Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” na totalne lato!

Takiego numeru jeszcze nie było! Badamy gwiazdy i zaglądamy do ludzkiego mózgu. Psychologów pytamy o młodzież, a filozofów o to, jak żyć dobrze. Przyglądamy się naszym strachom, sprawdzamy, kiedy nauka jest przyjemna, piszemy o chodzeniu (boso, tyłem i bez celu) i o nadziei, że będzie lepiej. Nowy letni „Przekrój” już na Ciebie czeka – czytaj dla przyjemności!

Kup numer letni

Letni „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do czytania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów już dziś – tylko na stronie Przekroj.pl w niższej cenie.

Przekrój
Niemowlęta zamknięte w szufladzie, frak męża pocięty w drobne paski, kąpiel w balowej sukni, liczne ...
2021-05-13 00:00:00
archiwum

Zofia Stryjeńska, Piastowie i piekielne młyny historii

Zofia Stryjeńska, 1930 r./zbiory NAC
Zofia Stryjeńska, Piastowie i piekielne młyny historii
Zofia Stryjeńska, Piastowie i piekielne młyny historii

Nasza stara Marcinowa niechętnie wychodziła z kuchni do jadalni. Mówiła z obrzydzeniem: „Dwudziestu dwu chłopa pod sufitem stoi i dźgają mnie ślepiami”. Z nieufnością potraktowała również młodą historyczkę sztuki, która przyjechała aż ze Lwowa, żeby wydostawszy się na krzesło postawione na stole, zajrzeć w „ślepia” tym wymalowanym „chłopom”. Liii Blumówna pisała wówczas pracę o Stryjeńskiej i – znana z dokładności – chciała się przyjrzeć z bliska oryginałom dwudziestu dwóch książąt i królów z Kręgu Piastów. Oprawne w drewniane listwy i powieszone obok siebie, tworzyły niezwykły, barwny fryz pod sufitem naszej jadalni.

Czyta się 12 minut

Zarówno zapał Blumki jak przestrach osiemdziesięcioletniej starej służącej były pochwałą dla ekspresji malowideł Stryjeńskiej i siły ich oddziaływania na widza.

Jerzy Warchałowski, monografista Stryjeńskiej i entuzjastyczny wielbiciel jej talentu poświęcił Kręgowi Piastów specjalną broszurę. Dołączona była ona do teki reprodukcji, która ukazała się w roku 1929, jednocześnie z cyklem pocztówek. Dowodził on, że ów oryginalny i piękny poczet piastowski, który powstał na marginesie projektowanej inscenizacji, Skałki Wyspiańskiego, jako ilustracja do wodnego koła, na którego szczycie coraz inny „król się rodzi z wód topieli” — godzien jest wisieć na ścianach odnowionego zamku wawelskiego.

Tak się nie stało. Piastowie, obok innych oryginalnych obrazów Stryjeńskiej, które wydawnictwo zakupywało w celach reprodukcji, zdobili na razie tylko jeden pokój skromnego prywatnego mieszkania. Mimo pochwał krytyków, a nawet pewnej propagandy reklamowej, rozwiniętej w chwili ukazania się ich odbitek — nie przypadli oni jakoś do smaku szerokim sferom publiczności. Te szlachetne i proste portrety imaginacyjne były spokojniejsze, bardziej statyczne, mniej intensywne w barwie (bo malowane nie gwaszem, ale przejrzystą akwarelą) od jaskrawych, pełnych rozmachu scen, które w pierwszym ataku podbiły warszawski rynek artystyczny. Warchałowski cenił jednak bardzo ten cykl i chociaż na ogół przesadzał w swoich zachwytach, w tym wypadku miał rację — Piastowie jest to chyba jedno z najlepszych dzieł malarki.

Dzika, płochliwa, porywcza

Pierwsze utwory Stryjeńskiej, a wtedy jeszcze Lubańskiej, zobaczył mój ojciec przypadkowo na jakiejś wystawie w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych, w czasie pierwszej wojny światowej. Mógł to być co najwyżej rok 1916, bo Pastorałka, której oryginały wtedy oglądał, ukazała się w roku 1917. Uderzony i zachwycony ekspresją tych czerwono-czarnych szkiców przyszły wydawca reprodukcji Stryjeńskiej trafił poprzez sklep z rękawiczkami Lubańskich, przy ulicy Wiślnej, do ich mieszkania.

Otworzyła mu drzwi osoba nieduża i szczupła, srogo patrząca spod gęstwy potarganych kędzierzawych włosów, spadających jej na czoło. Wziął ją za niedorosłą dziewczynkę, a musiała w tym czasie mieć już przeszło 20 lat i była oryginalną, ciekawą artystką. Na długo zachowała jednak tę żywą porywczość ruchów i trochę dzikie, płochliwe i dziecinne spojrzenie spode łba.

Tak się zaczęła nasza znajomość. Potem, kiedy Karol Stryjeński, który wydawał pierwsze ilustracje swej żony, przeszedł na teren innej działalności — reprodukcje obrazów Stryjeńskiej zaczęły się ukazywać w wydawnictwie J. Mortkowicza. Poznałam ją wówczas bliżej. Nie była już wtedy niedorosłą dziewczynką, ale znaną malarką, żoną wybitnego architekta, matką trojga dzieci — najstarszej Magdy i dwóch bliźniaków: Jacka i Jaśka, czyli tak zwanego Kantka. Wrodzoną dzikość i niezależność jej artystycznej natury spotęgowały i skomplikowały osobiste przejścia, namiętności uczuciowe i konflikty artystyczne.

Nie myślę tu powtarzać wszystkich plotek i anegdot, jakie krążyły w tym czasie po Polsce od Zakopanego do Warszawy i były tanim żerem dla publiczności, zawsze węszącej skandale w malarskim światku.

Niemowlęta zamknięte w szufladzie, frak męża pocięty w drobne paski, kąpiel w balowej sukni, liczne afronty robione zbyt pysznym i nietaktownym mecenasom sztuki... Nie chodzi przecież o katalog wyskoków i dziwactw ani opinię osoby szalonej, którą sama pani Zofia podtrzymywała przekornie swoimi ekstrawagancjami. Chodziło o to, w jak żywiołowy sposób te wszystkie fermenty bujnej i nieokiełznanej natury rzutowały się na papier, wyzwalały w namiętnych ruchach pędzla i ołówka, materializowały w plamach gwaszu czy tempery.

Istniała ciekawa zbieżność czy zależność między naturą artystki a gatunkiem jej twórczości. Tak niezwykła, oryginalna i szczera, jak niezwykły oryginalny i szczery był rozmach kompozycyjny, z jakim Stryjeńska traktowała swe ludowe tematy, płaskość barwnych plam, ostro jaskrawe przeciwstawienia kolorów, śmiałe kreski.

Mimo wszelkich konfliktów późniejszych, czasem bolesnych w swojej dramatycznej jawności — pierwsze małżeństwo Stryjeńskiej ukształtowało ten samorodny gejzer barw i form, jakim eksplodowała jej twórczość. Sam Karol Stryjeński wspomógł i ujarzmił malarstwo żony swą dobrą radą, talentem pedagogicznym, wysoką kulturą — nie mówiąc już o kartonach uratowanych od zniszczenia, dartych przez nią w chwili zwątpienia czy buntu. Środowisko, w którym mieszkali przez pewien okres po ślubie: Zakopane i Podhale zasiliło to malarstwo prawdziwym nurtem góralszczyzny, związało ją raz na zawsze ze sztuką ludową, z folklorem.

Stryjeński miał niezwykły pietyzm dla sztuki żony, inspirował ją w kierunku ilustracji, stworzył wydawnictwo Fala, w którym wyszły PastorałkaKolędy oraz ilustracje do Jak baba diabła wyonacyła Tetmajera, Trenów Kochanowskiego, Monachomachii Krasickiego.

Wszystkie te prace oparte były nie tylko o zamiłowania, ale dokładne studium, zarówno tekstów, jak ludowych zwyczajów i strojów.

Trudno o większą popularność od tej, jaką zdobyła sobie Stryjeńska w tzw. dwudziestoleciu. Wyżywając się i wypowiadając w swoim temperamencie i upodobaniach, trafiła ona nieoczekiwanie w sedno upodobań pewnej sfery inteligencji polskiej, stała się ulubionym motywem dekoracyjnym wielu wnętrz, obok ludowej ceramiki, włochatych huculskich „łyżników" i mebli z „Ładu".

Licznych widzów wzięła i zawojowała jej barwność, humor i prostota, jej ludowość i polskość.

Cykl Tańców polskich rozszedł się w ogromnych (jak na tamte czasy) nakładach. Taneczne wizje pełne ruchu, dawna obrzędowość, wskrzeszana na swój własny odkrywczy sposób, studia kostiumowe przekształcane w bogatą feerię, popularyzowane były przez liczne wersje oryginalne tych samych motywów, reprodukcje, albumy, pocztówki, nawet tablice ścienne do użytku szkół.

Pasjonujące i zaskakujące kompozycje na tematy ludowe znalazły również oddźwięk za granicą. Cudzoziemcy, zawsze najbardziej czuli na etnograficzne odrębności, zareagowali żywo na te barwne plansze pełne swoistej egzotyki i sztuka Stryjeńskiej stała się ważnym atutem propagandowym, który można by porównać z sukcesami Mazowsza. Znalazła nawet poza Polską wielbicieli i wydawców. W roku 1925, na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu, Stryjeńska ozdobiła polski pawilon sześcioma wielkimi panneau.

Zofia Stryjeńska, przed 1920 r., Narodowe Centrum Kultury (domena publiczna)
Zofia Stryjeńska, przed 1920 r., Narodowe Centrum Kultury (domena publiczna)

Ogień wojny

Powodzenie nie ukoiło nerwowego niepokoju, który był motorem twórczości. W ostatnich latach przed wojną nastąpiło coś w rodzaju inflacji Stryjeńskiej na rynku polskim. Opanowana przez demona aktywności, w ciągłym podnieceniu i ciągłej gonitwie za zarobkiem — zaprzestała ona ambitnych poszukiwań, zaczęła na natarczywe żądania odbiorców powtarzać samą siebie, powracała na wiele sposobów do tych samych motywów i tematów.

Z biegiem lat i w miarę powodzeń nie bardzo się zmieniła zewnętrznie. Po młodzieńczemu szczupła i ruchliwa, z burzą kędzierzawych włosów nad czołem, z przekornym, bystrym spojrzeniem i niskim głosem — nie zatraciła zdolności do szalonych wyskoków, ostrych odpowiedzi, tego cygańsko-artystycznego bezładu życia, który stał się już z czasem legendą. Taką właśnie — dziką i nieokiełznaną, a zawsze młodą i ujmującą, wierną w przyjaźni mimo pozornej szorstkości, pożegnałam Stryjeńską z chwilą wybuchu wojny.

Podczas powstania warszawskiego, w kamieniczce na Starym Mieście II, która była siedzibą Wydawnictwa J. Mortkowicza, spłonęły wszystkie oryginały Stryjeńskiej, przeniesione po wrześniowym bombardowaniu z naszego mieszkania na Okólniku cykle: Obrzędy, Gusła Słowian, Na góralską nutę, Piastowie.

W składach spaliły się również gotowe nakłady reprodukcji a w drukarni zdemontowanej i wywiezionej przez Niemców przepadły świeżo wydrukowane pocztówki z motywami aniołów (w kolorach czarnym, czerwonym i złotym) przygotowane na powinszowania świąteczne i noworoczne 1939 i 1940 r.

Dziwnym zbiegiem okoliczności spłonęły również w Wiedniu w składach firmy reprodukcyjnej Angererer i Geoschl całe nakłady światłodruków barwnych z cyklu Obrzędów oraz Na góralską nutę, których przed wojną nie zdążono wyekspediować do Polski. Rozmawiałyśmy o tym z żalem, gdyśmy się spotykały z Zofią Stryjeńską w roku 1945 w Krakowie. Tylko na pierwszy rzut oka wydała mi się niezmieniona. Wojnę przebyła w ciężkich warunkach, po raz pierwszy mówiła z troską i przejęciem o losach swoich dzieci, rozproszonych po świecie, o chorobie matki, kłopotach sióstr. Pokazywała spracowane ręce z paznokciami zdartymi nie przy malowaniu, ale przy domowej harówce, noszeniu wody, praniu, szorowaniu garnków i podłóg.

W tym czasie, o dziwo, przyniosła nam także książkę, którą napisała. Był to podręcznik savoir-vivre’u. Przyjęłyśmy ten pomysł z zainteresowaniem i uśmiechem, bo dobrze znając jej zwyczaje, wietrzyłyśmy w tym jakiś nowy znakomity kawał. Okazało się jednak, że to nie to. Że Zofia Stryjeńska stała się inna, powojenna, nowa. A książka pisana jest na serio, z powagą rozważa to wszystko, co świetna malarka lekceważyła i odrzucała przez całe swoje bujne dotychczasowe życie: — wskazania moralne, normy umiejętnego współżycia z bliźnimi, zasady wzajemnego szacunku i uprzejmości.

„Plakaciarka”

Patrzyłyśmy teraz na panią Zosię z takim niedowierzającym zdumieniem, z jakim nasza stara Marcinowa oglądała niegdyś dziwne dla niej głowy Piastów. Zlękłyśmy się o Stryjeńską. Ta rozważna, spokojna, zatroskana kobieta wydała się nam dziwaczna. Dziwaczna w tej swojej nowej normalności. Zaniepokoiłyśmy się o to, czy z dawnym szaleństwem i dzikimi wyskokami temperamentu nie minął także huczny, kolorowy przepych jej sztuki?

Te dwie sprawy łączyły się najwidoczniej ze sobą i to nierozerwalnie, bo tak się istotnie stało. Pani Zosia niechętnie mówiła teraz o swoim malarstwie. Przestało się jej podobać. A nastrój artystyczny w Krakowie potwierdzał w bezwzględny i okrutny sposób jej wewnętrzne wątpliwości.

Po okresie szalonych warszawskich sukcesów nastąpił nagły zmierzch sławy. Kapistowski postimpresjonizm i abstrakcjonizm osądziły Stryjeńską jako „plakaciarkę” niegodną miana malarki sztalugowej. Krążyła nawet plotka o trudnościach, jakie jej robiono przy reaktywizacji w prawach członka związku plastyków.

Nie skarżyła się ani nie dziwiła. Była już na wylocie z Polski. Korzystając z podwójnego: polsko-szwajcarskiego obywatelstwa, przysługującego dziedzicznie wszystkim Stryjeńskim, wybierała się za granicę, do dzieci. Chciała tam, najchętniej w Paryżu, zrewidować pogląd na własną sztukę, odbudować się, znaleźć dalszą, inną drogę twórczości.

Zofia Stryjeńska, 1930 r., Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny/zbiory NAC (domena publiczna)
Zofia Stryjeńska, 1930 r., Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny/zbiory NAC (domena publiczna)

Zobaczyłam ją w Krakowie po kilku latach, kiedy przyjechała do kraju w związku z chorobą i śmiercią matki. W smutku i czerni żałoby wydawała mi się jeszcze bardziej przygasła i zalękniona. Mówiła, owszem, o malarstwie, o swoich próbach rozwiązań kolorystycznych, barwnych abstrakcjach wynikających z analizy widma słonecznego. Była głęboko przejęta tą swoją nową drogą twórczą.

Któregoś dnia, po dawnemu przyniosła nam rulony swoich kompozycji. Za granicą istnieli jeszcze wciąż wielbiciele i nabywcy jej poprzedniego stylu malarskiego. Dla nich na zamówienie stworzyła nową wersję Tańców Polskich. Wydawała jej się ona najlepszą z dotychczasowych. I pytała nieśmiało, czy jednak nie można by tego wydać w kraju.

Siedziałyśmy we trzy, zasępione, nad tapczanem, rozwijając i rozprostowując zwinięte kartony. Barwne jasne plamy, śmiałe zestawienia płaskich form uderzyły nas znowu przypomnieniem, podnietą.

I cóż? Można było tylko rozłożyć ręce bezradnym gestem. Sytuacja była paradoksalna. W gruncie rzeczy teki Tańców i rzadkie egzemplarze innych reprodukcji miały dalej popyt, same torowały sobie drogę do nabywcy. Pocztówki zaraz po wydrukowaniu znikały z rynku, rozchwytywane z upodobaniem. Ale oficjalnie nazwisko i sztuka Zofii Stryjeńskiej przestały istnieć i liczyć się w kraju. Pani Zofia rozglądała się z niedowierzaniem po tej Polsce, w której życiu artystycznym odegrała tak wielką rolę, w której jeszcze przed paru laty błyszczała tak jaskrawo kolorowa gwiazda jej chwały, a która teraz przekreśliła ją i bezwzględnie wyrzuciła poza nawias. A my? Cóż mogła zrobić bez praw wydawniczych, bez niczyjej pomocy, bez kapitałów, potępiona „prywatna inicjatywa”?

Nie udały się wtedy także żadne próby ze spółdzielniami, z wydawnictwami państwowymi. Wszędzie odmawiano Stryjeńskiej wydania jej Tańców.

Były to czasy, kiedy wszelkie próby pocztówkowych wznowień z zachowaniem  klisz spotykały się ze sprzeciwem, a gotowe odbitki Gwiazdki z serii Obrzędów przeznaczono, obok Sekwany Pankiewicza, na przemiał.

Stryjeńska zwinęła więc ze smutkiem swe olśniewająco barwne rulony i wyjechawszy po raz drugi z kraju, sprzedała je pewnie jakiemuś bogatemu Amerykaninowi.

Nasza korespondencja przerwała się potem. Zgubiłam gdzieś adres i ślady. Nie wiem, jak wygląda obecnie życie i twórczość, nowe cele plastyczne i nowe środowisko artystyczne tej świetnej i oryginalnej polskiej malarki.

Wiem natomiast jedno. To, że umiemy w naszym kraju, tak przecież ubogim w kulturę i talenty, niszczyć lekkomyślnie, kapryśnie, bezsensownie, twórcze jednostki nieprzemyślaną i nagłą krytyką. Umiemy się wyrzekać, nie wiadomo dlaczego, na apel tej czy innej mody, cennych, pożytecznych a przynależnych nam dóbr.

Potem odbywają się czasami procesy rehabilitacyjne. Zniszczone książki i reprodukcje drukuje się dużym kosztem na nowo. Z artystami jest trudniej. Nieraz precyzyjny i wrażliwy mechanizm twórczy jest już połamany, zniszczony w ciągu lat dyskryminacji.

Tekst pochodzi z numeru 626 /1956 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

 

Nie chce Ci się iść do biblioteki? Nie przejmuj się – u nas 2814 numerów „Przekroju” przeczytasz za darmo online. Dzięki Twojemu wsparciu możemy dbać o archiwum „Przekroju”.

* Pola wymagane

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!