Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” – poznaj nasze czułe struny!

Ta jesień jest pełna czułości! A już na pewno jest jej pełen jesienny „Przekrój”. W nowym numerze piszemy o tym, jak czułością zmieniać świat, a także o: mądrej edukacji, hologramach, grzybach (też tych, wiadomo których), dojrzałości i Inkach. Zastanawiamy się, czym jest prawda i jak opisać piękno. 196 stron do czytania przez trzy miesiące!

Kup numer na jesień

Jesienny „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do czytania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Tylko na stronie Przekroj.pl w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Ptaki i pszczoły zawsze odnajdują drogę. To mistrzowie nawigacji. Jak one to robią?
2021-09-17 09:00:00

Dlaczego zwierzęta się nie gubią

zdjęcie: Jan Huber/Unsplash
Dlaczego zwierzęta się nie gubią
Dlaczego zwierzęta się nie gubią

Birds do it. Bees do it. Ptaki i pszczoły zawsze odnajdują drogę. To mistrzowie nawigacji. My potrzebujemy map, kompasów, znaków i GPS, a zwierzęta doskonale radzą sobie bez nich. Jak one to robią?

Czyta się 22 minuty

Autorem jednego z najbardziej niewiarygodnych wyczynów, jakie w życiu widziałam, był Billy – zwyczajny kot domowy. Wydarzyło się to parę lat temu, niedługo po mojej przeprowadzce do małego domu w Hudson Valley. Billy – wredny, stary kocur – należał do Phila, wcześniejszego najemcy. Phil kochał kota, a kot kochał Phila, choć zasadniczo nie darzył ludzi szczególnie ciepłymi uczuciami.

W dniu wyprowadzki Phil wpakował rozsierdzonego Billy’ego do transportera, umieścił go w furgonetce i wyruszył do swojego nowego mieszkania na Brooklynie. Po półgodzinie jazdy w ulewnym deszczu zobaczył, że kot jakimś cudem zdołał się wydostać. Phil zatrzymał auto na poboczu, ale z siedzenia kierowcy nie mógł ani zachęcić, ani zmusić kota do powrotu do transportera. Wysiadł z auta i delikatnie uchylił boczne drzwi na kilka centymetrów. Wówczas Billy wystrzelił jak z procy, przemknął przez jezdnię, unikając samochodów pędzących 120 km/h, i zniknął w krzakach rozdzielających dwupasmówkę. Phil przez parędziesiąt minut próbował się tam przedostać, ale nie dał rady z powodu deszczu oraz intensywnego ruchu. W końcu dał spokój, wsiadł do furgonetki i załamany ruszył dalej.

Kilka tygodni później, tuż przed siódmą rano, obudziło mnie łomotanie do drzwi. Zbiegłam na dół. Dom miał szklane drzwi i przeszkloną ścianę na parterze, więc od razu zobaczyłam, że w ogrodzie nikogo nie ma. Stałam zaspana i zdezorientowana, gdy nagle moim oczom ukazał się wychudzony, brudny szary kot wspinający się na tylnych łapkach, by zajrzeć do środka.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Rozdziawiłam usta. Otworzyłam drzwi i – zupełnie bez sensu – zapytałam kota: „Billy, to ty?”. Kot tymczasem łaził pod drzwiami, ewidentnie podenerwowany. Zaczął miauczeć. Przyniosłam mu wodę i jedzenie, ale zignorował to i znów zaczął obijać się o drzwi. Kompletnie zdumiona zrobiłam mu zdjęcie i wysłałam je Philowi z pytaniem, które wcześniej zadałam kotu: „Czy to Billy?”.

Phil zjawił się półtorej godziny później. Kot, który przez cały ten czas kręcił się niespokojnie, spojrzał na niego i dosłownie rzucił mu się w objęcia – skoczył półtora metra w górę i przylgnął do jego piersi. Phil, rosły barman w typie twardziela, wybuchnął płaczem. Po kilku minutach czułości kot zszedł na ziemię i, mrucząc, wreszcie zabrał się do pałaszowania jedzenia, które dałam mu dwie godziny wcześniej. Potem położył się w słońcu na trawniku obok drzwi i przystąpił do starannej toalety.

Nikt nie wie, w jaki sposób Billy dokonał swojego wyczynu. W 2013 r. kotka domowa o imieniu Holly zgubiła się w Daytona Beach podczas wycieczki z właścicielami. Dwa miesiące później dotarła do domu w West Palm Beach, pokonawszy ponad 320 km. Na pytanie, jak to możliwe, etolodzy rozkładają ręce. Podobna konsternacja pojawia się też w przypadku innych gatunków. Koty, nietoperze, mirungi (słonie morskie), myszołowy rdzawosterne, gnu, brudnice nieparki, mątwy, śluzowce, pingwiny cesarskie – wszystkie zwierzęta żyjące na naszej planecie mogą pochwalić się mniej lub bardziej imponującymi zdolnościami nawigacyjnymi, które są mniejszą lub większą zagadką dla naukowców.

To o tyle dziwne, że żyjemy w złotych czasach badań nad migracjami zwierząt. 300 lat temu wiedzieliśmy na ten temat tak mało, że pewien angielski uczony zupełnie poważnie sugerował, iż na zimę bociany odlatują na Księżyc. Zaledwie trzy dekady temu stado słoni afrykańskich, największych ssaków lądowych na Ziemi, co roku było w stanie zniknąć nam z radaru – w porze deszczowej przekraczały granice parku narodowego, po czym rozpływały się bez śladu. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach tropienie zwierząt – oraz inne dziedziny życia – zostało zrewolucjonizowane przez takie technologie, jak satelity, fotopułapki, drony i sekwencjonowanie DNA. Obecnie dysponujemy tak lekkimi urządzeniami geolokacyjnymi, że uniesie je nawet motyl monarcha. Mamy też system do śledzenia tych urządzeń, który zainstalowano na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Ponadto dziesiątki tysięcy amatorów za pomocą telefonów i laptopów rejestrują dane o miliardach lokalizacji osobników danego gatunku. Zainteresowanie tematem powoduje wysyp nowych książek o nawigacji zwierząt. Co zresztą nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę niesłabnącą popularność historii w stylu Incredible Journey [pol. 200 mil do domu, zekranizowana przez Disneya powieść Sheili Burnford o powrocie labradora, bulteriera i syjamskiego kota – przyp. red.].

Z lektur tych możemy wyciągnąć dwie lekcje. Pierwsza jest fascynująca, a druga tragiczna. Pierwsza mówi nam, że jakkolwiek o wędrówkach zwierząt wiemy coraz więcej, wciąż musimy się wiele dowiedzieć o sposobie, w jaki odnajdują drogę. Druga jest natomiast taka, że stworzenia, które można by nazwać najgorszymi nawigatorami na naszej planecie, systematycznie zmniejszają innym gatunkom szanse na dotarcie do celu – ingerują w szlaki migracyjne, utrudniają im odnajdowanie drogi i niszczą punkty docelowe wędrówek. Tymi ułomnymi stworzeniami jesteśmy oczywiście my, ludzie.

Podczas gdy zwierzęta uświadamiają nam, że nawigacja jest fascynującą dziedziną, my, ludzie, wyróżniamy się tym, że nadaliśmy egzystencjalny wymiar podstawowym pytaniom: Jak tutaj dotarliśmy? Dokąd zmierzamy?

Przyroda w swojej nieskończonej krea­tywności wymyśliła wiele sposobów, dzięki którym zwierzęta mogą dotrzeć z punktu A do punktu B. Ptaki fruwają, ryby pływają, gibony, huśtając się, skaczą z gałęzi na gałąź (termin fachowy to brachiacja), bazyliszki biegają po wodzie, a salamandry turlają się w dół zbocza. Niektóre pająki dryfują na utkanych balonach, głowonogi stosują napęd odrzutowy, a skorupiaki łapią stopa, czepiając się innych istot. Bez względu na metodę wszystkie zwierzęta przemieszczają się z tych samych powodów: by jeść, rozmnażać się i uciekać przed drapieżnikami. To ewolucyjna funkcja mobilności. Wszystko, co się porusza, musi mieć umiejętność nawigowania – po to, by znaleźć jedzenie, partnera i kryjówkę, nie wspominając o drodze do domu.

Niektóre imponujące przykłady tej umiejętności są powszechnie znane. Łosoś, który kilka miesięcy po wykluciu opuszcza rodzinny strumień, umie trafić z powrotem nawet po latach życia w ocea­nie, pokonując dystans 1,5 tys. kilometrów. Gołąb pocztowy jest w stanie wrócić do gołębnika oddalonego o 1,6 tys. kilometrów. Nawigacyjne zdolności tych ptaków podziwiano od stuleci: już starożytni Egipcjanie wykorzystywali je jako prototyp poczty lotniczej. Istnieją też mniej znani, niedoceniani – choć wyśmienici – nawigatorzy. Opisują ich książki Supernawigatorzy. Jak zwierzęta odnajdują drogę Davida Barriego oraz Nature’s Compass: The Mystery of Animal Navigation autorstwa Carol Grant Gould i jej męża, biologa Jamesa L. Goulda. Orzechówka popielata z rodziny krukowatych każdej zimy odnajduje zapasy jedzenia, które wcześniej ukryła na terenie o powierzchni przeszło 250 km² w 6 tys. kryjówek. Niektóre langustowate migrują z zimnych do ciepłych wód, tworząc – jak piszą Gouldowie – „weselnego wężyka – czułki jednego przy ogonie drugiego”, i posuwają się w idealnie prostej linii mimo silnych prądów oraz nierównego dna morskiego.

To wszystko nic w porównaniu z największym osiągnięciem nawigacyjnym w królestwie zwierząt, jakim są długo­dystansowe migracje ptaków. Jeśli, podobnie jak ja, mieszkacie w Ameryce Północnej i nie za bardzo znacie się na ornitologii, prawdopodobnie kojarzą się wam one głównie z kluczem dzikich gęsi (bernikli kanadyjskich) układającym się w kształt litery V, z ich trochę awanturniczymi, a trochę lamentacyjnymi nawoływaniami, które zwiastują nadejście wiosny oraz jesieni. Gęsi te nie są jednak szczególnie reprezentatywne dla ptasich migracji. Podróżują za dnia, w wielopokoleniowych stadach, w których młode osobniki uczą się trasy od starszych. Tymczasem większość ptaków migrujących przemieszcza się nocą, a do tego samotnie, własnymi szlakami. W szczycie sezonu migracyjnego, po zmroku, nad naszymi głowami co godzinę przelatuje ich ponad milion, ale nie są one stadem. Sporo opowieści na ten temat można znaleźć w książce Scotta Weidensaula A World on the Wing: The Global Odyssey of Migratory Birds. Na przykład opisana przez niego gęś tybetańska co roku migruje z Azji Środkowej na niziny w Indiach, latając na tej samej wysokości co samoloty rejsowe. Kiedy w 1953 r. Tenzing Norgay i Edmund Hillary pierwsi zdobyli Everest, jeden z członków wyprawy widział gęsi tybetańskie lecące nad szczytem. Warto też wspomnieć rybitwę popielatą – polarniczkę, która zawstydziłaby nawet Shackletona. Składa jaja na Dalekiej Północy, zimę spędza natomiast na wybrzeżu Antarktydy, pokonuje więc ponad 80 tys. kilometrów rocznie. W porównaniu z nią rudaczek północny wypada – zdawałoby się – dość blado, gdyby nie to, że owszem, jego szlak migracyjny liczy zaledwie około 6,5 tys. kilometrów, ale przecież mowa o wędrowcu ważącym niespełna 3 g. Zaskakujące jest nie tylko to, że tak maleńki ptak, pokonując wiatry i burze, jest w stanie ukończyć tę podróż, ale także to, że w fizjologię tego tyciego ciałka natura zdołała wpisać GPS dostatecznie potężny, by nie zgubiło drogi.

Jeszcze bardziej dziwi fakt, że taki system nawigacyjny można wpisać w fizjologię każdego organizmu. Ptak, który migruje na długie dystanse, musi utrzymywać trajektorię lotu dniem i nocą, w każdych warunkach pogodowych, nawet gdy nie widzi żadnych punktów orientacyjnych. Jeżeli podróż trwa dłużej niż kilka dób, system ten musi dostosowywać się do zmiennych parametrów – od wysokości Słońca, przez długość dnia, aż po konstelacje na nocnym niebie. Co najbardziej niezwykłe, ptak musi wiedzieć, dokąd zmierza, nawet jeśli nigdy wcześniej tam nie był, i musi umieć wytyczyć trasę z miejsca, w którym w danym momencie się znajduje.

Inne podróżujące gatunki zmagają się z dodatkowymi trudnościami: jak nawigować pod ziemią lub pod wodą, w olbrzymim, jednorodnym oceanie. Jak im się to udaje? Gouldowie omawiają w swojej książce kilka powszechnych strategii nawigacyjnych. Są to m.in.: taksja – instynktowny ruch w kierunku do lub od danego bodźca, takiego jak światło (fototaksja) albo dźwięk (fonotaksja); locja – kierowanie się w stronę danych punktów orientacyjnych; orientacja kompasowa – utrzymanie stałego kierunku; nawigacja wektorowa – sekwencja kierunków o określonym dystansie, np. najpierw na południe, potem na południowy zachód, a następnie na zachód; nawigacja zliczeniowa – ustalanie swojego położenia na podstawie prędkości i czasu, który upłynął od opuszczenia poprzedniego punktu. Aby móc zorientować się w terenie, dany gatunek musi więc mieć coś w rodzaju kompasu i mapy, dobrą pamięć, umiejętność mierzenia czasu i pozyskiwania informacji na temat otoczenia.

Najłatwiej zrozumieć mechanizmy podobne do naszych. Większość ludzi wykorzystuje do nawigacji głównie wzrok i pamięć. Nie tylko my tak robimy. Pewien naukowiec zauważył, że jego świetnie wytresowane szczury straciły zdolność odnajdowania drogi w labiryncie, gdy ten został przeniesiony do innej części laboratorium. W ten sposób odkrył, że nawigowały według punktów na suficie (było to ciosem dla ukochanej teorii behawiorystów, jakoby szczury uczyły się określonej sekwencji motorycznej typu: dziesięć kroków naprzód, skręć w prawo, trzy kroki naprzód, jesteś na miejscu, oto jedzenie). Inne zwierzęta wykorzystują zmysły, które my też posiadamy, tyle że nie umiemy ich wykorzystać, np. węch – migrujący łosoś wyczuje jedną jedyną kroplę z rodzimego strumienia w zbiorniku zawierającym prawie tysiąc litrów wody morskiej. Inne zwierzęta kierują się słuchem – nie chodzi tu o prostą fonotaksję, czyli zbliżanie się do źródła dźwięku lub oddalanie się od niego, lecz o dźwiękowe punkty odniesienia pomagające w ustalaniu swojej pozycji. Lecący nocą ptak może dzięki rechotowi żab w stawie orientować się, gdzie jest i korygować tor lotu.

Jednak wiele zwierząt wykorzystuje zmysły, którymi natura nas nie obdarzyła. Gołębie, wieloryby czy żyrafy potrafią wykrywać infradźwięki, czyli fale dźwiękowe o niskiej częstotliwości rozchodzące się w powietrzu na setki kilometrów (w wodzie jeszcze dalej). Węgorze oraz rekiny wyczuwają zmiany pola elektrycznego i nawigują w wodzie dzięki charakterystycznym sygnałom elektrycznym. Inne zwierzęta – począwszy od jętek i mod­liszek, a skończywszy na jaszczurkach i nietoperzach – rozróżniają polaryzację światła. To bardzo użyteczne w nawigacji, pozwala m.in. ustalić położenie Słońca ukrytego za chmurami.

Inne narzędzia nawigacyjne są jeszcze bardziej zdumiewające. Wyobraźmy sobie, że łapiemy grupę mrówek z rodzaju Cataglyphis na ich żerowisku. Jednym dajemy małe szczudełka, drugim amputujesz kawałki odnóży. Potem puszczamy je wolno. Wszystkie mrówki ruszą w stronę swojego gniazda, ale te na szczudełkach zawędrują za daleko, a te po amputacji zatrzymają się za wcześnie. Dlaczego? Bo ich metoda nawigacji polega na liczeniu kroków, jak gdyby w mózgach wielkości łebka od szpilki miały maleńkie krokomierze. (Po kolejnej podróży mrówki już bez trudu wrócą do domu, bo za każdym razem przeliczają kroki na nowo). Pszczoły dostosowują prędkość lotu do wiatru, by poruszać się ze stałą prędkością 24 km/h, co zdaniem Gouldów oznacza, że bazując na liczbie uderzeń swoich skrzydełek, są w stanie ocenić pokonany dystans.

Omówiłam te nawigacyjne mechanizmy po kolei, ale większość stworzeń wykorzystuje kilka z nich naraz, bo przecież metoda zależy od okoliczności. To, co działa w południe, niekoniecznie zadziała w nocy; to, co sprawdza się blisko domu, wcale nie musi sprawdzić się daleko; to, co jest niezawodne w dni słoneczne, może zawieść w deszczowe.

Wszystkie te strategie nie wyjaśnią jednak w pełni ostatniej, najbardziej fascynującej i tajemniczej strategii opisywanej przez Gouldów, czyli prawdziwej nawigacji. To zdolność dotarcia do odległego celu bez pomocy punktów orientacyjnych. Gdyby ktoś cię porwał, zawiązał ci oczy i wywiózł na pustkowie oddalone o tysiące kilometrów, tylko prawdziwa nawigacja mogłaby ci pomóc. Bez niej twój powrót do domu byłby możliwy wyłącznie wtedy, gdybyś miał/miała kompas i umiał/umiała z niego korzystać. Oczywiście, do orientacji w terenie można byłoby zamiast kompasu wykorzystać ruch Słońca, ale to ryzykowne, zwłaszcza jeśli porywacze nie byliby tak uprzejmi, aby poinformować cię, na której szerokości geograficznej się znajdujesz. Zamierzasz przemieszczać się nocą? Lepiej, żebyś nie był/nie była na południowej półkuli, bo południowa Gwiazda Polarna – w przeciwieństwie do północnej – jest prawie niedostrzegalna gołym okiem, więc niezbędna byłaby ci wiedza na temat nocnych i sezonowych zmian w konstelacjach. Zresztą nawet z tą wiedzą, ale bez mapy i tak będziesz w tarapatach. Bo co z tego, że zdołasz utrzymać obrany na początku kierunek, skoro nie wiesz, gdzie jesteś w stosunku do celu twojej wędrówki.

Niektóre zwierzęta najwyraźniej dysponują taką mapą czy raczej, jak określają to naukowcy, „zmysłem mapy” – tajemną świadomoś­cią, która pozwala im określić ich położenie wobec punktu docelowego. Zmieraczkowate: maleńkie, ruchliwe skorupiaki, które czasem uciekają ci spod nóg na plaży, od urodzenia wiedzą, jak znaleźć ocean. Jeśli coś im zagraża, te pochodzące z atlantyckiego wybrzeża Hiszpanii uciekają na zachód, a te pochodzące z nabrzeża Morza Śródziemnego – na południe, i to nawet jeśli wykluły się zupełnie gdzie indziej (bo np. ich matki zostały przeniesione w inne miejsce). Podobnie ptaki, które udają się w pierwszą samotną podróż, najwyraźniej wiedzą, dokąd zmierzają.

Trudno to przypisać wyłącznie ich instynktowi. W 2006 r. naukowcy ze stanu Waszyngton schwytali grupę pasówek biało­brewych, które właśnie zaczęły coroczną migrację z Kanady do Meksyku, i w kontenerze bez okien przewieźli je do New Jersey – postąpili więc tak jak nasi wspomniani wcześniej porywacze. Po wypuszczeniu na wolność młode ptaki, odbywające swoją pierwszą podróż, wyruszyły na południe według kursu obranego w stanie Waszyngton. Natomiast dorosłe ptaki poleciały na północny zachód, biorąc poprawkę na zmianę położenia, mimo że ewolucja w żaden sposób nie mogła ich na nią przygotować. Wiele innych badań wykazało też, że ptaki rozwijają talenty nawigacyjne podczas pierwszej długiej podróży i nierzadko uczą się przy tym nowych, skuteczniejszych strategii. Podobne eksperymenty dowiodły, że dorosły ptak może zostać przeniesiony o ponad 10 tys. kilometrów od swojego regularnego szlaku migracyjnego, a i tak zdoła skorygować kurs i dotrzeć do celu.

Jak to się dzieje? Obecnie za najbardziej przekonującą uchodzi hipoteza, że ptaki wykorzystują ziemskie pole magnetyczne. Wiemy, że mają taką umiejętność, bo łatwo możemy ją zakłócić: gdy wypuścimy gołębie pocztowe nad kopalnią żelaza, będą kompletnie zdezorientowane, dopóki się od niej nie oddalą. Naukowcy usiłujący wyjaśnić to i podobne zjawiska znaleźli w ptasich dziobach śladowe ilości magnetytu, który ze wszystkich minerałów naturalnie występujących na Ziemi ma najsilniejsze właściwości magnetyczne. Znaleziono go także u delfinów, żółwi, bakterii oraz innych istot. To odkrycie zostało szybko spopularyzowane jako przekonanie, że niektóre zwierzęta mają coś w rodzaju wbudowanej igły kompasu.

Ale jak to często bywa w przypadku ekscytujących, popularnych przekonań, gdy uważniej przyjrzano się sprawie, pojawiły się wątpliwości. Na przykład taka: ptaki z magnetytem w dziobach nie używają kierunków „północ” i „południe”, tak jak robią to ludzie posługujący się kompasem. Zamiast tego wykorzystują inklinację mag­netyczną, czyli kąt między wektorem natężenia pola magnetycznego Ziemi w danym punkcie a horyzontem. Tyle że inklinacja magnetyczna to też jeszcze nie wszystko: gdyby człowiek ją wyczuwał, umiałby ustalić swoje położenie względem najbliższego bieguna, ale nie wiedziałby, czy jest to biegun północny czy południowy. Jeśli więc magnetyt pomaga ptakom w nawigacji, nie pełni raczej tej samej funkcji co igła kompasu. Co dziwniejsze, eksperymenty wykazały, że ptaki, u których znaleziono magnetyt, wpadają w krótkotrwałą dezorientację pod wpływem światła czerwonego, choć nie ma żadnych dowodów na to, by światło wpływało na właściwości magnesów.

Jedno z możliwych wyjaśnień tego osob­liwego fenomenu ma związek z kryptochromami, czyli białkami występującymi w siatkówkach niektórych zwierząt. Zdaniem części naukowców, kiedy na cząsteczkę kryptochromu pada foton światła (np. pochodzącego ze Słońca lub z gwiazd), powstaje tzw. para rodnikowa. Mamy wówczas do czynienia z dwiema częściami tej samej molekuły. Jedna zawiera elektron, który przemieścił się pod wpływem światła, druga – elektron, który pozostał na swoim miejscu i obecnie jest niesparowany. Spin tych dwóch elektronów zależy od zorientowania cząsteczki względem ziemskiego pola magnetycznego. Zgodnie z omawianą teorią kaskada tych reakcji sprawia, że ptak jest nieustannie świadomy zmian zachodzących dokoła pola.

Jeśli nie zrozumieliście wszystkiego, nie martwcie się: naukowcy badający zależność między kryptochromami a nawigacją nadal nie są pewni, jak to dokładnie działa – niektórzy z nich polemizują zaś, czy w ogóle działa. Wiemy jednak, że pole magnetyczne Ziemi prawie na pewno w zasadniczy sposób pomaga niezliczonym gatunkom zwierząt w nawigacji – do tego stopnia, że ewolucja równie dobrze mogła stworzyć wiele rozmaitych mechanizmów, za sprawą których zwierzęta wyczuwają biegunowość pola, jego natężenie oraz inklinację. Gdybyśmy poznali wszystkie te mechanizmy, znaleźlibyśmy się bliżej rozwiązania zagadki prawdziwej nawigacji. Byłoby to zapewne rozwiązanie bardzo klarowne, wyjaśniające zachowania wielu gatunków zwierząt w różnorodnych warunkach, gdyż pole magnetyczne występuje na całej naszej planecie. Umiejętnie je wykrywając, można je wykorzystywać do nawigacji w dzień i w nocy, przy dobrej i złej pogodzie, w powietrzu i na lądzie, pod wodą i na jej powierzchni.

Tak kompleksowe wyjaśnienie miałoby jeszcze jedną zaletę. Dawniej sądzono, że prawdziwa nawigacja wymaga zaawansowanych narzędzi i zdolności logicznego myślenia – a zatem jest wyłącznie ludzkim przywilejem. Tymczasem wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że jest dość powszechna. Mają ją niezliczone gatunki ptaków, tak samo ma ją łosoś. Tańczące weselnego wężyka langustowate zyskały taką wprawę, że wydaje się niemożliwe, by kiedykolwiek poczuły się zagubione – a wiemy to, bo naukowcy próbowali to zrobić na wszelkie możliwe sposoby. Barrie opisuje w Supernawigatorach następujący eksperyment: badacze zasłonili langustom oczy, umieścili je w nieprzezroczystym pojemniku wypełnionym wodą morską z ich naturalnego środowiska; w pojemniku zawiesili na sznurkach magnesy, tak by dyndały we wszystkich kierunkach; pojemnik załadowali na ciężarówkę, która – klucząc i krążąc – zawiozła go na łódź; ta z kolei, robiąc okrążenia, dotarła do odległej lokalizacji, gdzie langusty wrzucono z powrotem do wody i – voilà – langusty natychmiast uformowały idealną linię i wyruszyły w kierunku domu.

Oczywiście my nie mamy takich talentów. Jeśli zawiązać oczy grupie ludzi, wpakować ich do autobusu, wypuścić w szczerym polu, zdjąć im opaski i kazać wrócić do punktu początkowego, od razu rozejdą się na wszystkie strony. Zresztą odpuśćmy sobie autobus i opaski na oczy: poprośmy tylko, żeby szli przez pole w stronę okreś­lonego celu, a następnie – gdy tylko wyruszą – ukryjmy go przed nimi. Po mniej więcej 8 sekundach zboczą z trasy.

Problem nie polega na tym, że ludzie nie dysponują żadnymi wrodzonymi narzędziami odnajdowania drogi. Potrafimy wykorzystywać punkty orientacyjne, lokalizować źródła dźwięku oraz inne wskazówki z otoczenia. (Jeśli chodzi o dźwięki, robimy dokładnie to, co żaby: nieświadomie oceniamy różnice natężenia albo opóźnienie pomiędzy dźwiękiem docierającym do naszego lewego i prawego ucha). Mamy też wyspecjalizowane neurony pomagające nam orientować się w przestrzeni: „komórki kierunku głowy” – pobudzane, kiedy zwracamy się w określonym kierunku (rozumianym jako krajobraz, a nie kierunki świata); „komórki miejsca” – uaktywniane, gdy znajdziemy się w znanym nam miejscu; „komórki sieci” – aktywujące się w regularnych odstępach czasu, gdy próbujemy nawigować na otwartym terenie, co pomaga nam ustalić nasze położenie; „komórki ściany” – reagujące na barierę lub przeszkodę, która pojawia się w zasięgu naszego wzroku.

Wszystko to jest nam niezbędne na co dzień, choć i tak nie pozwala nawigować nawet w połowie tak sprawnie jak choćby traszce. Czasami jednak potrafimy popisać się niezwykłymi przykładami odnalezienia drogi, choć – w odróżnieniu od langust – jest to kwestia uprzedniej nauki. Jeżeli jesteś osobą, która nigdy nie załapała, na czym polega paralaksa albo czym różni się azymut od zenitu, owa nauka nie przyjdzie ci łatwo. Dawniej jednak podstawowe umiejętności odnajdowania drogi były o wiele bardziej rozpowszechnione, gdyż zależało od nich przetrwanie: zarówno zbieractwo, jak i łowiectwo wymagały wędrówek.

Co więcej, niektóre kultury od dawna wydają na świat wyjątkowo uzdolnionych nawigatorów. Brytyjski dziennikarz Mi­chael Bond, autor książki From Here to There: The Art and Science of Finding and Losing Our Way, słusznie zachwyca się Polinezyjczykami, którzy około 5 tys. lat temu zaczęli pływać swoimi kanoe po rozległym obszarze na Pacyfiku, dziś znanym jako Trójkąt Polinezyjski – wodach o powierzchni 25 mln kilometrów kwadratowych, rozciągających się między Nową Zelandią, Hawajami i Wyspą Wielkanocną (Rapa Nui), obejmujących około tysiąca wysp. Poruszając się między nimi, na dystansach sięgających nawet 4 tys. kilometrów, ci pierwsi nawigatorzy polegali na „kształcie fal, kierunku wiatru, kolorze i kształcie chmur, sile prądów głębinowych, zachowaniu ptaków, zapachu roślinności oraz ruchu Słońca, Księżyca i gwiazd”. Każdy błąd mógł słono kosztować: na otwartych wodach Pacyfiku prawdopodobieństwo przypadkowego natrafienia na jakąś wyspę jest bliskie zeru. Nic więc dziwnego, że Polinezyjczycy niezwykle cenili wprawnych nawigatorów i kształcili ich od dzieciństwa.

Także wiele rdzennych ludów z Dalekiej Północy potrafiło fenomenalnie nawigować w terenie na pozór zupełnie pozbawionym punktów odniesienia. Na przykład Inuici do przemieszczania się po lądzie wykorzystywali złożony system punktów orientacyjnych, natomiast nawigując na spowitych gęstą mgłą wodach przybrzeżnych, zwracali baczną uwagę na kształt fal i odgłosy ptaków gniazdujących w zatokach. W IV w. p.n.e. Grecy dotarli za koło podbiegunowe, w II w. n.e. Rzymianie zawędrowali do Chin, a w IX w. Indonezyjczycy przybyli na Madagaskar. Z biegiem czasu zaczęliśmy jednak zastępować obserwację i pamięć materialnymi narzędziami, takimi jak astrolabium, sekstant, kompas, mapa, mapa morska i GPS.

Paradoksalnie, ponieważ narzędzia te sprawdzały się coraz lepiej, wielu z nas radziło sobie bez nich coraz gorzej. Tylko w ciągu ostatnich 20 lat GPS upowszechnił się tak bardzo, że właściwie zniknęła potrzeba samodzielnego orientowania się w przestrzeni. Jednak jeszcze przed pojawieniem się tych technologii inne czynniki już osłabiały nasze zdolności nawigacyjne. Trzeba tu wymienić przede wszystkim urbanizację: po 300 tys. lat życia pośród dzikich terenów, na przestrzeni zaledwie kilkuset lat osiedliliśmy się w miastach. One też mogą stanowić na swój sposób nawigacyjne wyzwanie, ale pełno w nich dobrze widocznych punktów orientacyjnych, drogowskazów i pisemnych oznakowań, systemów transportu publicznego, taksówkarzy i mieszkańców gotowych – lepiej czy gorzej – pokierować nas do celu. Te wszystkie sztuczne środki pomocnicze sprawiły, że pewne naturalne metody stały się zupełnie bezużyteczne. Ludzie przekierowali rzeki, wzdłuż których wędrowali ich przodkowie. Wąskie uliczki i wysokie budynki uniemożliwiają nam obserwację wędrówki Słońca po niebie, zmieniającej się wraz z porą dnia i porami roku. 99% Amerykanów żyje na obszarach, gdzie zanieczyszczenie świetlne zasadniczo zmniejszyło liczbę gwiazd widocznych na nocnym niebie.

Oprócz zmian w środowisku naturalnym mamy również do czynienia ze znacznie szkodliwszymi zmianami norm społecznych. Niezliczone badania wykazały, że im bardziej dzieci eksplorują otoczenie, tym lepszy jest ich zmysł orientacji. Jednak – jak podkreśla Bond – w ciągu zaledwie dwóch lub trzech pokoleń drastycznie ograniczono im zasięg swobodnego poruszania się. W 1971 r. w Anglii 94% dzieci w wieku szkolnym miało pozwolenie od rodziców na samodzielne przemieszczanie się, nie tylko z domu do szkoły. W 2010 r. odsetek ten wynosił zaledwie 7%.

Wszystko to niekorzystnie odbija się na naszych umiejętnościach nawigacyjnych. Dzieci, które regularnie spacerują lub jeżdżą na rowerze, potrafią narysować o wiele bardziej szczegółowe mapy swojej okolicy niż dzieci wożone wszędzie samochodem. Jeśli dorosły często korzysta z GPS-u, jego pamięć przestrzenna zaczyna się pogarszać. Nie wiemy, jaką jeszcze cenę płacimy, przyzwalając na atrofię naszych zdolności nawigacyjnych. Wiemy jednak, że to, co przyswoimy lub czego nie przyswoimy sobie w pierwszych latach życia, determinuje nasz dalszy rozwój.

Nie tylko nasze zdolności nawigacyjne są zagrożone. Wszystko, co powoduje ich utratę – postępująca urbanizacja, uzależnienie od samochodów, oddalanie się od świata naturalnego – wyrządza ogromne szkody także innym gatunkom.

Nielegalna wycinka drzew niszczy górskie ekosystemy zachodniego Meksyku, gdzie zimuje motyl monarcha. Glifosat, jeden z najpowszechniej stosowanych herbicydów, zaburza zdolności nawigacyjne pszczół. Nasze miasta są oświetlone całą noc, co dezorientuje i naraża zwierzęta – zarówno te przyciągane przez światło, jak i te wykorzystujące gwiazdy do nawigacji. Podczas gdy przywłaszczamy sobie kolejne połacie ziemi, dla innych gatunków zostaje coraz mniej miejsca. Dawniej wokół Morza Żółtego rozciągało się około 12 tys. kilometrów kwadratowych terenów podmokłych, stanowiących ważny przystanek dla migrujących ptaków. W ciągu ostatniego półwiecza dwie trzecie tego obszaru zniknęło. Gatunki, które z niego korzystały, wymierają w zastraszającym tempie – do 25% rocznie.

Do tego dochodzą jeszcze zmiany klimatu, które bez wątpienia stanowią największe zagrożenie dla przemieszczania się zwierząt po świecie. Ich skutki dotykają wszystkie gatunki, ale szczególnie dotkliwie długodystansowych nawigatorów. Częściowo dlatego, że zależą od więcej niż jednego ekosystemu, a częściowo dlatego, że informacje, z których korzystają, szykując się do podróży – chociażby długość dnia i nocy – w coraz mniejszym stopniu pomagają im w przewidywaniu warunków panujących w punkcie docelowym.

Problemem nie jest wyłącznie wzrost temperatury. Gouldowie przypominają, że przez 200 mln lat ewolucji ptaków i 600 mln lat ewolucji kręgowców „średnia temperatura globu podlegała wahaniom i czasem spadała poniżej zera, czasem zaś wynosiła niemal 38 stopni Celsjusza”. Poziom wód w oceanach podnosił się lub opadał o dziesiątki metrów. Nie wszystkie gatunki to przetrwały, lecz większość zwierząt potrafi przystosować się do drastycznych zmian środowiskowych, o ile zmiany te zachodzą stopniowo. Ornitolodzy podejrzewają, że gęsi tybetańskie przelatują nad Everestem, ponieważ robiły to, zanim jeszcze istniał szczyt. Kiedy 60 mln lat temu zaczął się wypiętrzać, gęsi razem z nim przemieszczały się coraz wyżej i wyżej. Podstawowy problem dotyczący obecnego kryzysu klimatycznego to nie tyle jego natura, ile tempo. Z perspektywy ewolucji to tak, jakby Everest pojawił się z dnia na dzień.

Im więcej wiemy na temat migracji zwierząt, tym skuteczniej możemy im pomagać. Wiedząc, że łosoś podąża za zapachem rodzimego strumienia, naukowcy wykorzystali go w wylęgarniach, by w ten sposób zwabić łososie z powrotem do Wielkich Jezior – tamtejsze populacje wyginęły z powodu wysokiego poziomu zanieczyszczenia wód, które jednak z czasem udało się oczyścić. Wiedząc, że szczyt okresu migracji ptaków śpiewających trwa nie więcej niż sześć lub siedem dni w danym regionie, ornitologom udaje się na ten czas ograniczyć natężenie sztucznego światła. Wiedząc, że ptaki brodzące, które pokonują 30 tys. kilometrów rocznie, wykorzystują niecałe 4 km² lądu, ekolodzy postawili na zakrojoną na mniejszą skalę, tańszą i skuteczniejszą ich ochronę.

Powyższe przykłady dobrze pokazują, dlaczego powinniśmy pogłębiać naszą wiedzę o nawigacji zwierząt. To, czego się nauczymy, może przesądzić nie tylko o życiu lub śmierci wielu gatunków, lecz także wpłynąć na naszą przyszłość. W książce Supernawigatorzy, która ukazała się rok przed wybuchem pandemii, Barrie zauważa profetycznie, że jeśli nie rozumiemy mechanizmów migracji zwierząt, nie jesteśmy w stanie kontrolować rozprzestrzeniania się przenoszonych przez nie chorób. Inne odkrycia pozwolą nam po prostu zaspokoić ciekawość – taką, jaką wzbudza przygoda Billy’ego. Jak pisze Barrie, nawet obecnie „zdolnościom nawigacyjnym psów i kotów poświęca się w badaniach naukowych zaskakująco niewiele uwagi”. Najważniejsza lekcja dotyczy jednak nas samych: nasz gatunek powinien na nowo skalibrować swój kompas moralny i odnaleźć właściwą drogę.

Why Animals Don’t Get Lost, Kathryn Schulz. Copyright © 2021, The New Yorker Magazine, as first printed April 5, 2021. All rights reserved.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!