Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Marcin Jamkowski

Po złoto na dno

Wenceslaus Hollar (1647) Naues Mercatoriæ Hollandicæ per Indias Occidentales/ zbiory Met Museum
Po złoto na dno
Po złoto na dno

Woda była ciepła, lecz mętna niczym tłumaczenia skorumpowanego polityka.

Kiedy wyskoczyłem za burtę i znalazłem się pod powierzchnią, przez długą chwilę widziałem dookoła tylko długie warkocze drobnych bąbelków powietrza. Wziąłem wdech powietrza z butli, sprawdziłem odczyt manometru i trzymając się liny kotwicznej, powoli zacząłem opadać na dno. Wiało po drodze tak, jakby to była jesień pod Kielcami, a nie podwodne tropiki. No ale co tu grymasić, jak się nie sprawdziło, o której jest odpływ i ruszają masy wody przez cieśninę, to teraz cierp ciało! Wyglądałem pewnie niczym flaga łopocąca na wietrze. Gdybym puścił linę, zaraz by mnie zaniosło na środek Atlantyku. Na szczęście im bliżej dna, tym prąd wody słabszy. Gdy dotarłem wreszcie zdyszany na dno – do wielkiego pola głazów u wybrzeża Sierra Leone – ten podwodny huragan zmniejszył się do lekkiej wichury i jakoś dało się przytrzymać podłoża. Podłoża, na którym wyraźnie rysowały się jakieś wrzecionowate, długie i ciemne kształty. Niektóre leżały na dnie, niektóre przekrzywione sterczały w górę, jakby chciały oddać salwę... Serce mi mocniej zabiło! Armaty! Kilkusetletnie armaty!

Łupienie Inków, łupienie Azteków

Stare armaty dla każdego nurka, interesującego się choć trochę historią, zawsze brzmią jak „skarb”. A to dlatego, że jeszcze 100–200 lat temu interesy robiło się, pływając przez pół świata uzbrojonym po zęby – okrętami, na których z każdego okna wystawała lufa sporej armaty. To nie to co dzisiejsze statki handlowe – broni na nich, broń Boże, nie ma. Jednak w czasach, gdy „statki były z drewna, a ludzie z żelaza”, interesy i armaty szły ręka w rękę.

Pierwsi zalety morskiego handlu w cieniu dział odkryli żeglarze z Półwyspu Iberyjskiego. Idée fixe Portugalczyków i Hiszpanów było dopłynięcie do Indii i stworzenie morskiego Jedwabnego Szlaku, który przyćmiłby szlak lądowy: niewydolny, kosztowny i opanowany przez Azjatów. 

Wenceslaus Hollar (1647) Naues Mercatoriæ Hollandicæ per Indias Occidentales/ zbiory Met Museum
Wenceslaus Hollar (1647) Naues Mercatoriæ Hollandicæ per Indias Occidentales/ zbiory Met Museum

Portugalczycy założyli, że płynąc z Europy na południe, da się (kiedyś) opłynąć Afrykę i stamtąd odbić na wschód – do Indii. W tym celu książę Henryk Żeglarz założył nawet szkołę morską i wbijał do głowy wszystkim kapitanom ów afrykański kierunek. Kiedy więc na dworze portugalskim pojawił się niejaki Kolumb z pomys- łem, by nie płynąć jednak na południe, tylko na zachód – został odprawiony z kwitkiem. Posłuch znalazł w konkurującej z Portugalią Hiszpanii, która wysupłała fundusze na szaloną eskapadę. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy – Hiszpanie przez lata eksploatowali bezpardonowo Amerykę, Portugalczycy – Azję. 
Szalone rejsy szybko zamieniły się w zinstytucjonalizowany transport. Transport tego, czego tak dzisiaj pożądamy – skarbów. Ilości kosztowności, jakie od 1500 r. przepłynęły Atlantyk w stronę Starego Świata, szacuje John S. Potter w swojej książce The Treasure Diver’s Guide (Podręcznik nurkowania po skarby), którą wielu poszukujących w morzu przygód i błyskotek nazywa pieszczotliwie biblią. Z kronikarską dokładnością Potter odnotowuje lata łupienia Azteków (około 10 mln dzisiejszych dolarów rocznie), łupienia Inków (25 mln), czasy hiszpańskiej armady (40 mln), aż do czasów uzyskiwania niepodległości przez kolonie (ponad 100 mln dolarów rocznie). W sumie, według hiszpańskich archiwów, przez 321 lat do portów w Kadyksie i Sewilli przypłynęło z Panamy, Meksyku, Karaibów i Peru grubo ponad 25 mld dolarów. Tyle oficjalnie. Wiadomo jednak, że królowie przymykali oko na fakt, że każdy kapitan zabierał ze sobą trzy–cztery razy tyle kosztowności niewpisywanych w manifest okrętowy. 

Znalazł skarb, stracił syna

W Archiwum Generalnym Indii w Sewilli do dziś znajdują się dokumenty dotyczące okrętów hiszpańskiej konkwisty. Ogrom skarbów, jakie woziły one w swoich ładowniach, pokazuje na przykład spis dóbr, jakie Hernando Cortez otrzymał od Montezumy, władcy Azteków, by zaniechał podbojów (stało się oczywiście dokładnie odwrotnie), a który cytuje Aleksander Grobicki w Skarbach na dnie mórz: dwa kołnierze ze złota i drogich kamieni, 28 kg złotych samorodków, ptaki z nogami, dziobami i oczami ze złota, aligator ze złotą głową, złote koło wielkości koła od wozu i podobne srebrne, złote naczynie o wadze 20 kg, liczne tarcze pokryte złotą blachą oraz wiele złotych bransolet i sandałów. Całość od razu popłynęła do Hiszpanii, zasilając kompletnie pustą szkatułę królewską (poprzedni monarcha zostawił w kasie tylko tyle, by wystarczyło na jego pogrzeb). Po krótkim wystawieniu darów na widok publiczny wszystko przetopiono i z metali wybito królewskie monety.

Trasa z Veracruz do Kadyksu była w 1519 r. usiana rafami – dosłownie i w przenośni. Mała karawela z 15-osobową załogą skutecznie manewrowała między podwodnymi skałami, których rozkładu nawigatorzy zaczynali się dopiero uczyć, i omijała z powodzeniem sztormy i huragany, o których regularności z czasem dopiero się Hiszpanie przekonają. 

Jednak wiele innych skarbów nie miało tyle szczęścia i znalazło się na morskim dnie. Nic, tylko ich szukać...

Pierwszy rękawicę podniósł Mel Fisher. Ten poszukiwacz przygód z Florydy przeanalizował dostępne archiwa, przestudiował mapy, założył firmę Ratownicy Skarbów sp. z o.o. i zagiął parol na wrak statku „Nuestra Señora de Atocha” – galeo- nu, o którym wiadomo było, że przewoził miliony w złocie, srebrze i szlachetnych kamieniach, zatopionego w 1622 r. przez huragan u wybrzeży Florydy. Fisher przystąpił do poszukiwań bardzo dynamicznie – podpisał układ z władzami stanu, w ramach którego zobowiązał się oddać 25% znalezionych skarbów, i zajął się konstrukcją sprzętu do poszukiwań. Wynalazł potężną pompę, która strumieniem wody wypłukiwała w dnie 7-metrowe dziury. Przez lata przeczesywał dno z różnym szczęściem, balansując pomiędzy bankructwem a bogactwem. Wreszcie w 1973 r. podczas nurkowań w jednej z dziur jego 14-letni syn znalazł dziwny, ciężki bochen. Po wyciąg- nięciu na powierzchnię okazał się on 27-kilogramową sztabą srebra! Miejsce okrzyknięto „bankiem Hiszpanii”.
Na srebrnej sztabie był wybity numer, który ponad wszelką wątpliwość wskazywał co to za wrak – w archiwach znaleziono zapiski, że załadowano ją na pokład „Atochy”. Wkrótce w okolicy wydobyto sztaby oraz monety ze złota i srebra, a także biżuterię wysadzaną szmaragdami. Niestety, morze wzięło też odwet i w czasie wypadku na morzu zginęły trzy osoby z ekipy Fishera – w tym jego syn i synowa.

Wenceslaus Hollar (1647) Naues Mercatoriæ Hollandicæ per Indias Occidentales/ zbiory Met Museum
Wenceslaus Hollar (1647) Naues Mercatoriæ Hollandicæ per Indias Occidentales/ zbiory Met Museum

Fisher jednak nie zrezygnował. W sumie wydobył z „Atochy” skarby warte 18 mln dolarów. Koszty pochłonęły około jednej trzeciej. Dzięki reszcie na dobre odbił się od (finansowego) dna. Niedługo potem, 60 km dalej, wydobył z innego wraku 3200 szmaragdów, 150 tys. srebrnych monet i 1000 wielkich sztab srebra. Zysk poszedł na dywidendę dla 1200 akcjonariuszy firmy, a wiele znalezionych skarbów trafiło do muzeum otwartego przez Fishera na Key West na Florydzie. Choć sam Fisher już nie żyje, bilety (po 15 dolarów) do jego muzeum wciąż sprzedają się jak świeże bułeczki.

Łódź pana „Makarona”

„Chyba się nie dziwisz, że jak to wszystko przeczytałem, od razu kupiłem sobie statek do szukania skarbów” – powiedział mi Sławek Makaruk, geograf, nurek i producent filmowy z Warszawy, zwany „Makaronem”, który prowadził wyprawy podwodne m.in. do zalanych jaskiń w Meksyku w latach 80. i na liczne wraki. 
„Makaron” wyszukał w Norwegii starą jednostkę wielorybniczą z działkiem na harpuny na dziobie, przystosował ją dla nurków i przechrzcił na „Harpoonera”. Pływał nią na początku lat 90. w rejsy nurkowe po wschodnim Atlantyku, Morzu Śródziemnym i Czerwonym. „Nurkowaliśmy w Egipcie i Sudanie, odwiedzaliśmy miejsca, w których wcześniej nurkował tylko Cousteau, i takie, gdzie pewnie nikogo przed nami jeszcze nie było” – wspomina. 

Szukając partnerów do poważniejszych przedsięwzięć, „Makaron” dał kiedyś ogłoszenie na jednym z zachodnich portali dla poszukiwaczy skarbów. „Napisałem mniej więcej tak: »Mam statek, czas i umiejętności. Oczekuję propozycji«” – śmieje się dzisiaj. Pierwszy telefon otrzymał już pół godziny później: „Popłynie pan do Malezji?” – usłyszał w słuchawce. Targu dobili w kwadrans. Klientem okazało się prywatne konsorcjum kilku majętnych prezesów firm, m.in. z Airbusa, którzy wcześniej zdobyli pozwolenie na eksplorację pewnego wraku leżącego w burzliwych wodach niedaleko cieśniny Malakka – bramy, którą pomiędzy Półwyspem Jawajskim a Sumatrą wpływały do Azji Południowo-Wschodniej niemal wszystkie statki z Europy. „Staliśmy nad tym wrakiem przez dobrych kilka tygodni, codziennie nurkując. Wydobywaliśmy niewiarygodne ilości chińskiej porcelany. Sporo jej tam pewnie jeszcze zostało” – wspomina „Makaron”. Niestety, koordynaty wraku do dziś pozostają poufne. Porcelana była tak cenna, że podczas nurkowania nad bezpieczeństwem ekipy czuwali żołnierze. Według umowy z miejscowym ministerstwem kultury znalazcy mogli zabrać ze sobą lwią część wydobytej porcelany. Sprzedała się na aukcji w Christie’s.

Co Zeus dał, Temida zabrała

Nie zawsze jednak współpraca z władzami przebiega gładko. Poważne kłopoty miała niedawno największa z firm zajmujących się wydobywaniem skarbów – Odyssey, przedstawiciel nowej ery w poszukiwaniach tego, co pozostało na dnie. Jak twierdzą szefowie powstałej w 1994 r. spółki notowanej na nowojorskiej giełdzie: „morza są usłane wrakami, a dzisiejsza technologia pozwala je odnaleźć”. Odyssey zainwestowała więc w najnowocześniejszy sprzęt i najlepszych researcherów przeszukujących archiwa. To ostatnie tylko z daleka wygląda na coś prostego. Jak pisze Potter w biblii nurków szukających skarbów: „Dokumenty dotyczące hiszpańskiej armady były przenoszone kilkukrotnie pomiędzy archiwami, za każdym razem lądując w większym bałaganie. Pożółkłe kartki są często pokatalogowane z błędami i szybkie odnalezienie czego- kolwiek graniczy z cudem. Choćby wpuścić tam nawet i setkę badaczy, to życia by im nie starczyło, by choćby się zorientować, co znajduje się w ćwierci miliona pakietów pełnych zwojów ze starymi dokumentami, jakie tam zalegają. A jest jeszcze drugie archiwum, w którym została część papierów”. Odyssey jakoś jednak wybrnęła z tego kłopotu i kilka razy pozyskała stamtąd świetne informacje. 

Druga część zabawy odbywa się na morzu. Spółka wykorzystuje 70-metrowy statek „Odyssey Explorer” wyposażony w najnowocześ- niejsze gadżety do poszukiwań podwodnych. Ma echosondy wielowiązkowe i sonary boczne, które za pomocą fal dźwiękowych (lepiej rozchodzą się pod wodą niż światło) umożliwiają zobrazowanie morskiego dna. Kiedy na ekranie pojawia się coś, co może wyglądać na wrak, do akcji wkraczają archeo- lodzy podwodni i wysyłają na dno „Zeusa” – sterowany przez przewód z powierzchni bezzałogowy pojazd, który lustruje miejsce i potrafi nawet wydobywać przedmioty. W ten sposób Odyssey wydobyła 50 tys. (!) monet z pochodzącego z czasów wojny secesyjnej wraku SS „Republic”, armaty z XVIII-wiecznego brytyjskiego okrętu HMS „Victory” (za co otrzymała sutą nagrodę od rządu Jej Królewskiej Mości) oraz 48 t srebra z zatopionego przez U-Boota na północ od Irlandii brytyjskiego statku handlowego SS „Gairsoppa”.

Wszystko wskazywało na to, że również w przypadku kolejnego wraku sukces jest przesądzony. Odyssey znalazło informacje w archiwach i szybko zlokalizowało wrak „Nuestra Señora de las Mercedes”, hiszpańskiego galeonu, który w 1804 r. zatonął z ładunkiem złota u wybrzeży Portugalii. Firma w sekrecie „wypatroszyła” wrak z całego ładunku srebrnych i złotych monet wartych 500 mln dolarów! Dla Hiszpanii to było zbyt wiele – gdy tylko zorientowała się, skąd pochodzą monety, pozwała Odyssey do amerykańskich sądów. Prawo morskie, zwłaszcza to dotyczące zatopionych skarbów, jest skomplikowane i zawsze lepiej dogadać się przed wydobyciem niż po nim. Hiszpania szczebel po szczeblu wygrywała procesy. Odyssey walczyła jak lew – stawką było przeżycie firmy. Sprawa oparła się aż o Sąd Najwyższy, jednak i ten podtrzymał decyzję. Odyssey musiała wynająć samolot transportowy i na własny koszt odesłać cały znaleziony skarb do Madrytu. Monety są dzisiaj pokazywane w hiszpańskich muzeach. Kiedy jeszcze na koniec Odyssey miała zapłacić rządowi Hiszpanii milion dolarów za „działania w złej wierze i stosowanie nieuczciwych taktyk w postępowaniu sądowym”, kurs akcji firmy spadł poniżej dolara. Odyssey musiała sprzedać pół firmy i budynek, w którym miała siedzibę.

Złodzieje dział

A wracając do moich poszukiwań skarbów u wybrzeży Sierra Leone – interesujące nas miejsce wskazał nam właściciel hotelu, który widział „coś jak armaty”, gdy polował w okolicy z kuszą na ryby. Kierując się jego wskazówkami, znaleźliśmy wrak galeonu z XVIII w. z 28 armatami, który, jak się z czasem okazało, należał do pierwszej multikorporacji wszech czasów – Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. 

Wenceslaus Hollar (1647) Naues Mercatoriæ Hollandicæ per Indias Occidentales/ zbiory Met Museum
Wenceslaus Hollar (1647) Naues Mercatoriæ Hollandicæ per Indias Occidentales/ zbiory Met Museum

Ktokolwiek wyobraża sobie wrak takiego okrętu niczym stojącą na dnie „Czarną Perłę” z Piratów z Karaibów, musi poczuć się rozczarowany. Wystarczy kilkadziesiąt lat spoczywania w ciepłej wodzie, by drewno zostało kompletnie zżarte przez pewien gatunek tropikalnego małża – świdrowca okrętowego. Z wraku zostają armaty, kamienie balastowe i ładunek.

Nasz statek w czasach swojej świetności był wyładowany porcelaną z dynastii Qing. Do dzisiaj przetrwały z niej tylko skorupy potłuczone o kamienie. Jednak na podstawie tych fragmentów porcelany i 300-letnich butelek oraz oznaczeń znalezionych na jednym z dział udało się nam przy pomocy archeologów z trzech krajów i archiwistów z czterech odtworzyć historię okrętu. „Diemermeer” płynął z Amsterdamu na Cejlon i do Dżakarty. Gdy załadował towar, kierował się z powrotem do Europy. Wpadł na rafy niedaleko wysp u wybrzeży Sierra Leone i zatonął. Udało nam się nawet odnaleźć coś o kapitanie – okazał się imigrantem, do Holandii przyjechał z rodzinnego... Kołobrzegu. 

Podczas jednego z nurkowań na wraku ze zdumieniem stwierdziliśmy, że ktoś ukradł z dna jedno z dział! Widocznie gdy skończyliśmy nurkowanie dzień wcześniej, ktoś przypłynął łodzią, zszedł na głębokość 8 m, przywiązał je i wykorzystując liczne i silne ręce – wyciągnął.

Na stratę poszliśmy się poskarżyć niejakiemu Diro, grubemu bogaczowi z widoczną przepukliną, który był szefem jedynej wioski w archipelagu. Ten jednak zamiast się przejąć kradzieżą... kazał nam jeszcze zapłacić haracz za nurkowanie! Zażądał 1000 dolarów! Skończyło się na 100 dolarach, dwóch T-shirtach z logo wyprawy i niepotrzebnym silniku od sprężarki. Zrozumieliśmy jednak, że niewiele zwojujemy – Sierra Leone nie ma straży przybrzeżnej, służb ratownictwa morskiego ani nawet marynarki wojennej. Kto ma wystraszyć zbieraczy złomu, których nawet sołtys broni? 

Już z Polski powiadomiliśmy o grabieży XVIII-wiecznego działa UNESCO. „Sprawa kradzieży na waszym wraku zostanie przedyskutowana na szczeblu międzyrządowym podczas zjazdu prezydentów państw afrykańskich. Zostanie omówiona jako modelowy przykład pokazujący, że trzeba chronić tutejsze podwodne dziedzictwo kulturowe” – odpowiedzieli dyplomaci z Paryża. A więc ktoś komuś dyplomatycznie zmyje głowę. Dobre i to.

Data publikacji:

Marcin Jamkowski

Wiceprezes Oddziału Polskiego The Explorers Club. Był jednym z organizatorów wyprawy, która odkryła w nurtach Wisły XVII-wieczne marmury wywiezione przez Szwedów w czasie potopu.