzanie. Była to barwna świta. Ba, nawet konie musiały wyglądać efektownie: wybierano białe, a grzywy i ogony farbowano im na czerwono…

Krezusi znad Szreniawy

Skąd w ogóle wzięło się bogactwo Lubomirskich? Skąd pieniądze, za które zamienili Łańcut i Wiśnicz w cacka? Wywodzili się z wojowników żyjących w zakolach rzeki Szreniawy (dopływu Wisły, nieopodal Krakowa) jeszcze za czasów Mieszka I. Stąd ich herb Szreniawa i nazwa rodu: Szreniawici. W XV w. pojawił się na kartach historii niejaki Piotr z Lubomierza, od którego wzięło się nazwisko Lubomirscy. Wzbogacili się w wiekach XVI i XVII na kopalniach soli. Pieniądze z żup solnych pożyczali i inwestowali. Przejmowali majątki dłużników, zdobywali wpływy na dworach, w efekcie otrzymali od cesarza najpierw tytuł hrabiowski, a potem książęcy. Nie dorobili się opinii okrutników o wąskich horyzontach jak wielu innych magnatów. Wprowadzali nowe technologie, przestawiali produkcję, zakładali szkoły i szpitale. Nie szykanowali Żydów, fundowali kościoły, wspierali artystów, byli mecenasami kultury i sztuki.

Mieli posiadłości nie tylko w południowej Polsce (Łańcut, Baranów Sandomierski, Bochnia, Rzeszów, Tarnów), na Spiszu i Ukrainie, ale także np. w okolicach Warszawy – pod koniec XVII stulecia przejęli majątek na terenie dzisiejszej dzielnicy Mokotów. To poniekąd księżna Izabela Lubomirska z domu Czartoryska wymyśliła tę nazwę. Swoje założenie pałacowo-ogrodowe nazwała Mon coteau, czyli „Moje wzgórze”. Potem wyrażenie spolszczono i tak powstała nazwa „Mokotów”. Mężem Izabeli był marszałek wielki koronny Stanisław Lubomirski (1722–1783). Większą jednak od niego, choć nieco wątpliwą, sławę zdobył jego starszy krewniak i imiennik Stanisław Lubomirski (1704–1793). Uważany był za jednego z najbogatszych Polaków w historii Rzeczypospolitej szlacheckiej.

Stanisław na tron!

W młodości wykazał się zmysłem organizatorskim i wyglądał na dobrego gospodarza. Niestety, zaczął też hulać i warcholić. W ślad za kolejnymi urzędami i orderami nie szły jego zasługi dla państwa. Robił, co chciał, np. łupiąc kupców tatarskich, omal nie doprowadził do kolejnej wojny z Tatarami. Wykłócał się z sąsiadami. Kiedy zaś Stanisław Konarski zbierał datki na Collegium Nobilium, uczelnię wyższą założoną w 1740 r., Lubomirski sypnął skromną kwotą 1800 złotych, stanowiącą jedną półtoratysięczną jego rocznych dochodów z kilkudziesięciu posiadanych miast i kilkuset wsi.

Miał za to o sobie duże mniemanie. Marzył o tronie podczas wolnej elekcji w 1764 r., po śmierci Augusta III Sasa. Najwyraźniej chciał pójść w ślady przodków, a nawet ich prześcignąć. Oni bez powodzenia usiłowali zdobyć koronę po Janie III Sobieskim czy Auguście II Mocnym. Jak nie w Polsce, to próbowali w Siedmiogrodzie, na Węgrzech i w Czechach. W końcu byli książętami, spokrewnionymi po kądzieli m.in. z mazowieckimi Piastami. Dlatego w czasie bezkrólewia Stanisław Lubomirski udał się w towarzystwie Franciszka Salezego Potockiego (równie bogatego i kontrowersyjnego) do prymasa Polski, by przedstawić swoją kandydaturę. Pojął jednak z czasem, że naraża się na śmieszność, ponieważ kontrkandydaci mieli poważniejsze poparcie (np. Stanisław August Poniatowski – familii Czartoryskich, Rosji i Prus; za Fryderykiem Krystianem Wettynem stała zaś Saksonia jako za synem zmarłego Augusta III). Wtedy zrezygnował i dogadał się z Czartoryskimi. Na samą elekcję, którą wygrał Poniatowski, jednak nie przybył. Zaczął bowiem, zdaniem mu współczesnych, zdradzać wyraźne zaburzenia umysłowe.

Nieszczęścia chodzą parami

To był jednak dopiero początek jego kłopotów. Chcąc być rzecznikiem szlacheckich wolności – jak jego przodek Jerzy Sebastian Lubomirski podczas rokoszu przeciw królowi Janowi Kazimierzowi w XVII w. – zbliżył się w 1768 r. do konfederatów barskich. Srogo za to zapłacił. Jego dobra zdewastowali inspirowani przez Moskwę ukraińscy chłopi, potem spacyfikowali Rosjanie i najechali Tatarzy. Kosztowało to Lubomirskiego miliony.

Jakby mało było tych kłopotów i nawrotów choroby, zaczął przegrywać majątek w karty. Rodzina nie wytrzymała i w 1770 r. zmusiła go do zrzeczenia się majątku na rzecz synów. Próbował jeszcze interweniować przed królem i parlamentem, ale znowu naraził się tylko na śmieszność. Ostatecznie w 1785 r. zrzekł się nawet stanowiska wojewody kijowskiego i mieszkał do śmierci w Warszawie, utrzymując się z sutej renty zapewnionej przez synów.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!