Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Łukasz Kaniewski

Imperium pokoju i łazienek

Ceramika z Mezopotamii, 604–562 p.n.e., Met Museum
Imperium pokoju i łazienek
Imperium pokoju i łazienek

Kiedy wojowniczy władcy i srodzy kapłani rządzili Egiptem i Mezopotamią, w dolinie Indusu kwitło największe i najludniejsze wówczas państwo świata. Jego mieszkańcy nie znali wojen, głodu ani niewolnictwa. Nie budowali świątyń i pałaców. Kochali za to kąpiele oraz gry planszowe.

Człowiek na drzewie. Czasem siedzący na gałęzi, czasem jakby zawieszony między gałęziami. To jeden z najczęściej pojawiających się motywów rytych w glinianych tabliczkach, które pozostawiła po sobie cywilizacja doliny Indusu. Gdybyśmy zrozumieli, co oznacza ten symbol, zaginiona 4 tys. lat temu kultura przemówiłaby do nas. Niestety, kluczem do pełnego zrozumienia człowieka na drzewie jest rozszyfrowanie towarzyszących mu inskrypcji. A to może nie wydarzyć się nigdy.

Jednak nawet nie znając pisma mieszkańców doliny, możemy przyjrzeć się ich milczącemu dziedzictwu – przedmiotom, domom, miastom – i na tej podstawie opowiedzieć, kim byli i jak żyli. Wyłoni się z tego obraz społeczeństwa, które stanowiło w starożytności zupełny ewenement. Było krainą spokoju w ociekającym krwią świecie. 

Niezwykłe państwo pojawiło się nagle, jako wynik wspólnego wysiłku mieszkańców dzisiejszego pogranicza Indii i Pakistanu. Zniknęło też nagle. I w przeciwieństwie do starożytnych społeczeństw Egipcjan, Sumerów, Żydów, Greków nie pozostawiło po sobie kulturowych spadkobierców. Może gdyby stało się inaczej, historia ludzkości potoczyłaby się nieco bardziej pokojowym torem?

Ponieważ nie rozumiemy pisma mieszkańców doliny Indusu (ani nie wiemy, jakim językiem się posługiwali), nie orientujemy się też, jak nazywali oni swój kraj. Sumeryjskie źródła pisane wspominają o kontaktach handlowych z państwem Meluhha – i przypuszczamy, że chodzi właśnie o krainę nad Indusem. Dla uproszczenia, na potrzeby tego tekstu tak właśnie będziemy nazywać zaginioną cywilizację.

Nad Mohendżo-Daro, największym miastem Meluhhy, górowała wzniesiona z cegieł platforma. Archeolodzy, którzy odkryli ją 90 lat temu, nazwali ją błędnie cytadelą. Na platformie nie wybudowano jednak twierdzy ani też posągu czy świątyni, lecz basen. Duży, służący do kąpieli basen. Może jego rozmiary (12 × 7 × 4 m) nie są imponujące dla dzisiejszych ludzi, ale dla starożytnych wybudowanie takiego obiektu wiązało się z olbrzymim wysiłkiem. Jednakowe, wypalane w piecach cegły są idealnie spasowane. Pod nimi zastosowano jeszcze uszczelniacz – bitumen. Do zbiornika prowadzą schody umożliwiające łagodne, stopniowe zanurzenie się w wodzie.

Basen na wzniesieniu wydawał się archeologom czymś tak niezwykłym, że początkowo uznali ten obiekt za spichlerz. Kiedy okazało się, że był to raczej zbiornik z wodą, powstało pytanie: po co go wybudowano? Dziś większość badaczy uważa, że tak wielki wysiłek włożony w budowę mogą uzasadnić jedynie cele rytualne. Mieszkańcy zażywali w basenie kąpieli oczyszczających w sensie duchowym.

Wyjątkowy stosunek Meluhhian do kąpieli i czystości miał jednak nie tylko wymiar duchowy, lecz także praktyczny. Dla mieszkańców tego państwa łatwy dostęp do świeżej wody był priorytetem. Mohendżo-Daro miało 700 studni – wybudowanych z cegieł, kolistych, kilkunastometrowej głębokości, ulokowanych zarówno w domach prywatnych, jak i dostępnych publicznie. Miało też wspaniałą kanalizację. Pod głównymi ulicami przebiegały pokryte brukiem kanały, do których trafiały ścieki z nieosłoniętych rynsztoków biegnących wzdłuż bocznych uliczek. Te z kolei zbierały nieczystości z domowych toalet. Pod tym względem urbanistom i architektom meluhhiań-skim dorównali dopiero Rzymianie --– 2 tys. lat później. Mieszkańcy doliny Indusu cieszyli się lepszymi warunkami sanitarnymi niż dzisiejsi mieszkańcy Indii (z których połowa nie ma w domach ubikacji).
Niemiecki archeolog Michael Jansen nazywa to zgrabnym słowem Wasserluxus: mieszkańcom Mohendżo-Daro dany był wodny luksus. 

Mury nieobronne

Pewnie dlatego, że nie rozumiemy meluhhiańskiego pisma, cywilizacja doliny Indusu jest dla nas jak świat ukryty pod taflą jeziora: na początku widzimy swoje odbicie i musimy się postarać, żeby dostrzec, co jest w głębi. Widać to na przykładzie wspomnianego już basenu, czyli Wielkiej Łaźni w Mohendżo-Daro.
Podobnie było z murami otaczającymi miasto oraz poszczególne jego dzielnice. Naukowcy najpierw uznali, że były to fortyfikacje – bo cóż innego? Jednak musieli zweryfikować tę teorię: bramy umieszczone w murach zupełnie nie nadawały się do celów obronnych. Odkrycie kompletów odważników zgromadzonych w małych pomieszczeniach przy bramach pozwoliło wyjaśnić tę sprawę. Mury stanowiły ochronę przed przemytem. W bramach pracowali celnicy. Kontrolowali, ile jakich towarów przewożą kupcy. 

To odkrycie pokazało, jak ważną rolę w spajaniu kraju odgrywał  dobrze zorganizowany handel, ale było też ważne z innego powodu: do archeologów i historyków stopniowo docierała najniezwyklejsza cecha cywilizacji znad Indusu – otóż to największe państwo ówczesnego świata nie prowadziło wojen. W ruinach miast meluhhiańskich znajdowało się bardzo niewiele broni – kilka mieczy o zaokrąglonych klingach, trochę grotów włóczni. Ochronnego ekwipunku wojennego niezbędnego w bitwie (tarcz, zbroi) nie znaleziono wcale. W sztuce Meluhhy brak obrazów walk między ludźmi. Nie odkryto żadnych pól bitewnych.
To pokojowe społeczeństwo było także sprawiedliwe, przynajmniej jak na owe czasy. Można to wywnioskować z budownictwa. Nie stawiano pałaców ani świątyń. Domy miały wprawdzie różną wielkość – od wielopokojowych, piętrowych, po jednoizbowe (głównie na obrzeżach miast) – ale większość z nich była zbudowana z podobnych materiałów i oferowała podstawowe wygody. Nie ma żadnych śladów istnienia niewolnictwa. Nie ma jakichkolwiek śladów głodu. Naukowcy odkryli kilkaset grobów meluhhiańskich i po zbadaniu znajdujących się w nich szkieletów doszli do wniosku, że mieszkańcy odżywiali się dość podobnie (przynajmniej ci, których groby odnaleziono).

Pochówki były proste, nie odkryto żadnego okazałego grobowca. To ważny ślad – ze stylu grzebania zmarłych można bardzo wiele wywnioskować. By zobrazować ten fakt, Andrew Robinson, autor książki The Indus: Lost Civilizations, przytacza opis pochodzącego z tego samego okresu grobu królewskiego w Ur w Mezopotamii: „Sześciu sługów dzierżących noże lub topory leżało w pobliżu wejścia, przy ścianie. Przed nimi znajdował się miedziany zbiornik, a w nim ciała czterech harfistek, z których jedna trzymała jeszcze dłonie na instrumencie. Reszta komory grobowej usłana była ciałami 64 dam dworu. Wszystkie one ubrane były w szaty ceremonialne […]”. W dolinie Indusu nie znaleziono żadnego takiego grobu. Brak jakichkolwiek śladów ofiar z ludzi, nie ma też broni ani bogactw – oprócz bransolet z muszelek.

Nie ma królewskich grobów, nie ma pałaców… Czyżby więc mieszkańcy Meluhhy nie mieli władcy? Jest to o tyle zaskakujące, że państwo było nie tylko olbrzymie, lecz także dobrze zorganizowane. Wspomniane odważniki służące do odmierzania towarów miały dokładnie określone masy. Najmniejszy ważył 0,871 g. Kolejne były dwa, cztery, osiem, 16, 32 i 64 razy cięższe. Potem system nieco się zmieniał, pojawiały się odważniki o masie 160, 200, 320, 640 jednostek. Później znów zmiana i kolejne ciężarki: 1600, 3200, 6400, 8000, 12 800 jednostek. Podobnie dokładna unifikacja dotyczyła miar długości. Znane są cztery przykłady „linijek” z różnych stron kraju. Każda z nich jest podzielona na takie same jednostki długości 1,7 mm. Zaznaczono też większe miary: 17, 33,5 oraz 67 mm.

[...]

Drodzy Czytelnicy! To jest fragment artykułu, opublikowanego w nr 3557/2017. Jeśli pragniecie przeczytać go w całości, sięgnijcie do wydania papierowego. 

Dziękujemy, przepraszamy!

Redakcja 

Data publikacji: