Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
W kolejnej odsłonie fake newsów historyczny horror przedstawia
2019-03-13 23:59:00
Prawdziwa historia fake newsów

Zrób z wroga wampira!

Zrób z wroga wampira!
Zrób z wroga wampira!

Francuski arystokrata Gilles de Rais podczas wojny stuletniej walczył u boku Joanny d’Arc. Jemu do świętości było jednak daleko. Zaszywszy się w zamku, zaczął oddawać się okultyzmowi. Kto wie, może to nawet przykład natchnionej Dziewicy Orleańskiej zmotywował go do szukania kontaktów z siłami nadprzyrodzonymi? Sęk w tym, że w jego przypadku chodziło o czarną magię. Na dodatek zadarł z okolicznym duchowieństwem i porwał nawet pewnego księdza. To przesądziło o jego losie. Zarzucono mu herezję i morderstwa – w tym na tle seksualnym. Ofiarami de Raisa byli młodzi chłopcy, podstępnie zwabiani do jego zamczyska. Opisy zbrodni przerażały. Liczba ofiar zaś nigdy nie została jednoznacznie ustalona – może było ich nawet ponad 200. De Rais został osądzony i skazany. 26 października 1440 r. powieszono go, a następnie spalono.

Stał się synonimem seksualnego drapieżcy i seryjnego mordercy, nieomal wampira. Zapewne część opowieści o nim było przesadzonych, jednak na pewno nie można nazwać ich fake newsami. Chociaż pewna grupa okultystów chciała zrobić z Francuza tylko niewinnego „poszukiwacza wiedzy” i ofiarę fanatyzmu religijnego, historycy nie przyznali im racji. Inaczej jest w przypadku innego średniowiecznego możnowładcy, z którego za pomocą pamfletów i plotek zrobiono wampira. Nazywał się Wład Palownik i stał się pierwowzorem hrabiego Drakuli.

Niepotrzebny sojusznik

W 1448 r. objął władzę nad Wołoszczyzną, czyli częścią dzisiejszej Rumunii. W tamtej epoce był to teren o wielkim znaczeniu strategicznym – ścierały się tam interesy Węgier i Turcji. Swoje wpływy chciała też mieć Polska. A w konflikt wmieszali się również władcy Mołdawii oraz Sasi z Siedmiogrodu (czyli Transylwanii). Istny kocioł, w którym często dochodziło do zmiany sojuszów. Wład znalazł receptę na rywali i przeciwników. Kazał nabijać na pal buntowników i bojarów, których podejrzewał o wichrzycielstwo. Wziął na cel także saskich osadników z Siedmiogrodu. Ba, nie odpuszczał nawet pospolitym bandytom i żonom oskarżanym przez mężów o niewierność. Dla wszystkich miał jedną karę: pal. Stąd wziął się jego przydomek. Chrześcijańscy sojusznicy Palownika jednak nie protestowali. Po pierwsze dlatego, że na Zachodzie władcy także nie przebierali w środkach. Po drugie zaś największym wrogiem Włada byli Turcy, niewierni. W 1459 r. uśmiercił on (w wiadomy sposób) posłów ze Stambułu, a trzy lata później powitał sułtańską armię lasem pali, na które ponabijał tureckich jeńców.

Tyle że pod koniec 1462 r. „zaprzyjaźnieni” Węgrzy uznali, że Wład nie jest wcale taki lojalny i spiskuje z muzułmanami. Poza tym swoje zrobiły skargi Sasów z Siedmiogrodu. W efekcie Palownik wylądował w więzieniu. Żeby zaś nie było wątpliwości, że Wład to szuja i zbrodniarz, rozpętano przeciw niemu kampanię propagandową, która odmalowała go w jak najciemniejszych barwach. W 1463 r. ukazała się po niemiecku Historia wojewody Drakuli przedstawiająca Włada jako potwora. Przydomek „Drakula”, jakim go obdarzono, oznaczał po wołosku „syna smoka” lub „syna diabła”. Pierwotnie nie miał mrocznych konotacji – po prostu ojca Włada zwano Smokiem/Diabłem (drakul).

Kolejne publikacje przedstawiały wołoskiego władcę w coraz bardziej karykaturalnym świetle. Na chwilę jednak osłabły, gdy Wład nagle znów stał się potrzebny Węgrom. W 1475 r., po kilkunastu latach, wypuścili go z lochu, pochwalili w liście do papieża jako „nadzwyczajnego wojownika” i napuścili na Turków. Ponownie rozpoczęły się wojenne rzezie. Jednak już rok później Wład zginął, prawdopodobnie wskutek zdrady. A stare fake newsy, które robiły z niego monstrum, tak trafiały w gust zachodnich odbiorców, że krążyły dalej. To wtedy powstał słynny drzeworyt pokazujący, jak Wład zajada posiłek, przypatrując się nabitym na pale i rozczłonkowanym ofiarom.

Czterysta lat później czarną legendę Palownika nie tylko przypomniał, ale i wzmocnił irlandzki literat Bram Stoker – pisząc powieść Dracula o nieśmiertelnym wampirze z Transylwanii. Na jej kształt miała wpływ jeszcze jedna historyczna postać, także pochodząca z Siedmiogrodu i także ofiara fake newsów. Kobieta, której przypięto łatkę wampira, by przejąć jej majątek.

Łakomy kąsek

Hrabina Elżbieta Batory była siostrzenicą polskiego króla Stefana. W kłopoty wpadła ćwierć wieku po jego śmierci, nie mógł już więc jej pomóc. Elżbieta była wtedy wdową, żyła na zamku w Čachticach na Słowacji. W 1610 r. zarzucono jej i kilkorgu służących zabicie ponad 600 (!) młodych dziewcząt. Opisując potem tę makabryczną historię w książce Ungaria suis cum regibus compendio data (1729), jezuita László Turóczi stwierdził, że hrabina wykorzystywała krew ofiar, by zapewnić sobie wieczną młodość. To miał być jej eliksir życia. Ni mniej, ni więcej – kąpała się we krwi mordowanych dziewcząt. A w tych okrutnych zbrodniach pomagali jej – jak to w horrorach – m.in. czarownica i karzeł.

To jednak tylko fantazja. W rzeczywistości Batory stanęła przed sądem za zabójstwa, jednak nie zarzucano jej żadnych czarnoksięskich praktyk. Za takowe, zresztą po zeznaniach wymuszonych torturami, skazano i stracono sługi hrabiny. Ją samą zamurowano żywcem w jednej z komnat zamku w Čachticach.

Zdaniem współczesnych historyków Elżbieta stała się ofiarą czarnej propagandy. Do czasu procesu miała dobrą opinię, na swoim zamku uczyła manier szlachetnie urodzone panny, opiekowała się chorymi i wdowami. Nie zdradzała żadnych morderczych zapędów. „Proces przeciwko Elżbiecie był pokazowym widowiskiem, mającym na celu zniszczenie potęgi i wpływów potężnego rodu Batorych” – podsumowuje dr Aleksandra Bartosiewicz z Uniwersytetu Łódzkiego w artykule Elżbieta Batory – historia prawdziwa. Za spiskiem stali po pierwsze Habsburgowie – marzący o władzy nad terenami ówczesnych Węgier, a po drugie kuzyn hrabiny Jerzy Thurzo – chcący przejąć majątek wdowy. „Starał się udowodnić, że w zamku mieszka szalona kobieta, która z pomocą czarownicy bezkarnie znęca się nad ludźmi. Prawda była jednak taka, że wielką pasją hrabiny było leczenie i uzdrawianie. Każda szlachcianka przyjmowana do służby w jej zamku musiała uczyć się podstaw anatomii i najprostszych technik uzdrawiania. Działania medyczne prowadzone w Čachticach spowodowały jeszcze większe podejrzenia, gdy Elżbieta sprowadziła z Wiednia pochodzącą z Chorwacji położną i uzdrowicielkę, Annę Darvulię. Jej specjalnością były zabiegi chirurgiczne, takie jak upuszczanie krwi, przypalanie ran rozgrzanym żelazem, wycinanie guzów i znamion” – pisze dr Bartosiewicz. Podkreśla przy tym, że daty zgonów młodych kobiet w okolicy pokrywają się z udokumentowanymi tam przypadkami epidemii tyfusu i dżumy.

To wszystko wykorzystali wrogowie Batory. Potem zaś fantazjujący XVIII-wieczny jezuita dopełnił dzieła, robiąc z Elżbiety wampira. Mit krwawej hrabiny odpowiadał też miejscowym Słowakom, chcącym wykreować jak najczarniejszy obraz Węgrów zajmujących ich ziemie. Tak się robi horror.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!