Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
dzieje czarodziejstwa
Adam Węgłowski

Na stos z heretykami!

ilustr. Katarzyna Korzeniecka
Na stos z heretykami!
Na stos z heretykami!

Zanim Europa stała się areną polowań na czarownice, na stos trafiał już kto inny: heretycy. Palono manichejczyków, katarów, husytów i wielu innych „odstępców” od wiary. Surowo zwalczano apostatów. Na stos trafiali żydzi, oskarżani bezpodstawnie o profanację Hostii, zatruwanie studni czy mordowanie chrześcijańskich dzieci. Palono też pogan, chrześcijanie nie widzieli zaś różnicy między wieloma tradycyjnymi ludowymi praktykami a czarną magią. Nie przypadkiem inkwizytor Heinrich Kramer, autor podręcznika Młot na czarownice (1487), wcześniej zdobywał szlify, występując przeciw żydom, husytom, beginkom i innym „odszczepieńcom”.

Na ziemiach polskich w średniowieczu też zdarzały się prześladowania „heretyków”. Na przykład na Śląsku w 1315 r. na polecenie biskupa Henryka z Wierzbnej posłano na stos przynajmniej 50 waldensów, m.in. w Świdnicy i Wrocławiu.

Rozminięci z Europą

Jednak w powstałym za sprawą Jagiellonów państwie polsko-litewskim aż do XVI w. panowała tolerancja – w miarę bezpiecznie mogli się tam czuć żydzi, litewscy Tatarzy wyznawali spokojnie islam, rozwijały się ruchy protestanckie, a na wsiach przetrwały niegroźne resztki wierzeń przedchrześcijańskich. Rzeczpospolita była „państwem bez stosów”, w którym spierano się raczej za pomocą polemik, stroniąc od rozlewu krwi.

Lecz kiedy w kraju skończyła się prosperity, przyszedł okres krwawych i wyczerpujących XVII-wiecznych wojen, Kościół katolicki przystąpił zaś do gwałtownej kontrreformacji, zaczął także szerzyć się fanatyzm. A opinia obcokrajowców o Polsce raptownie się zmieniła: z „kraju bez stosów” w czasach Jagiellonów do kraju fanatyków w czasach saskich. „W prześladowaniu zarówno »heretyków«, jak i czarownic obserwujemy wyraźne rozminięcie się naszego kraju z rozwojem wydarzeń na zachodzie Europy – zwracał uwagę znawca tematu prof. Janusz Tazbir. – Swym »letnim« stosunkiem do kwestii wyznaniowej wyprzedziliśmy w XVI w. o dobre sto lat Francję, Niemcy czy Anglię, w których wówczas tak często płonęły stosy. Przez swoje »gorące« podejście do spraw wiary pozostaliśmy w pierwszej połowie XVIII w. w tyle za ogólnym biegiem wydarzeń”.

Staruszka wolnomyślicielka

Nie trzeba było jednak czekać aż do czasów saskich, by widzieć zapowiedź ich fanatyzmu już wcześniej, nawet w idealizowanym XVI stuleciu!

Oto w 1539 r. na krakowskim Małym Rynku została spalona na stosie 79-letnia Katarzyna Weiglowa. Dla jednych niegroźna staruszka, wdowa po miejskim rajcy, dla innych – podła heretyczka próbująca szerzyć poglądy niezgodne z doktryną Kościoła. Zarzucano jej apostazję, lecz do dziś nie ma pewności, czym dokładnie zawiniła, że biskup krakowski oskarżył ją przed królową Boną, a nawet środowiska protestanckie nie kwapiły się, by kobietę wesprzeć. Czy Weiglowa przeszła na wiarę mojżeszową, czy też może nie wierzyła w Trójcę Świętą? Faktem jest, że po wieloletnim uwięzieniu, gdy wciąż nie wyrażała skruchy ani nie chciała zmienić swych poglądów, trafiła na stos.

Prawie pół wieku później bestsellerowa Harfa duchowna (1585) napisana przez Marcina Laternę – jezuitę i królewskiego kaznodzieję – gwałtownie atakowała innowierców i przejawy dawnych wierzeń. Jeszcze za życia duchownego doczekała się kilku wydań, a do końca XVIII stulecia aż 25!

Bezecny szlachcic

Nie dziwi więc, że w takiej atmosferze doszło w 1689 r. w Warszawie do kolejnego wydarzenia bez precedensu – pierwszej egzekucji szlachcica skazanego z powodów wyznaniowych. To polityk i filozof, były jezuita Kazimierz Łyszczyński, oskarżany o ateizm. Był autorem traktatu De non existentia Dei (O nieistnieniu Boga), który nieopatrznie dał sobie wykraść zawistnemu sąsiadowi, winnemu mu sporą sumę pieniędzy. Zadenuncjowany Łyszczyński bronił się, że wcale nie jest ateistą, a traktat miał doczekać się drugiej części – z argumentami na rzecz istnienia Boga. Sąd jednak nie dał się przekonać. Egzekucję nieszczęśnika tak opisał biskup kijowski i kanclerz królowej Marysieńki Andrzej Chryzostom Załuski: „Wreszcie wyprowadzono go na miejsce stracenia i okrutnie znęcano się najpierw nad jego językiem i ustami, którymi on okrutnie występował przeciw Bogu. Potem spalono jego rękę, która była narzędziem najpotworniejszego płodu, spalono także jego papiery pełne bluźnierstw i na koniec on sam, potwór, został pochłonięty przez płomienie, które miały przebłagać Boga, jeżeli w ogóle za takie bezeceństwa można Boga przebłagać”.

Jedenaście lat później spalono na stosie innego szlachcica – łowczego łomżyńskiego Krzysztofa Przyborowskiego. Jak pisał prof. Tazbir: „według jednych przekazów źródłowych został stracony za ateizm, według innych za przyjęcie judaizmu”. Łyszczyński nie był więc jedyny. A skoro nawet szlachta trafiała na stos, o ileż łatwiej było skazywać w Polsce zielarki, znachorki, wróżki i Bogu ducha winne wiejskie gospodynie…

Data publikacji: