Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Islandzkie legendy głoszą, że świat miał powstać dzięki zamarzniętej krowie. Z jej wymion wypłynęły ...
2018-12-05 10:00:00

Życie z lodowca

W „czarnym lesie” – pośród czarnych piramid pozostawionych przez topniejący lodowiec Skeiðarárjökull, czoło lodowca Vatnajökull. Lodowiec ten zniknie przed rokiem 2070; zdjęcie: Andri Snær Magnason
Życie z lodowca
Życie z lodowca

Islandzkie legendy głoszą, że świat miał powstać dzięki zamarzniętej krowie. Z jej wymion wypłynęły cztery rzeki, które wykarmiły całą Ziemię.

Dzieciństwo spędziłem w Ameryce i kiedy wróciliśmy do domu, widoki wydały mi się wręcz powalające. Rozmaite elementy krajobrazu robiły na mnie ogromne wrażenie, choć nie potrafiłem ubrać tego w słowa. Były tylko pamiętne uczucia i obrazy, i rzeczy, które zrozumiałem dopiero znacznie później.

Mieliśmy gospodarstwo nad oceanem na północy, tuż poniżej kręgu polarnego. Przez wiele lat nie umiałem określić, co nadawało tamtejszej przyrodzie tak wyrazistą tożsamość. Najoczywistsza odpowiedź brzmiałaby: życie. Można tam słuchać, jak czternaście gatunków ptaków śpiewa i kwacze naraz. Kiedy pod koniec czerwca idzie się po plaży lub po łąkach, trzeba stąpać bardzo ostrożnie, wszędzie bowiem człowiek natyka się na gniazda z jajkami lub na pisklęta. Oto natura w całej swej okazałości, niespokojna, niełagodna. Ruch jak w metropolii, klify obsiadłe rozwrzeszczanymi ptakami, na łąkach ptaki, które próbują odpędzić cię od gniazd, lub rybitwy atakujące całymi gromadami. Kilka lat temu pojąłem jednak, że to nie życie przesądza o charakterze tutejszej przyrody, lecz śmierć, jej obecność, powszechna i przytłaczająca. Wystarczy kilka kroków, byś natrafił na martwego ptaka, martwe pisklę, na wpół zjedzoną kaczkę, robaki wijące się na trupie jagnięcia, nieżywe ryby, stary szkielet wieloryba albo głowę foki. Przyjrzyj się bliżej – wszędzie kości, wszędzie fragmenty skrzydeł, do tego unoszący się w powietrzu zapach gnijących wodorostów.

W górze widać szybujące mewy, gotowe w każdej chwili zanurkować i porwać niewinne, nowo wyklute pisklę. Jako dziecko przeżyłem prawdziwy szok, widząc takie rzeczy. W parku, w zoo, w mieście ani nawet na farmie nie oglądałem śmierci, nie natrafiałem na żadne martwe istoty. Natomiast na północy, pośród surowej przyrody, człowiek ma do czynienia z nadmiarem życia i z tym, co zawsze towarzyszy owemu nadmiarowi, a mianowicie z potęgą śmierci. Razem z rówieśnikami zbieraliśmy kości i skrzydła, służyły nam one potem do zabawy. Niekiedy znajdowaliśmy słabe, maleńkie ptaki. Próbowaliśmy je ocalić, lecz umierały w naszych dłoniach. Wówczas trochę płakaliśmy, po czym kopaliśmy niewielki grób na zwierzęcym cmentarzu na tyłach farmy.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Aby pojechać na północ, musieliśmy przebyć wzgórza w należącym do mojego ojca pojeździe terenowym marki Volvo Laplander. Podróżowaliśmy po zastygłej lawie porośniętej mchem. Wyglądało to, jak gdyby po stworzeniu świata Bóg miał do dyspozycji już tylko dwa materiały: zielony mech i czarną wulkaniczną skałę. Nieziemski pejzaż dowodził, że z tak skromnych składników może powstać wyjątkowo dramatyczna sceneria. A potem mech znikał i przez wiele godzin jechaliśmy po czarnych piaskach, przez krajobraz po apokalipsie. Słuchaliśmy radia, aż wreszcie traciło zasięg i byliśmy odcięci od komunikacji ze światem.

Podczas jednej z takich podróży na północ, jadąc samotnym samochodem przez czarną ziemię, natknęliśmy się na źródła termalne. Postanowiliśmy się zatrzymać i wejść do jednego z nich, pełnego żywych barw. Stąpaliśmy, omijając otwory otoczone żółtą siarką, z których wypływała kipiąca woda. Matka się denerwowała. Zaledwie kilka tygodni wcześniej w tej samej okolicy jakiś człowiek stanął przypadkiem na cienkiej skorupie skrywającej mulisty dół, zapadł się i nim wreszcie go wyciągnięto, dosłownie ugotował się aż do pasa.

Na obszarach geotermalnych Ziemia pokazuje nam, z czego tak naprawdę jest zrobiona. Stoimy na cienkiej powierzchni pokrywającej kulę wrzącej lawy, a całość wiruje dokoła płonącego słońca. Obszary geotermalne powstają tam, gdzie spotykają się płyty tektoniczne. To jak okno albo jak otwarta rana. Możesz tu ujrzeć siłę, która przesuwa kontynenty. Czujesz wrogość, czujesz, że nie powinno cię tu być. Skorupa może okazać się bardzo cienka, ziemia jest zbyt rozgrzana, by na niej usiąść, błotniste, kipiące kałuże przywodzą na myśl dantejskie piekło. Wszystko wydaje się martwe, pozbawione życia, nieprzyjazne i ponure. Kiedy jednak przyjrzysz się uważniej, wśród kolorów przypominających powierzchnię Jowisza, wśród martwej, jałowej ziemi, dostrzeżesz rozmaite ślady życia. W kipiącej wodzie osiągającej temperaturę 100°C znajdują się szlamowate formacje. Na ich widok zaczynasz się zastanawiać, jakież życie jest zdolne przetrwać w takich warunkach. Może właśnie od tego wszystko się zaczęło? Może tak powstały pierwsze żywe istoty? Między kamieniami i żwirem widzisz maleńkie źdźbła trawy i porosty na rozgrzanych skałach. Jest tu też mech, czasem trafia się kwiatek. Ba, spójrz uważniej, a zobaczysz, że kwiatki ros­ną wszędzie. Skąd się wzięły? W jaki sposób podczas krótkiego lata nasiono zdołało zakorzenić się i zakiełkować? Pośród martwego krajobrazu nagle uświadamiasz sobie potęgę życia. Gdy wędrujesz po lesie, życie wydaje się czymś oczywistym, wszechobecnym, ale nie tu, gdzie wszędzie pełno siarki, błota i trujących gazów, gdzie żywioły ziemi i wody sprawiają wrażenie nie całkiem rozdzielonych. Para, gęsta jak ściana, unosi się w powietrzu. Grunt pod stopami bywa niezwykle kruchy – nazajutrz może zmienić się w gorącą gliniankę. Stąpasz ostrożnie, starając się nie zostawiać głębokich śladów, i wtedy pojmujesz, jak wielkim cudem jest każde źdźbło trawy.

Pewne obszary, które zwiedzaliśmy, zostały naniesione na mapy i nazwane przez moich dziadków i ich przyjaciół. Przez stulecia ludzie nie widzieli żadnego powodu, by podróżować na pustkowia pośrodku Islandii. Dawno, dawno temu istniała tu roślinność, ale na skutek aktywności wulkanicznej i erozji powstała jedna z największych pustyń w Europie, ruiny świata, którego człowiek nigdy nie oglądał na własne oczy. Nasi przodkowie uważali, że to kraina zniszczenia, dla nas jednak stała się umiłowaną ziemią.

W maju 1956 r. mój dziadek i babcia udali się w niezwykłą podróż poślubną. Pobrali się w piątek, po czym spakowali walizki i jeszcze tego samego wieczoru ruszyli w drogę, by przez następne cztery tygodnie sporządzać pionierskie mapy Vatnajökull, największego lodowca w całej Europie. Przewodzili ekspedycji ochotników: geologów, amatorów gór oraz mechaników zdolnych w czarodziejski chyba sposób naprawiać silniki pojazdów śnieżnych nawet w najbardziej skrajnych warunkach. Pogoda była nieprawdopodobnie zmienna. Wyprawa zapuszczała się na niezbadane dotychczas tereny. Nikt nie miał pojęcia, gdzie znajdują się głębokie lodowe szczeliny ani jakiej aury się spodziewać – prognozy były wówczas mało rzetelne.

Hulda Filippusdóttir i Árni Kjartansson, dziadkowie autora; zdjęcie: archiwum rodzinne
Hulda Filippusdóttir i Árni Kjartansson, dziadkowie autora; zdjęcie: archiwum rodzinne

Pewnego razu przyszła śnież­na bu­rza. Dziadek z babcią na trzy dni utknęli w namiocie; prawie zupełnie ich zasypało, towarzysze musieli potem wykopać ich spod śniegu. Zapytałem dziadka:

– Nie marzliście?

– Marzliśmy? Przecież to był nasz miesiąc miodowy!

Miałem wtedy jakieś 11 lat, nie rozumiałem związku między niedawnym ślubem a możliwością rozgrzania się.

Nie istniały mapy lodowca, większość szczytów i miejsc nie została jeszcze nazwana. Obecnie punkt, w którym moich dziadków zastała burza, ma już nazwę. Niskie wzgórze unoszące się na płaskowyżu po północnej stronie lodowca to Brzuch Panny Młodej. Możecie je znaleźć na mapie: Brúðarbunga, Kverkfjöll, 1781 m n.p.m., 64°35,378'N 016°44,691'W.

 

Brúðarbunga jest obecnie uznawana za piętnasty najwyższy szczyt Islandii. Kilka dni temu zapytałem babcię o tamtą podróż. Babcia ma 94 lata i jest w całkiem niezłej formie. Starość zupełnie jej nie zmieniła. Moja rodzina uważa za zniewagę, jeśli ktoś nazywa ją wiekową osobą. Dla nas to po prostu Hulda; mówiąc o niej, nie używamy słowa ern, oznaczającego starego człowieka o wyjątkowo sprawnym umyśle.

Usiadłem z babcią nad mapami i starymi fotografiami wykonanymi przez dziadka. Babcia owinęła szyję szalikiem.

– Bardzo ładny – powiedziałem jej.

– Dziękuję – odrzekła. – Zrobiła go dla mnie stara kobieta.

– Stara kobieta?

Babcia się zaśmiała. – No cóż, ściśle rzecz biorąc, była wtedy 10 lat młodsza ode mnie.

 

Przeglądaliśmy mapy i stare notatki, dzienniki tamtej wyprawy i późniejszych ekspedycji. Uczestnicy zbudowali chatki na skraju lodowca i na szczycie. Miały one służyć jako schroniska dla naukowców, przyczółki pozwalające zbierać informacje na temat ostatnich niezbadanych wcześniej terenów Islandii.

Przez tysiąc lat kraj pokryła niewidzialna warstwa opowieści. Każde gospodarstwo, każdy pagórek, każda góra miały drugą tożsamość w historii, folklorze albo w literaturze. Kamień nie był tylko kamieniem: odegrał rolę podczas bitwy w XIII w. Klif nie był zwyczajnym klifem: żyli tu Huldufólk, „ukryci ludzie”, niewidzialni potomkowie grzesznych dzieci Ewy. Gospodarstwo stało w tym samym miejscu, gdzie ulokowali się pierwsi osadnicy. Historia spowijała wszystko i tylko bezkresne lodowce były niczym tabula rasa, niczym kartka papieru, na której nie zapisano żadnych opowieści. W legendach i islandzkich sagach nie wspominano o nich prawie ani słowem. Moi dziadkowie mogli sami stworzyć historię rozgrywającą się na tych nieskończonych białych połaciach śniegu i lodu.

Wyprawy urządzano co roku, nadal stanowią ważny element działalności Islandzkiego Towarzystwa Badania Lodowców. Zapytałem babcię, czy okrutne, surowe warunki jej nie przerażały, ale tylko się roześmiała. „Dziwne, ale nie, nigdy się nie bałam. I nigdy się nie zgubiliśmy. Jeśli przychodziła burza śnieżna i nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteśmy, wystarczyło po prostu poczekać. Mijały dwa dni, wracała widoczność i mogliśmy znaleźć drogę. Od tamtego czasu każdej wiosny czuję pewien charakterystyczny zapach: zapach lodowca. Nie potrafię go opisać, ale co roku do mnie wraca. Bardzo tęsknię za tamtymi wyprawami”.

Kiedy moi dziadkowie wytyczali mapy lodowca, wydawał się on wieczny. Istniał, odkąd sięgała ludzka pamięć, i miał istnieć na wieki. Dziadek zabierał na wyprawy 16-milimetrową kamerę. Pewnego razu wyraziłem żal, że tak mało filmował moją babcię. Lodowiec można było nakręcić w dowolnym momencie – tymczasem portret babci w czasach młodości stanowiłby coś naprawdę niezwykłego. Jeśli jednak zerknąć w dane na temat lodowca od roku 1956, jeśli przyjrzeć się globalnym trendom w zakresie temperatur i prognozom dotyczącym przyszłości, przekonamy się, że Vatnajökull zniknie za życia osoby, która przyjdzie na świat dziś i osiągnie wiek mojej babci. Natura nie funkcjonuje już według czasu geologicznego, zmienia się na naszych oczach. Lodowiec znika i do roku 2120 zostanie tylko resztka.

Towarzystwo Badania Lodowców zbadało podłoże Vatnajökull. Znaleziono niewidzialne doliny i góry, których nie oglądało nigdy ludzkie oko. Przygotowane symulacje pokazują nam, jak będzie wyglądał tu krajobraz za 200 lat. Krainę skutą lodem zastąpią być może w przyszłości malownicze, kamieniste doliny porośnięte niewielkimi krzakami i zielonym mchem. Jeżeli moi potomkowie zechcą dowiedzieć się czegoś o podróżach babci i pooglądać stare mapy, będą musieli wyobrazić sobie, że cały krajobraz jest skuty warstwą lodu grubą na 400 metrów, będą musieli wyobrazić sobie pojazd śnieżny jadący wysoko w górze. „Nakreśl linię w powietrzu między tymi dwoma szczytami: właśnie tamtędy szła twoja praprababka”. Na podstawie analiz Towarzystwa Badania Lodowców możemy już zacząć nadawać nazwy ukrytym dolinom i wzgórzom. Będziemy opłakiwali Vatnajökull, lecz przyszłe pokolenia znajdą na jego miejscu taki sam pejzaż, jaki ja oglądałem podczas rodzinnych podróży volvem laplanderem: źdźbła trawy świadczące o cudzie życia oraz nieznane jeszcze obszary termalne.

Sam również podróżowałem po lodowcu, ale nie mam takiego zamiłowania do przygód jak moja babcia. Kiedy jest się na Skeiðarárjökull, trudno uwierzyć, że ten na pozór bezkresny ogrom lodu znika. Tutejszy krajobraz nie przypomina żadnego, jaki znam. Dokoła, w promieniu wielu kilometrów, widzę formacje o kształcie żółwich skorup, gęsto rozsiane czarne piramidy, szczeliny w ziemi, które jęczą i bulgoczą, strumienie wpadające w dziury bez dna przywodzące na myśl kryjówki nieziemskich wężowych istot. Prześladuje mnie koszmarna myśl, że mógłbym się poślizgnąć i w jednej chwili zniknąć setki metrów pod ziemią. Piasek skrywający wcześ­niej dziury urósł w wysokie kopce. Wreszcie docieramy do czegoś, co przypomina drogę, gładką i biegnącą w nieskończoność. Po jednym dniu w takim miejscu czujesz się jak na planecie Solaris z powieści Stanisława Lema. Próbujesz interpretować formy, które spotykasz, próbujesz je zrozumieć. Wyglądają prawie jak gdyby zostały stworzone przez człowieka, przypominają piramidy i szosy, symbole cywilizacji, która zabija lodowiec. Jego znikaniu nie towarzyszą żadne dramatyczne hałasy, nie zobaczymy walących się gór lodu jak na filmach dokumentalnych poświęconych Arktyce. Wszystko odbywa się po cichu. Lodowiec po prostu topnieje, cofa się pomału, spokojnie, w milczeniu. Wydaje się martwy, niemal jak ogłuszona ryba. Traci blask, leży bez życia gdzieś wysoko w połowie góry. Widać bryły lodu i linię ukazującą, gdzie granica lodowca przebiegała zaledwie kilka lat temu. Próbujesz pojąć, jak to możliwe, że wszystko to zniknęło, że zmieniło postać, stało się częścią oceanu, który będzie się pomału podnosił, aż wreszcie przyjdzie burza i wielka fala runie na nadmorskie domy.

Pewnego dnia, kiedy pisałem o wyprawach moich dziadków, zadzwonił telefon. Zaproszono mnie, bym przeprowadził wywiad z Dalajlamą podczas jego wizyty na Islandii. Zastanawiałem się, co powiedzieć człowiekowi, który przybrał już swoje czternaste wcielenie – pytanie musiało być mądre. Szukałem inspiracji w historii, religioznawstwie i mitologii, aż wreszcie przypomniałem sobie o najdziwniejszej opowieści z nordyckich legend. Otóż świat miał powstać dzięki zamarzniętej krowie. Z jej wymion wypłynęły cztery rzeki, które wykarmiły całą Ziemię. Wydaje się, że na przestrzeni pokoleń musiał się tu wkraść jakiś błąd: „zamarznięta krowa u zarania czasu” brzmi bez sensu. Jej imię to Audumla. Auð to po islandzku „bogactwo”, znaczenia słowa humla nie byłem pewien. W każdym razie wychodziła humla bogactwa.

W indyjskiej mitologii także występuje prakrowa: Kamadhenu. Jej nogami są Himalaje. Jeśli przyjrzeć się mapie Nepalu, znajdziemy dystrykt o nazwie Humla. Wielki Szlak Himalajski wiedzie przez Humlę do góry Kajlas uważanej przez buddystów za centrum świata, a przez hinduistów za siedzibę boga Sziwy. Wody z tamtejszych lodowców trafiają do czterech wielkich rzek Azji: Indusu, Gangesu, Brahmaputry i Satledźu. Dalej znajduje się lodowiec Gomukh, jedno z najświętszych miejsc w Indiach. Jego nazwa oznacza „Krowi Pysk”.

Nie jestem pewien, czy to wszystko nie przypadek, nagle jednak elementy wskoczyły na swoje miejsce. Lodowiec jest jak zamarznięta krowa. Zatrzymuje wodę podczas zimnych pór roku, po czym uwalnia ją, białą niczym mleko, pełną soli i minerałów, kiedy jest najbardziej potrzebna. Niekiedy od tej wody zależy, czy zboże na twoim polu przetrwa. Pomaga ona też regulować poziom wód podziemnych.

Himā to w sanskrycie śnieg albo lód. Auð-himā. Lodowe Bogactwo. Życie 2 mld ludzi zależy obecnie od wody z topniejących lodów, od źródeł życia, które biją w Himalajach. Podczas naszej rozmowy Dalajlama wyraził obawy o przyszłość tamtejszych lodowców. One również się cofają. Co będzie, jeśli deficyt wody dotknie półmiliardową populację? Odwołując się do mitologii, możemy stwierdzić, że Wielka Zamarznięta Krowa Życia i Bogactwa umiera.

Odniosłem wrażenie, że rzeczy te są dla mnie nie do pojęcia, jakbym usłyszał nowe słowo, które nie zyskało jeszcze swojego znaczenia. Sto lat temu człowiek mógłby podobnie zareagować, słuchając o bombie atomowej, zanim pojawiły się zdjęcia ofiar. Rozmyślałem o pewnej tamie budowanej na Islandii i o tym, że łatwo mi było sobie wyobrazić, jakie zniszczenia spowoduje ten projekt. Jednocześnie nie potrafiłem ogarnąć umysłem faktu, że ziemię, po której chodzę, zaleje wkrótce woda wysoka na 200 metrów. Że za kilka lat usiądę z dziećmi nad starą mapą, pokażę im wyspę i powiem: „Kiedyś wznosiło się tu wzgórze, dzikie gęsi wiły na nim gniazda. Wyobraźcie sobie płynącą tamtędy wartką rzekę, wodospad i tęczę. Po drugiej stronie rosły bażyny i było dobre miejsce na obozowisko”.

Pamiętam, że budowa tamy budziła mój gniew: chciałem działać, chciałem coś zrobić, by ją powstrzymać. Tymczasem nie umiem wyobrazić sobie ani poczuć, jak wielkie zniszczenia dokonają się za sprawą rosnącego poziomu mórz, wzrostu temperatur i topnienia lodowców.

Język poetycki, którym posługiwali się w dawnych czasach skaldowie, był pełen nawiązań do nordyckiej mitologii. Zamiast o niebie pisano o „hełmie karła”. Ziemię nazywano „narzeczoną Odyna”. Gdy poeci zaczęli nawracać się na chrześcijaństwo, stanęli przed problemem. Jak nazwać stworzyciela nieba i ziemi bez wzmianek o Odynie lub jego narzeczonej? Upłynęło wiele dziesięcioleci, nim pojawiły się nowe metafory, nowy język pozwalający mówić o Bogu. Próbując sobie wyobrazić pół miliarda ludzi zmagających się z brakiem wody albo 500 tysięcy kilometrów kwadratowych lodowca, mam wrażenie, że to za dużo. Brak mi odpowiednich słów, by o tym mówić. Nie ma żadnych porządnych map prowadzących w przyszłość. Patrzę, jak natura zmienia swoją postać, przeistacza się w coś zupełnie innego niż dotychczas. Mam zarazem nadzieję, że to, co wydaje mi się krainą zniszczenia, z czasem stanie się dla przyszłych pokoleń umiłowaną ziemią.

Tłumaczył Jan Dzierzgowski
 

Esej jest fragmentem nowej, jeszcze nieukończonej książki Magnasona.

Data publikacji:

Andri Snær Magnason

Islandzki pisarz zaangażowany w ochronę środowiska. Ojciec czworga dzieci, syn lekarza, mąż pielęgniarki, brat neurochirurga. W 2016 r. kandydował na prezydenta swojego kraju. Nie wygrał, zdobył za to mnóstwo nagród literackich.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!