pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści
Przekrój
Drzewa rosnące samodzielnie trafiają się niezwykle rzadko, bo życie potrzebuje wspólnoty. O świerku ...
2020-12-11 09:00:00

Najbardziej samotne drzewo świata

zdjęcie: Ilkin Zeferli (źródło: Wikimedia Commons)
Najbardziej samotne drzewo świata
Najbardziej samotne drzewo świata
Czyta się 6 minut

Drzewa rosnące samodzielnie trafiają się niezwykle rzadko, bo życie potrzebuje wspólnoty.

Domena: jądrowce
Królestwo: rośliny
Gromada: nagonasienne
Klasa: iglaste
Rząd: sosnowce
Rodzina: sosnowate
Rodzaj: świerk
Gatunek: świerk sitkajski (Picea sitchensis
)
Pochodzenie: zachodnie wybrzeże Ameryki Północnej

Niektóre drzewa są do tego stopnia posłuszne imperatywowi rozprzestrzeniania się, że kolonizują nawet najmniej goś­cinne, najtrudniej dostępne rejony globu. Czasem za sprawą jakichś dziwacznych wybryków klimatu albo ludzkich kaprysów trafiają w odludne i nieprzyjazne miejsca, gdzie przychodzi im żyć w całkowitej samotności. Próbują przetrwać z dala od innych przedstawicieli swojego gatunku mimo na pozór niemożliwych okoliczności. Stają się mistrzami w trudnej sztuce podboju. Często bada się takie drzewa ze względu na ich wyjątkowość i niezwykłość.

Samotne drzewo to oczywiście topos literacki, symbol człowieka, który na przekór wszystkiemu trwa niezłomnie, znosząc pociski zawistnego losu. Ale, jak to nierzadko bywa z kulturowymi stereotypami, topos ten wyrasta z kompletnie błędnych założeń. Zastanówcie się przez moment: przecież samotne drzewo tak naprawdę nie ma prawa istnieć. To sprzeczność sama w sobie. Zresztą każda samotna istota jest sprzecznością samą w sobie. Życie oznacza wspólnotę z innymi istotami i, co oczywiste, z innymi przedstawicielami gatunku. Trudno o tragiczniejszy los niż bycie jednym z kilku ostatnich żyjących osobników, na skraju wyginięcia, bez żadnej szansy na spłodzenie potomstwa.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Samotne drzewa, zapewne za spra­wą swej krnąbrnej natury, zawsze pobudzały wyobraźnię artystów, zwłaszcza malarzy. Jednym z najsłynniejszych przykładów jest Samotne drzewo (Der einsame Baum) Caspara Davida Friedricha.

Nie pojmuję, skąd ten tytuł. Obraz powstał w 1822 r., obecnie znajduje się w Starej Galerii Narodowej w Berlinie. Na pierwszym planie widzimy drzewo, prawdopodobnie dąb. Bynajmniej nie jest ono samotne. Jedyną samotną istotą wydaje się pasterz oparty o jego pień. Kilkadziesiąt metrów dalej rosną inne drzewa. W tle widzimy nawet urokliwy las. Owszem, tytułowe drzewo jest w fatalnym stanie: ma pęknięty, powyginany pień, ślady poważnych uszkodzeń i martwe gałęzie. Los niewątpliwie poddał je ciężkim próbom, którym ono dzielnie starało się sprostać.

Drzewo nie jest jednak zupełnie osamotnione i Friedrich z pewnością by się z tym zgodził. Choć malarz nie stronił od melancholijnej tematyki, musiał też zdawać sobie sprawę, że naprawdę samotne drzewo to widok niezwykle przygnębiający – i zupełnie niespotykany w Karkonoszach, które przedstawił na obrazie.

Samotne drzewa istnieją, ale jest ich niewiele. Jeśli napotkamy któreś z nich, warto zadać sobie pytanie o jego dzieje. Każde samotne drzewo – i każda roślina żyjąca w izolacji, z dala od swojego gatunku – mog­łoby nam opowiedzieć interesującą historię. Wiele musiało się wydarzyć, żeby drzewo znalazło się w tak przykrym położeniu, w niedostępnym miejscu, w wyjątkowo trudnym klimacie. A to, że zdołało przetrwać długie lata, daje świadectwo zdolności przystosowania do skrajnych warunków. Trzy naprawdę osamotnione drzewa znajdujące się na naszej planecie – świerk z Wyspy Campbella, drzewo z Ténéré i Drzewo życia z Bahrajnu – powinny zostać zapamiętane ze względu na lokalizacje, w których się znajdują, związane z nimi legendy i wreszcie z uwagi na ich wkład w rozwój nauki.

Wyspa Campbella (Motu Ihupuku w języku maori) to jedno z najbardziej izolowanych miejsc na świecie. Jeśli chodzi o powierzchnię (113 km²), jest nieco większa od greckiej Itaki. Znajduje się około 600 km na południe od Nowej Zelandii, w samym sercu regionu subantarktycznego, tak daleko od szlaków morskich, że odkryto ją dopiero w 1810 r. Dokonał tego Frederick Hasselborough, kapitan brygantyny „Wytrwałość” eksplorujący antarktyczne okolice Nowej Zelandii. Jego wyprawę sfinansował australijski armator Robert Campbell, któremu wyspa zawdzięcza dziś swoją nazwę. Notabene Hasselborough nie nacieszył się swoim odkryciem. Utonął w pobliżu wyspy 4 listopada 1810 r., kilka miesięcy po tym, jak ujrzał ją pierwszy raz.

Po dziś dzień Wyspa Campbella pozostaje niezamieszkana. Na tych szerokościach geograficznych nie można spodziewać się łagodnego klimatu. Słońce świeci tam bardzo rzadko – przeciętnie 650 godzin rocznie (dla porównania: Nowy Jork czy Rzym zaznają każdego roku przeszło 2000 godzin słońca). Przez ponad siedem miesięcy oznacza to niespełna godzinę światła słonecznego dziennie. Temperatura wynosi około 7°C, nieustannie pada deszcz. Do tego przez ponad 100 dni w roku prędkość wiatru przekracza 100 km/h. Okropny klimat to jeden z powodów, dla których od ponad 200 lat żadni ludzie nie osiedlili się na wyspie. Na krótkotrwały pobyt decydowali się wyłącznie myśliwi pragnący wybić populację miejscowych fok (szybko im się to udało: od roku 1815 nie ma tam ani jednej foki) oraz naukowcy badający klimat i pogodę regionów antarktycznych.

rysunek: Daniel Mróz
rysunek: Daniel Mróz

Wyspa Campbella nie jest dobrym miejscem do życia ani dla ludzi, ani dla zwierząt. Można by sądzić, że nawet drzewa nie zdołają tam przetrwać. I rzeczywiście: mamy do czynienia z roślinnością tundrową. Na wyspie rosną mchy, porosty i trawy. Gdzieniegdzie trafiają się krzaki. Drzew nie ma – z jednym wyjątkiem. Pośród wyspowej flory dominuje wspaniały, majestatyczny Picea sitchensis. Znajduje się on tak daleko od innych przedstawicieli swojego gatunku, że w Księdze rekordów Guinnessa nazwano go „najbardziej osamotnionym drzewem na świecie”.

Jak dostał się na Wyspę Camp­bella, skoro jego najbliżsi kuzyni ros­ną całe 200 km dalej, na Wyspach Auckland? Odpowiada za to zapewne niejaki Uchter John Mark Knox, piąty earl [odpowiednik tytułu hrabiego na kontynencie – przyp. red.] Ranfurly, gubernator Nowej Zelandii w latach 1897–1904. Bardzo poważnie traktował on swoje obowiązki i na początku XX w. postanowił odwiedzić wszystkie brytyjskie wyspy w regionie. Między innymi również Wyspę Campbella, która nie zrobiła na nim większego wrażenia – uznał ją za zupełnie bezproduktywną, a więc nieprzydatną.

Niemniej istnienie terytorium, choćby nawet maleńkiego, które nie przyczynia się do rozwoju potęgi imperium, musiało być dla gubernatora zniewagą. Należało temu zaradzić. Lord Ranfurly wpadł więc na genialny pomysł – podobnie jak gubernatorzy z innych epok i szerokości geograficznych – by niegościnna wyspa dostarczała drewna do budowy statków, i nakazał obsadzić ją drzewami. Małą Wyspę Campbella spotkał nie lada zaszczyt. Miała wesprzeć rządy Brytanii na morzach całego świata. Wprawdzie drzewa nie występowały tam naturalnie, ale gubernator nie zamierzał zawracać sobie głowy takimi szczegółami. Wierzył, że sprawni brytyjscy inżynierowie bez trudu rozwiążą problem.

Oczyma wyobraźni widzę nieszczęsnych specjalistów od zalesiania zebranych na mostku kapitańskim i posłusznie potakujących gubernatorowi, który ozdobną laską wskazuje miejsca jego zdaniem najlepiej nadające się do sadzenia drzew i dobiera poszczególne gatunki. „Tam na wschodzie opadające wzgórza zdają się idealne dla jodeł, depresja zaś położona na zachód będzie doskonała dla Picea sitchensis”.

Natura jak zwykle postanowiła inaczej. Mimo legendarnej skuteczności imperium brytyjskiego, mimo posadzenia kilkuset drzew po paru latach na wyspie nic się nie ostało. Sadzonki przegrały z silnym, mroźnym wiatrem wiejącym od strony Antarktydy. Ocalał tylko nasz niepokonany samotny świerk.

Po części przesądziło o tym położenie zapewniające względną osłonę przed żywiołami. Ale Picea sitchensis okazał się też po prostu wytrzymalszy od towarzyszy. Przetrwał wiatry, ziąb, brak słońca. Nie umarł, kiedy klimatolodzy przebywający na wyspie ścięli jego gałęzie, żeby zrobić z nich bożonarodzeniową choinkę. Poradził sobie ze wszystkimi wyzwaniami zgotowanymi mu przez naturę i ludzi. Szacuje się, że rośnie od 1902 r., choć znajduje się w jednym z najbardziej izolowanych miejsc na świecie. Osamotnienie czyni ze świerka jedyny i niepowtarzalny obiekt badań naukowych. Wystarczy przywołać fakt, że dzięki analizom tego konkretnego drzewa wybrano rok 1965 jako początek nowej epoki geologicznej: antropocenu [to moment najwyższego stężenia radioaktywnego węgla w świerku z Wyspy Campbella, które było skutkiem prób broni nuklearnej – przyp. red.]. Ale nie wybiegajmy za daleko w przyszłość.


Tłumaczył Jan Dzierzgowski

Tekst jest fragmentem książki L'incredibile viaggio delle piante. Tytuł i lead zostały dodane przez redakcję „Przekroju”.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!