Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Agata Trzebuchowska

Życie ciut lepsze

zdjęcie: materiały promocyjne
Życie ciut lepsze
Życie ciut lepsze

Agata Trzebuchowska: 53 wojny to opowieść o traumie wojny. Główną bohaterką filmu jest Anna – żona korespondenta z pola walki. To z nią spędzamy czas w czterech ścianach, oczekując na powrót jej męża. Dlaczego ta perspektywa wydała Ci się interesująca?

Ewa Bukowska: To najbardziej uniwersalne i powszechne doświadczenie wojny, a jednocześnie najsłabiej zrelacjonowane. Znakomita większość historii koncentruje się na tych, którzy wyruszają na front, na ich doświadczeniach i bohaterskiej śmierci. Pomija się tych, którzy z konsekwencjami wojny borykają się na co dzień, próbując żyć normalnie. Oni też walczą. Samotność jest głównym tematem mojego filmu, a emocje jego kluczowym narzędziem. Chciałam, żeby widz był jak najbliżej bohaterki, znalazł w niej coś z siebie.

Kim jest Twoja bohaterka?

Współczesną Penelopą – „bo męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać”. To słowa z piosenki, której szczerze nie znoszę, bo powinna być jeszcze w niej mowa o samotnym wychowywaniu dzieci i opiece nad schorowanymi rodzicami… Kobiety od pokoleń buntują się przeciwko ciasnym ramom narzuconym przez kulturę, walczą o autonomię. Ten proces wciąż się nie dokonał. Do odwiecznych oczekiwań dochodzą nowe: współczesna kobieta musi skończyć studia, mieć dobrze płatną pracę, urodzić dzieci, wychować je, oczywiście zachowując przy tym młodzieńczy wygląd. Lata poświęcone dzieciom przypadają na najbardziej twórczy okres w życiu człowieka i gdy mężczyzna rozwija się i pnie po szczeblach kariery, kobieta siedzi w pieluchach, a potem na szkolnych zebraniach. Obserwowanie rozwoju dziecka niewątpliwie daje satysfakcję, ale rzadko komu w pełni to wystarcza. Prędzej czy później nadchodzi moment, kiedy kobieta pragnie własnego spełnienia i zaczynają się schody. Okazuje się, że świat nie zawsze jest na to otwarty, a ona przez te wszystkie lata nabyła masę kompleksów.

Co powinna zrobić?

Walczyć. Mówię to, choć wcale nie jestem feministką. Powiem więcej, ja nawet lubię takie zjawisko jak rodzina i akceptuję role, jakie przypadają kobiecie i mężczyźnie. Żeby jednak ten społeczny eksperyment się powiódł, każdy poza przypisaną funkcją powinien mieć osobną przestrzeń, w której się realizuje. O ile mężczyznom łatwo o nią zadbać, o tyle kobiety wciąż mają z tym problem. Zatracają się w powierzonych im zadaniach, a to są gigantyczne zadania – nadzadania! Mężczyźni powinni to w końcu dostrzec, uszanować i wesprzeć swoje partnerki. Nie ma nic gorszego niż niespełniony człowiek. Niespełnienie budzi najgorsze demony: zazdrość i zawiść. To właśnie frustracja doprowadziła moją bohaterkę na oddział szpitala psychiatrycznego.

Co ją wywołało?

Utrata autonomii. Odkąd Witek (Michał Żurawski) stał się korespondentem wojennym, Anka (Magdalena Popławska) przestała samodzielnie funkcjonować. Żyła obsesją męża, oczekiwaniem na jego powrót lub informację o śmierci… Nawet nie zarejestrowała, kiedy pod autentycznym uczuciem i troską zaczęła kiełkować zazdrość. Witek to człowiek prosty, ale niewątpliwie wyjątkowy. Niewielu jest na świecie korespondentów wojennych, którzy umieją w tej niejednoznacznej roli się utrzymać, a swoim działaniom nadać sens. To wymaga szczególnego typu osobowości. Talentu. Wiem, że stąpam po grząskim gruncie, pewnie powinnam się jeszcze nad tym zastanowić, ale myślę, że Anka nie jest w stanie zaakceptować faktu, że ona takiego talentu nie posiada.

Może nie miała szansy go odkryć?

Przecież mogła z Witkiem wyjechać. Strach jej nie pozwolił. I to jest OK. Nikt nie oczekuje od niej heroizmu. Ma swoją pracę, inne zainteresowania i zdolności, ale nie robi z nich użytku. Stale porównuje się do męża i próbuje go przy sobie zatrzymać. Związała się z kimś, kogo można nazwać geniuszem, a życie z takim partnerem wymaga szczególnej mądrości. Trzeba umieć mu stworzyć odpowiednie warunki i pole do działania, a przy tym ocalić siebie. Anka tego nie potrafi.

Nie wierzę w coś takiego jak naturalny geniusz. Każdy talent wymaga odpowiednich warunków, a przede wszystkim czasu, żeby móc się rozwijać. To przywilej, na który kobiety i mężczyźni nie mogą sobie pozwolić w równym stopniu.

Dla mnie najważniejsza jest samoświadomość: kim jesteś, po co jesteś i co jest dla ciebie najważniejsze. Musisz być gotowa stale zadawać sobie te pytania i za wszelką cenę szukać na nie odpowiedzi, czasem ponosząc ryzyko. Zgadzam się, że będąc kobietą, napotykasz znacznie więcej przeszkód, ale to nie powód, by zaprzestać walki. Przeciwnie. Więcej zbroi, więcej broni i do przodu.

Ciekawe, że przy Twoim harcie ducha zainteresowała Cię bohaterka, której tak trudno podjąć walkę z samą sobą i otaczającym światem.

Na razie, bo film opowiada 20 lat z jej życia. To jest oczywiście niewyczuwalne, bo narracja jest mocno abstrakcyjna, ale Anka przez cały ten czas dojrzewa. Muszę jednak w tym miejscu podkreślić, że moja bohaterka to nie Grażyna Jagielska, której autobiograficzna książka Miłość z kamienia była punktem wyjścia dla mojego filmu. Do jej adaptacji podeszłam, wychodząc od wątku wojny, nie kobiety. Zainteresowała mnie konkretna sytuacja oczekiwania na powrót bliskiej osoby. Lęk i samotność, które się z tym wiążą. Dopiero w miarę pisania scenariusza powoli zaczęła wyłaniać się bohaterka i wtedy poczułam, że to ona mnie interesuje i jej historię chcę opowiedzieć. Potrzebowałam tylko czasu, żeby ją zrozumieć – ten proces trwał przez cały okres pracy nad filmem.

zdjęcie: materiały promocyjne
zdjęcie: materiały promocyjne

Na czym ten proces polegał?

Na uwewnętrznianiu historii. Pierwszą wersję scenariusza napisałam „po bożemu”. Otworzyłam książkę i to, co na szybko mi się wyobraziło, przerabiałam na sceny, a to, co nie – wyrzucałam. Równolegle przechodziłam życiową rewolucję. Rozstawałam się z mężem, trudno mi było skupić się na scenariuszu. Działałam automatycznie, bez świadomości tego, co piszę. Deadline zbliżał się nieubłaganie, więc dobrnęłam do końca i oddałam, co miałam.

Ku mojemu zdziwieniu, scenariusz został zaakceptowany i produkcyjna machina ruszyła. Wtedy ponownie zajrzałam do tekstu i zupełnie mi się nie spodobał. Wyrzuciłam go do kosza. Spotkałam się z Grażyną i Wojtkiem i wspólnie uznaliśmy, że lepiej dla filmu i dla nas wszystkich będzie, jeśli przestanę kurczowo trzymać się książki. Z uwolnioną głową i poukładanymi sprawami osobistymi zaczęłam pisać od nowa. I wtedy odnalazłam w tym siebie – historia Anny stała się także moją historią. Ale myślę, że każdy może przejrzeć się w niej. Ciebie ta bohaterka w ogóle interesuje?

Jej historia porusza mnie, ale ona jako osoba także irytuje. Wielokrotnie w trakcie oglądania filmu miałam ochotę Anką potrząsnąć. Potrafię z nią współodczuwać, jednak jej zależność od drugiej osoby budzi mój sprzeciw.

I właśnie dlatego warto robić filmy. Sama nigdy nie oceniam swoich bohaterów. Opowiadam tylko ich historie w nadziei, że widz przepuści je przez siebie i wtedy dokona oceny. Ale tak naprawdę nie postaci na ekranie, tylko siebie i swojej sytuacji. Może dzięki tym niecałym dwóm godzinom spędzonym w kinie jego lub jej życie stanie się ciut lepsze. Żeby coś zmieniło się w moim, musiałam go doświadczyć, napisać historię 53 wojen, potem przeżyć ją razem z Magdą Popławską… Zauważyłam, że film lepiej oddziałuje na młodych niż na ludzi z mojego pokolenia. Został entuzjastycznie przyjęty podczas festiwalu w Koszalinie, gdzie otrzymał nagrodę od młodzieżowego jury, które uznało go za odważny, bezkompromisowy, a nawet „niepolski”, starsza część widowni zaś milczała. Polscy widzowie są poblokowani w wyrażaniu opinii, nie wchodzą w dyskusję. Nie rozumiem tego. W Karlowych Warach ludzie zaczepiali nas na ulicy, żeby podzielić się wrażeniami, wiele kobiet płakało. Bardzo cieszą mnie żywe reakcje i ludzka chęć do rozmowy. Z dialogu rodzi się kultura.

Anna w filmie pyta, co jej właściwie dolega?

To zespół stresu bojowego. Tak przynajmniej zostaje zdiagnozowana w szpitalu psychiatrycznym i dlatego trafia na oddział z żołnierzami, którzy chorobę przywieźli z frontu. Dla Anki pobyt w szpitalu jest doświadczeniem granicznym, ale niezbędnym. To jest jej wojna – autentyk, którego może się chwycić. Ten fragment filmu zaczerpnęłam z innej książki Grażyny Jagielskiej – Anioły jedzą trzy razy dziennie, którą zresztą także planuję zekranizować. Grażyna barwnie opisała czas, który spędziła na oddziale z żołnierzami dotkniętymi traumą: zdarzenia są „mięsiste” i pełne czarnego humoru, momentami graniczącego z surrealizmem. Ta książka to gotowy materiał na film, w odróżnieniu od Miłości z kamienia. O prawa do jej adaptacji ustawiała się kolejka scenarzystów, ale to trudny orzech do zgryzienia. Narracja jest introspekcyjna, złożona z emocjonalnych, a nie fabularnych zdarzeń. Niełatwo było ją przepisać na sceny.

Wyobrażam sobie, że tekst stanowił nie tylko scenariuszowe, lecz także aktorskie wyzwanie.

Magda jest rewelacyjną aktorką. Perfekcyjnie przygotowuje się do roli i daje całą siebie. Długi czas spotykała się z Anną Tańską, wybitną psychiatrą i psycholożką, z którą także współpracowałam na etapie pisania scenariusza. Poza tym dużo rozmawiałyśmy, czerpałyśmy z siebie nawzajem. Współpraca z Magdą była dla mnie wyjątkowym przeżyciem.

Aktorskie doświadczenia pomogły Ci w pracy reżyserskiej?

Dzięki nim wiedziałam, czego potrzebuje w pracy aktor. Co do niego powiedzieć, żeby wydał z siebie dźwięk jak najwspanialszy instrument i żeby to była prawda. Wiesz, ja nie myślę o sobie jako o aktorce. Nie miałam szansy spełnić się w tym zawodzie. Aktorstwo to wiwisekcja – musisz zrzucić skórę i pokazać „bebechy”. To nie dla mnie. Zdecydowanie lepiej czuję się po drugiej stronie kamery. Mam zresztą łatwość wymyślania historii. Siadam, oczyszczam sobie głowę z tego, co zbędne, i zaczynam pisać. Działam intuicyjnie, więc nigdy nie wiem, co się wydarzy dalej. Są artyści, jak Michael Haneke, którzy korzystają przede wszystkim z intelektu. Na wczesnym etapie ustalają wszystko co do drobnego detalu, a na planie konsekwentnie to egzekwują. Ja idę na żywioł. Przed zdjęciami spotkałam się z Xawerym Żuławskim, który postanowił dać mi szybką lekcję reżyserii: „Najważniejsza zasada: nie ruszasz się spod podglądu. Interesuje cię tylko to, co widzisz na ekranie. Zapamiętaj to”. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłam na planie, to zerwałam się spod podglądu i podbiegłam do aktorów. Musiałam być z nimi blisko, patrzeć im w oczy. Tylko wtedy miałam pewność, czy ujęcie jest dobre. Nie ma jednej dobrej metody. Trzeba umieć sobie zaufać.

Co było najtrudniejsze?

Chyba to, że opowiadam o ludziach żyjących. Ta odpowiedzialność bywała przytłaczająca. Mimo że dla mnie Anka to autonomiczna postać, wiem, że nie obejdzie się bez porównań, które dla Grażyny mogą okazać się bolesne. Świadomość tego rodziła szereg wątpliwości. Codziennie na planie podejmowałam ryzyko i kręciłam sceny, w przypadku których przeczuwałam, że mogą nie spodobać się Jagielskim. A chciałam być wobec nich fair, więc zawsze im je pokazywałam i prosiłam o akceptację. Raz jej nie otrzymałam. Pamiętam też sytuację, kiedy mieliśmy grać scenę, w której bohaterka podkłada bombę pod redakcję „Gazety Wyborczej”. Przyszłam na plan. Bomba wyglądała jak prawdziwa – zdębiałam. Przeczuwałam aferę, ale i tym razem się nie cofnęłam. Nagraliśmy, ale potem wyrzuciłam tę scenę w montażu. Teraz trochę żałuję. W ogóle jestem na takim etapie, że nic mi się w filmie nie podoba i najchętniej wszystko bym zmieniła.

Odważna jesteś.

Odwaga w sztuce to podstawa. Niczego nie wolno się bać. Samo tworzenie scenariusza to szalenie intymny proces, po którym musisz skonfrontować tekst z ludźmi, o których nic nie wiesz. To nie jest łatwe i trzeba być czujnym. Na każdym etapie słyszałam, że czegoś się nie da zrobić. Nie można połączyć jednego elementu z drugim, bo to nielogiczne. Dla mnie taka logika jest nielogiczna. Nigdy nie wiadomo, czy „niepoprawne” nie da lepszego efektu. Trzeba mieć otwarty umysł i otaczać się podobnymi ludźmi. Tak robił Wajda. Zawsze miał przy sobie kogoś, kto myślał nieszablonowo, kto miał jakąś kontrpropozycję i dzięki temu powstawało coś wyjątkowego. Myślę, że w dobrej sztuce zawsze musi być jakaś rysa, coś krzywego, niepasującego do całości. Trzeba słuchać innych, ale wszystko, co mówią, przepuszczać przez siebie. Wtedy czujesz, że to prawda i warto o nią walczyć do końca.

Nigdy nie schodzisz z pola bitwy?

Inaczej nie da się przeżyć. Musiałam stoczyć wiele walk na każdym etapie pracy nad filmem. Od scenariusza począwszy, na muzyce pod napisy skończywszy. Nie żałuję. Nigdy nie należy ustępować, szczególnie gdy jesteś kobietą. To nie jest dla nas łatwa branża. Ja mam dodatkowo takie obciążenie, że nie tylko jestem kobietą, ale także celebrytką. Byłą żoną znanego aktora, gwiazdeczką z Galerii. Dla ludzi jestem niewiarygodna. Mój pierwszy wywiad dziennikarka zaczęła od słów, że spadła z krzesła, gdy dowiedziała się, że mam robić film na podstawie książki Grażyny Jagielskiej. Kobiety same zakładają sobie kajdany. Podobnych spotkań miałam mnóstwo. Cały czas musiałam coś udowadniać. Tak olbrzymi jest rozdźwięk między tym, kim ty dla siebie jesteś, a kim jesteś dla świata. Zawsze byłam pracowita, skupiona, nawet jak grałam w tej nieszczęsnej Galerii, ale ludzie widzieli tylko obcasy i pomalowane oko. I cały czas tylko to widzą. Jeśli chcesz, żeby zobaczyli więcej, musisz się ze wszystkiego wytłumaczyć: dlaczego tak się ubierasz, dlaczego wybrałaś takiego, a nie innego męża w wieku 20 lat. To wszystko jest specyficznym kobiecym doświadczeniem. Czy mam o to żal? Już nie. Skończyłam 50 lat. Nie chcę, żeby kolejne 25 było oczekiwaniem na śmierć. Chcę robić to, co daje mi satysfakcję. Nie zawsze jest łatwo. Zazwyczaj raczej trudno. Mam nadzieję, że w kolejnym życiu urodzę się mężczyzną i nie będę musiała się tak zmagać, ale póki co, szkoda mi czasu na użalanie się nad sobą.

Data publikacji: