Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
"Gdy pojawiająca się nagle trójka przecina sekwencję zer i siódemek, słyszę coś na kształt ...
2017-09-19 00:00:00

Podziwu godna liczba π

ilustracja: Marek Raczkowski
Podziwu godna liczba π
Podziwu godna liczba π

„Gdy pojawiająca się nagle trójka przecina sekwencję zer i siódemek, słyszę coś na kształt niewyraźnego zbiorowego westchnienia” – matematyczny geniusz wspomina dzień, w którym publicznie wyrecytował z pamięci liczbę pi do 22514 cyfry po przecinku.

Jeśli wierzyć Wisławie Szymborskiej, jestem osobą, która zdarza się raz na 500 przypadków. Tak wygląda zaproponowana przez nią statystyka dotycząca słowa „niektórzy” w wierszu Niektórzy lubią poezję. Wydaje mi się, że noblistka jest nieco zbyt pesymistyczna – nie wierzę, że czytelnicy tego gatunku literackiego to taka rzadkość. Ale rozumiem, o co jej chodzi. Wielu ludzi uważa, że poezja to tylko obłoki czy płatki róż i że wiersze nie mają żadnego oparcia w rzeczywistości. Mają rację i jednocześnie jej nie mają. Owszem, obłoki i płatki róż pojawiają się w wierszach, ale tylko dlatego, że chmury i kwiaty występują w prawdziwym świecie. Tak naprawdę dobry wiersz może być o czymkolwiek.

Również o liczbach. Matematyka, co widzimy w kilku utworach Szymborskiej, bywa świetnym materiałem dla poezji. Obie dziedziny łączy oszczędność w środkach: każda z nich potrafi w kilku linijkach zawrzeć całe wszechświaty. W Wielkiej liczbie Szymborska skarży się na bezradność wobec liczb kończących się długim ciągiem zer, w Przyczynku do statystyki stwierdza zaś, że „na stu ludzi/wiedzących wszystko lepiej/– pięćdziesięciu dwóch”, ale także „godnych współczucia/– dziewięćdziesięciu dziewięciu”. Jest jeszcze moja ulubiona Liczba Pi. Zaczyna się – i wiersz, i liczba – od „trzy koma jeden cztery jeden”.

Kiedy byłem nastolatkiem, zwierzyłem się z zachwytu nad pi jednej z koleżanek z klasy. Miała na imię Ruxandra. Jej imię, tak jak imię poetki, pochodziło zza żelaznej kurtyny – rodzice dziewczyny przybyli z Bukaresztu. Nic nie wiedziałem o Europie Wschodniej, ale nie miało to znaczenia: Ruxandra mnie lubiła. Podobało jej się, że byłem inny niż reszta chłopców. Spędzaliśmy przerwy w szkolnej bibliotece, wymieniając się pomysłami na przyszłość i pomagając sobie w pracy domowej. Na szczęście dla mnie jej najmocniejszą stroną była matematyka.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Z ciekawości zapytałem o jej ulubioną liczbę. Odpowiedziała powoli, jakby nie do końca rozumiejąc: „Liczby to liczby”.

Czy nie było dla niej absolutnie żadnej różnicy między 333 a, powiedzmy, 14? Nie było.

„A co z pi? – drążyłem. – Z tą niemal magiczną liczbą, o której uczyliśmy się w szkole? Czy nie sądzisz, że jest piękna?”.

„Piękna?”. Jej twarz wykrzywił grymas niedowierzania.

Ruxandra była córką inżyniera.

Inżynier i matematyk postrzegają liczbę pi w zupełnie inny sposób. Dla inżyniera pi jest po prostu wartością pomiaru wynoszącą pomiędzy trzy a cztery, choć trochę bardziej skomplikowaną niż liczby całkowite. W swoich obliczeniach najczęściej ją bagatelizuje, używając praktycznych przybliżeń, np. 22/7 czy 355/113. Nigdy nie wymaga się od niego dokładności większej niż trzecie czy czwarte miejsce po przecinku (po zaokrągleniu: 3,142 lub 3,1416). Nie interesuje go, co znajduje się poza nimi. Z jego punktu widzenia dalsze cyfry mogłyby nie istnieć.

Matematycy mają do pi inny, bardziej osobisty stosunek. Czym dla nich jest ta liczba? To długość okręgu (obwodu koła) podzielona przez długość odcinka, który dzieli go na dwie równe części (średnicę). Wynik ten – jeśli wyrazić go liczbowo – jest jednak nieskończony: pi nie ma ostatniej cyfry, nie ma więc również przedostatniej, trzeciej od końca, czwartej itd. W całości nie dałoby się zapisać tej liczby nawet na kartce papieru wielkości Drogi Mlecznej. Nie można jej wyrazić za pomocą żadnego ułamka: wszystkie ziemskie obliczenia generują jedynie wybrakowane okręgi, godne pożałowania elipsy i marne podróbki oryginału. Okrąg opisany przez pi jest doskonały i przynależy do królestwa wyobraźni.

Co więcej, matematycy twierdzą, że cyfry składające się na tę liczbę nie tworzą żadnego powtarzalnego czy dającego się przewidzieć wzoru: w miejscu, w którym moglibyśmy spodziewać się szóstki, pojawia się dwójka, zero lub siódemka, po serii następujących po sobie dziewiątek możemy się spodziewać zarówno kolejnej dziewiątki (albo dwóch czy trzech kolejnych), jak i nagłego, nieobliczalnego zwrotu ku innej cyfrze. Pi przekracza nasze zdolności pojmowania.

Wyrażone liczbowo okręgi, idealne okręgi, zawierają w sobie wszystkie możliwe ciągi cyfr. Gdzieś w pi, być może po trylionach miejsc po przecinku, sąsiaduje ze sobą 100 kolejnych piątek, gdzieś indziej znowu pojawia się 1000 naprzemiennych zer i jedynek. Niewyobrażalnie głęboko w gąszczu pozornie przypadkowych znaków, do których wyliczenia potrzebowalibyśmy znacznie więcej czasu, niż dzieli nas od Wielkiego Wybuchu, sekwencja 123456789 powtarza się 123456789 razy z rzędu. Gdybyśmy tylko byli w stanie zapuścić się odpowiednio daleko, odkrylibyśmy setki, tysiące, miliony, miliardy cyfr bezbłędnie odtwarzających tę liczbę od samego początku, tak jakby zaraz cały układ miał się powtórzyć od nowa. Ale nigdy do tego nie dochodzi. Jest tylko jedna liczba pi, niepowtarzalna, niepodzielna.

Piękno pi zostało ze mną na długo po tym, jak ukończyłem szkołę. Cyfry uparcie wślizgiwały się do mojego umysłu: opowiadały o nieskończonych możliwościach, bezkresnej przygodzie. Czasem łapałem się na tym, że bezwiednie mruczę je sobie pod nosem jak cichą wyliczankę. Oczywiście nie mogłem posiąść tej liczby – jej piękna i jej ogromu. Być może tak naprawdę to ona zawładnęła mną. Pewnego dnia zacząłem rozumieć, czym ta liczba – przekształcona przeze mnie, tak jak ja przez nią – mogłaby się stać. Właśnie wtedy postanowiłem nauczyć się na pamięć jak największej liczby jej cyfr.

Było to łatwiejsze, niż może się wydawać: wielkie rzeczy są często bardziej niezwykłe niż rzeczy małe, silniej przykuwają uwagę i dlatego łatwiej je zapamiętać. Na przykład krótkie słowa, takie jak ptak czy kot, szybko się czyta (lub słyszy) i równie szybko zapomina, podczas gdy hipopotam zatrzymuje oko (lub ucho) i w ten sposób pozostawia w nas głębszy ślad. Bohaterowie i sceny długich powieści wracają do mnie ze znacznie większym natężeniem i dokładnością niż te pochodzące z krótkich historyjek. Tak samo jest z liczbami: pospolite, jak 31, łatwo pomylić z ich równie niewyróżniającymi się sąsiadami, jak 30 czy 32 – z kolei 31415 domaga się starannego, dociekliwego zbadania. Dłuższe, bardziej złożone sekwencje cyfr kryją w sobie wzory i rytmy. Choć ani o 31, ani o 314, ani o 3141 nie możemy tego powiedzieć, to 31415 – już coś znaczy.

Muszę dodać, że ludzie zawsze uważali mnie za kogoś, kto ma „dobrą pamięć”. Chodziło im o to, że można było na mnie całkowicie polegać w kwestii numerów telefonów, dat urodzin i rocznic, a także wszystkich tych faktów i danych, które bez przerwy pojawiały się w książkach i programach telewizyjnych. Zdaję sobie sprawę, że taka pamięć to błogosławieństwo – zawsze bardzo mi się przydawała. W szkole nie przerażały mnie żadne egzaminy – ten rodzaj wiedzy, którego od nas wymagano, szczególnie łatwo poddawał się moim zdolnościom zapamiętywania. Jeśli ktoś zapytałby mnie, jaka jest forma trzeciej osoby francuskiego czasownika être w trybie łączącym albo, jeszcze lepiej, jak Maria Antonina straciła głowę, nie miałbym problemu z odpowiedzią. Dla mnie to bułka z masłem.

Liczba pi stała się przedmiotem moich badań. Przyglądałem się jej, wydrukowanej na szeleszczących kartkach A4, tysiącom cyfr na stronie, tak jak malarz przygląda się ulubionemu pejzażowi. Oko artysty odbiera niemal nieskończoną liczbę cząstek światła, a następnie przesiewa je zgodnie ze swoją intuicją i wyczuciem estetycznym. Zaczyna po jednej stronie płótna, by za chwilę przenieść się na drugą stronę: z cierpliwych, drobnych, nawarstwiających się pociągnięć pędzla wynurza się powoli zarys gór. W podobny sposób oczekiwałem, że poruszą mnie poszczególne ciągi cyfr – dzięki jakimś intrygującym właściwościom czy zgrabnemu połączeniu cyfr „jasnych” (jak 1 czy 5)i „ciemnych” (jak 6 lub 9). Czasem działo się to szybko, innym razem musiałem przekopywać się przez 30 czy 40 cyfr, zanim udało mi się znaleźć jakiś sens i mogłem nad nimi pracować od początku. Z setek, potem tysięcy pojedynczych cyfr, dokładnie zbadanych i odmierzonych, stopniowo wyłonił się pewien liczbowy krajobraz.

Malarz wystawia swoje dzieła. Co mogłem zrobić ja? Po miesiącach przygotowań zabrałem liczbę pi, rozległy ciąg cyfr upchnięty w mojej głowie, do muzeum. Miałem cel: ustanowić europejski rekord w recytowaniu z pamięci jej kolejnych cyfr.

Marzec jest miesiącem wiosennych deszczów, ferii świątecznych i nieskazitelnie czystych okien. W tym miesiącu również, czternastego, na całym świecie świętuje się Dzień Liczby Pi. Tego dnia w 2004 r. wyruszyłem z Londynu na północ, do Oksfordu. Czekali tam na mnie pracownicy uniwersyteckiego Muzeum Historii Nauki. Byli również dziennikarze – zbliżające się wydarzenie zapowiadał artykuł z moim zdjęciem w „The Times”.

Muzeum znajduje się w centrum miasta, w gmachu zwanym Old Ashmolean, najstarszym zachowanym na świecie budynku zbudowanym na potrzeby muzealne. Na zwiedzających, którzy przechodzą przez bramę, spoglądają z góry głowy kamiennych brodaczy. Grube mury mają kolor piasku. Kiedy się zbliżam, znikąd pojawiają się fotografowie, trzymający aparaty tuż przed oczami, jak maski. Oślepiający błysk lamp na chwilę mnie paraliżuje. Zatrzymuję się i staram się uśmiechnąć – minutę później nie ma po nich śladu.

Budynek okupują organizatorzy próby pobicia rekordu. Kable telewizyjnych kamer wiją się po podłodze. Ściany udekorowano plakatami zachęcającymi do przekazania pieniędzy na cele charytatywne (na moją prośbę zebrane fundusze otrzymały instytucje zajmujące się pomocą dla chorych na epilepsję – jako dziecko cierpiałem na ataki padaczkowe). Po wejściu zauważam, że przygotowano już dla mnie stół i krzesło. Ustawiony przed nimi dłuższy blat jest przeznaczony dla matematyków, którzy będą sprawdzali, czy recytowane przeze mnie cyfry są poprawne. Od wydarzenia dzieli nas jednak jeszcze godzina i widzę przed sobą tylko trzech mężczyzn pochłoniętych rozmową. Jeden z nich ma gęstą, sztywną czuprynę, drugi – wielokolorowy krawat, trzeci zaś nie posiada ani włosów, ani krawata. To właśnie on podchodzi do mnie energicznym krokiem i przedstawia się jako główny organizator. Wymieniam uścisk dłoni z dyrektorem muzeum i jego zastępcą: na ich twarzach maluje się coś między lekką konsternacją, ciekawością i zdenerwowaniem. Chwilę później pojawiają się reporterzy ze swoimi mikrofonami i obsługa kamer – filmują wystawione astrolabia, kompasy i rękopisy matematyczne.

Ktoś pyta o tablicę, która wisi wysoko na ścianie naprzeciwko. Dyrektor wyjaśnia, że Albert Einstein używał jej podczas wykładu 16 maja 1931 r. A o czym mówią te zapisane kredą równania? To obliczenia dotyczące wieku Wszechświata – odpowiada dyrektor. Według Einsteina Wszechświat ma około 10 – czy może 100 – miliardów lat.

Im bliżej ustalonej godziny, tym bardziej słychać kroki na kamiennych schodach muzeum. Siedmiu matematyków przybywa w odpowiednim czasie i siada za blatem. Wciąż pojawiają się kobiety, mężczyźni i dzieci, niebawem brakuje już miejsc siedzących. Powietrze w sali gęstnieje od przyciszonych rozmów.

W końcu organizatorzy nakazują milczenie. Wszystkie oczy zwracają się ku mnie, nikt się nie rusza. Wypijam łyk wody i słyszę własny głos. Zaczynam. „Trzy koma jeden cztery jeden pięć dziewięć dwa sześć pięć trzy pięć osiem dziewięć siedem dziewięć trzy dwa trzy osiem cztery”...

Osoby na widowni należą do zaledwie drugiego czy trzeciego pokolenia, które ma możliwość usłyszeć więcej niż kilkadziesiąt czy kilkaset początkowych cyfr rozwinięcia liczby pi. Przez tysiąclecia można ją było wyrecytować na jednym oddechu. Archimedes znał pi tylko do trzeciego miejsca po przecinku, Newton, niemal 20 wieków później, doszedł do szesnastu. Dopiero w 1949 r. matematycy, korzystając z ówczesnych maszyn obliczeniowych, odkryli tysięczną cyfrę pi po przecinku: 9.

Dotarcie do tej dziewiątki zajmuje mi około 10 minut, w tempie jednej lub dwóch cyfr na sekundę. Nie wiem dokładnie, ile czasu mija: zegar elektroniczny pozwala publiczności śledzić sekundy, minuty i godziny mojego wystąpienia, ale ja nie jestem w stanie zobaczyć go z mojego krzesła. Zatrzymuję się na chwilę, żeby sięgnąć po wodę i złapać oddech. Pauza jest namacalna. Wręcz bolesna. Czuję się absolutnie, przytłaczająco samotny.

Reguły recytacji są surowe. Nie wolno mi odejść od stołu, z wyjątkiem momentów, kiedy chcę skorzystać z toalety, wtedy jednak zawsze towarzyszy mi któryś z pracowników muzeum. Nikt nie może się do mnie odezwać, nawet po to, żeby mnie dopingować. Mogę przerwać od czasu do czasu, żeby napić się czy zjeść owoc lub kawałek czekolady, ale wyłącznie w ustalonych wcześniej odstępach co tysiąc cyfr. Kamery rejestrują każde moje słowo i każdy gest.

„Trzy osiem zero dziewięć pięć dwa pięć siedem dwa zero jeden zero sześć pięć cztery”…

Sporadyczne kaszlnięcia czy kichnięcia z audytorium zaburzają bieg cyfr. Nie przeszkadza mi to. Kontempluję kolory, kształty i faktury mojego wewnętrznego krajobrazu. Zdenerwowanie ustępuje, ogarnia mnie spokój.

Większość widzów nie ma pojęcia o wielościanach archimedesowych; nie zdają sobie sprawy, że sekwencja dziesięciu cyfr, którą właś­nie usłyszeli, ostatecznie powtórzy się nieskończenie wiele razy. Żaden z nich nigdy nie myślał też o sobie jako o kimś w jakikolwiek sposób wrażliwym na matematykę. A jednak słuchają uważnie. Udziela im się koncentracja, którą słyszą w moim głosie. Rysy wszystkich twarzy – młodych i starych, owalnych i pociągłych – są nieznacznie ściągnięte. W cyfrach słyszą rozmiary swoich ubrań, daty urodzin, hasła do komputera. Słyszą fragmenty – krótsze lub dłuższe – numerów telefonów przyjaciół, rodziców i ukochanych. Niektórzy pochylają się w oczekiwaniu. Wzory wartko się splatają i rozpraszają w ich umysłach.

Na sali są różni ludzie. Znaleźli się tutaj z rozmaitych powodów. Nastolatek szuka schronienia przed niedzielną nudą; robotnik, który ofiarował równowartość paczki fajek, tkwi w miejscu, żeby dostać to, za co zapłacił; amerykańska turystka w szortach i czapce z Myszką Miki nie może się doczekać, aż będzie mogła opowiedzieć o widowisku swojej rodzinie.

Mija godzina, potem kolejna.

„Zero pięć siedem siedem siedem siedem pięć sześć zero sześć osiem osiem osiem siedem sześć”…

Zanurzam się coraz dalej i dalej w liczbę pi, w każdym moim wydechu jest wysiłek, rytm i precyzja. Jej cyfry cechuje pewnego rodzaju głęboki porządek. Przewaga piątek nad szóstkami nigdy nie utrzymuje się długo, nigdy też ósemki i dziewiątki nie dominują nad jedynkami i dwójkami. Poza krótkimi i przelotnymi momentami żadna cyfra nie góruje nad innymi – ostatecznie każda występuje mniej więcej tyle samo razy, każda w równym stopniu składa się na całość.

Gdzieś w połowie recytacji, po ponad dziesięciu tysiącach cyfr, muszę się trochę rozciągnąć. Odsuwam krzesło, wstaję i otrząsam się. Podnoszę do ust butelkę i pociągam łyk wody o smaku plastiku. Zjadam banana. Zajmuję pozycję przy stole i kontynuuję.

Niezmącona cisza szczelnie wypełnia pomieszczenie, panując nad nim z mocą niepodzielnego władcy. Młoda kobieta, której telefon nagle zaczyna dzwonić, zostaje natychmiast wyrzucona z sali.

Pomimo nielicznych incydentów tego typu między mną a moją publicznością rodzi się swego rodzaju niewypowiedziane porozumienie. Stajemy się – i jest to szalenie istotna zmiana – współuczestnikami. Na początku od tych kobiet i mężczyzn biła pewność siebie – słuchali wyczekująco i znajdowali przyjemność w brzmieniu cyfr, które docierały do ich uszu jako znajome rozmiary butów, daty historyczne i numery tablic rejestracyjnych. Później jednak, powoli, niepostrzeżenie, coś się zmieniło. Narastała konsternacja. Zdali sobie sprawę, że jeśli chcą śledzić rytm mojego głosu, muszą sami się do niego dopasować. Czasem na przykład recytowałem szybko, czasem mówiłem pomału. Bywały momenty, kiedy cyfry wypływały długim, nieprzerwanym ciągiem, innym razem wyrzucałem je z siebie krótkimi, przerywanymi seriami. Niekiedy brzmiały piskliwie, zabarwione jakimś wewnętrznym niepokojem w moim głosie, by kilka chwil później przejść w łagodne, rozkołysane tętnienie.

Konsternacja w coraz większym stopniu zmienia się w ciekawość. Ich oddech zaczyna wyrównywać się z moim. Wyczuwam, że są zaintrygowani dźwiękiem i melodią każdej cyfry, w miarę jak mija, robiąc miejsce następnej. Kiedy cyfry ciemnieją mi w ustach – pełnych tłoczących się ciężkich ósemek i dziewiątek – napięte, zamyślone twarze ściągają się jeszcze bardziej. Gdy pojawiająca się nagle trójka przecina sekwencję zer i siódemek, słyszę coś na kształt niewyraźnego zbiorowego westchnienia. Kiedy przyspieszam, milczące skinienia wychodzą mi naprzeciw, a ciepłe uśmiechy witają każde z moich zwolnień.

Nie wiem, gdzie patrzeć, kiedy przerywam na chwilę, żeby napić się wody czy coś zjeść. Moja samotność jest absolutna, nie chcę odpowiadać na spojrzenia ludzi. Wbijam wzrok w kostki moich dłoni, przyglądam się oplatającym je żyłom i przetarciom stołu, na którym spoczywają. Błyszczące metalowe elementy rzucają cętki odbitego światła na gabloty wystawowe. Kątem oka tu i ówdzie na policzkach dostrzegam łzy.

Być może widzowie nie byli przygotowani na takie doświadczenie. Nikt ich nie ostrzegł, że pi stanie się dla nich namacalna, że ich poruszy. Mimo to z przyjemnością zanurzyli się w jej nurcie.

Nie jestem pierwszą osobą, która publicznie recytuje z pamięci liczbę pi. Wiem, że istnieje kilku „artystów liczbowych” – ludzi, którzy opowiadają liczby w taki sposób, jak aktorzy odgrywający scenariusz. Głównym ośrodkiem tej małej społeczności jest Japonia. W języku japońskim wypowiadane cyfry mogą brzmieć podobnie do całych zdań – początkowe cyfry liczby pi, 3,14159265, wyartykułowane w odpowiedni sposób, znaczą „położnik wyjeżdża za granicę”. Sekwencja 4649 (która pojawia się w pi po 1158. miejscu po przecinku) brzmi jak „miło cię poznać”, a użytkownik języka japońskiego wymawiający ciąg 3923 (znajdujący się po 14193. miejscu po przecinku) jednocześnie mówi „dziękuję ci, bracie”.

Tego typu konstrukcje są oczywiście arbitralne: jedynie kreatywny mówca jest w stanie składać w całość krótkie, sztywne, zazwyczaj rozdzielone frazy. Słyszałem, że publiczność w Japonii przygląda się ich występom jak popisom linoskoczków, czekając na przejęzyczenie jak na potknięcie.

Stosunek tych artystów do liczb jest skomplikowany. Przez lata nauki doprowadzają technikę zapamiętywania do perfekcji, ale jednocześnie nabywają dręczącego poczucia fałszu: stale powtarzane liczby (i słowa) często tracą jakiekolwiek znaczenie. Zdarza się, że po każdym publicznym wystąpieniu ogłuszony liczbami wykonawca narzuca sobie miesięczną numeryczną wstrzemięźliwość – nawet kod kreskowy czy metka z ceną wywołują w nim mdłości.

W umyśle artysty liczbowego pi może zostać zredukowana do serii zdań. W moim umyśle to nie ona maleje, lecz ja. Wobec tajemnicy pi staję się czymś całkowicie pozbawionym znaczenia. Wyzuty z siebie, odbieram każdą cyfrę z bardzo bliska. Nie chcę podzielić liczby, nie interesuje mnie posiekana. Fascynuje mnie dialog między składającymi się na nią cyframi, wpisana w nie ciągłość i jedność.

Dzwon nie wie, która jest godzina, ale można go ustawić tak, żeby wybił dwunastą. Tak samo człowiek, choć nie jest w stanie obliczać nieskończonych liczb, może zostać poruszony w taki sposób, że wypowie pi.

„Trzy jeden dwa jeden dwa trzy dwa dwa trzy trzy jeden”…

Kiedy recytuję, staram się przywołać rzeczywisty obraz tego, co widzę i czuję. Chcę przekazać każdej osobie znajdującej się w sali kształty, kolory i emocje, których doświadczam. Z tymi, którzy mnie oglądają i słuchają, dzielę moją samotność. W jakimś sensie moje słowa są do głębi intymne.

Trzecia godzina recytacji przychodzi i odchodzi, nastaje czwarta.

Przez moje usta przetoczyło się ponad 16 tysięcy cyfr: czuję, jak ich narastająca obecność przytłacza mnie. Także moje ciało zdradza objawy wyczerpania. I wtedy nagle mam w głowie pustkę. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Cyfry, które jeszcze kilka sekund wcześniej mi towarzyszyły, ulotniły się.

Przed oczyma umysłu widzę 10 identycznie wyglądających ścieżek, z których każda wiedzie do 10 kolejnych. Sto, tysiąc, dziesięć tysięcy, sto tysięcy, milion dróg kusi mnie możliwością wyjścia z impasu. Rozciągają się w każdym możliwym kierunku. Którą podążyć? Nie mam pojęcia, ale nie panikuję. Czy panikowanie przyniosło komukolwiek coś dobrego? Zaciskam powieki i uspokajająco pocieram skronie. Biorę głęboki oddech.

Zielonkawy mrok przenika mój umysł. Czuję się zdezorientowany, zagubiony. Czerń pokrywa się białym nalotem po to tylko, by ustąpić miejsca chybotliwym szarościom i fioletom. Kolory nadymają się i wibrują, ale nie przypominają niczego.

Jak długo ciągnie się ta doprowadzająca do szaleństwa feeria mglistych barw? Ledwie kilka sekund, ale każda z nich wydaje się trwać nieskończenie dłużej.

Sekundy mijają – nie mam wyboru, muszę pozwolić im płynąć. Jeśli stracę nad sobą panowanie, wszystko przepadnie. Jeśli zrezygnuję, zegar się zatrzyma. Jeśli za moment nie podam kolejnej cyfry, mój czas się skończy.

Nic dziwnego, że kiedy w końcu uwalniam ją z siebie, jest słodsza niż wszystkie wcześniejsze – jej wydobycie wymagało ode mnie zaangażowania wszystkich sił i całej mojej wiary. Zasłona spowijająca moją głowę opada, otwieram oczy. Odzyskuję wzrok.

Cyfry płyną szybko i pewnie, wrócił do mnie spokój. Zastanawiam się, czy ktoś cokolwiek zauważył.

„Dziewięć dziewięć dziewięć dziewięć dwa jeden dwa osiem pięć dziewięć dziewięć dziewięć dziewięć dziewięć trzy dziewięć dziewięć”…

Szybko, szybko, muszę przeć naprzód. Nie mogę przystanąć. Nawet najbardziej zachwycające przebłyski piękna pi nie mogą mnie zatrzymać. Przyjemność, którą odczuwam, podporządkowuję konieczności osiągnięcia celu, wyrecytowania ostatniej cyfry gnieżdżącej się w moim umyśle. Nie mogę rozczarować tych, którzy stoją przede mną, obserwują mnie, słuchają moich słów i oczekują, że doprowadzę sprawę do właściwego zakończenia. Tysiące cyfr, które mam za sobą, same w sobie nie mają znaczenia: będą miały wartość dopiero wtedy, kiedy dojdę do finału.

Mija piąta godzina. Zaczynam wymawiać niewyraźnie niektóre słowa, jestem pijany zmęczeniem. Koniec jest jednak w zasięgu wzroku. Ta chwila budzi lęk: czy dotrwam? Co, jeśli zawiodę? Napięcie kumuluje się we mnie przed wielkim finiszem.

Kilka minut później mówię: „sześć siedem sześć pięć siedem cztery osiem sześć dziewięć pięć trzy pięć osiem siedem” i milknę. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Skończyłem opowieść o mojej samotności. Wystarczy.

Dłonie podnoszą się, słyszę oklaski. Ktoś wiwatuje. „Nowy rekord”. Inny głos stwierdza: 22514 miejsc po przecinku. „Gratulacje”.

Kłaniam się.

Na pięć godzin i dziewięć minut w gmachu oksfordzkiego muzeum zagościła wieczność.

Tłumaczyła Zuzanna Lamża

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

Tekst jest rozdziałem z książki Daniela Tammeta Zanurzeni w liczbach. Jak matematyka kształtuje nasze życie.
 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!