Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Zdumiewająco prostą receptę na wydostanie się z więzienia zdradza włoski klasyk
2019-03-22 10:00:00
archiwum

Znak zapytania

ilustracja: Tomek Kozłowski
Znak zapytania
Znak zapytania

W tym wielkim, leżącym na krańcach miasta więzieniu dla skazanych na ciężkie roboty obowiązuje na pozór pełna humanizmu, lecz w istocie więcej niż okrutna zasada.

Czyta się 6 minut

Każdy z nas, skazanych na dożywocie, ma prawo jeden jedyny raz wystąpić publicznie i przez pół godziny przemawiać do tłumu. Skazańca wyciąga się z celi, prowadzi na balkon zewnętrznego skrzydła, gdzie mieści się dyrekcja i biura. Pod nim rozciąga się szeroki plac św. Trójcy, na którym zbiera się tłum, by go wysłuchać. Jeśli pod koniec przemówienia tłum klaszcze, skazaniec jest wolny.

Może się to wydać niezwykłą łaskawością. Tak jednak nie jest. Po pierwsze, szansę zwrócenia się do tłumu przyznaje się tylko raz, raz w życiu. Po wtóre, jeśli tłum odpowie „nie” – a tak jest we wszystkich niemal przypadkach – poprzedni wyrok zostaje niejako potwierdzony wolą ludu, jeszcze bardziej ciążąc duszy skazańca. Odtąd dni pokuty stają się czarniejsze i bardziej gorzkie.

Jest wreszcie jedna jeszcze okoliczność, która zmienia tę nadzieję w udrękę. Więzień nie wie, kiedy zostanie mu udzielone pozwolenie na to, by przemówić. Decyzja znajduje się w rękach dyrektora więzienia. Może się zdarzyć, że człowieka zaprowadzą na balkon zaledwie w pół godziny po jego przybyciu do więzienia, ale nie wykluczone, że każą mu czekać długie lata. Kogoś, kogo skazano na dożywocie jako młodzieńca, prowadzi się na balkon już jako zgrzybiałego, niezdolnego przemówić starca. Nie sposób się więc spokojnie przygotować do tak ciężkiej próby. Niektórzy myślą: może wezwą mnie jutro, może dziś wieczorem, może za godzinę. To początek niepokoju. Wraz z nim projekty zaczynają się chwiać, a pełne rozpaczy pomysły zmieniają w neurasteniczną gmatwaninę. Niewiele też przynoszą rozmowy z towarzyszami niedoli podczas zbyt krótkiej godziny codziennego spaceru. Na ogół nie mówi się o tym, co powinno być głównym tematem rozmów naszej nieszczęsnej społeczności. Na ogół każdy żywi nadzieję, że on sam posiadł wielką tajemnicę, odkrył argument, któremu nie sposób się oprzeć, którym zmiękczy twarde serce tłumu. Lęka się objawić go innym, aby go nie ubiegli.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Doświadczenie tych, co bez powodzenia wygłosili swoje przemówienie, mogłoby być pożytecznym elementem. Można by przynajmniej odrzucić zastosowany przez nich system. Ale „spaleni” nic nie mówią. Próżno błagamy, by opowiedzieli, co tam mówili, jak reagował tłum. Oni tylko uśmiechają się ironicznie i milczą. Zupełnie jakby myśleli: „Ja całe życie będę siedział w kryminale, siedź więc i ty. W żadnym wypadku nie chcę ci pomóc”. Prawdziwe świntuchy.

Mimo jednak wszystkich tajemnic, zawsze się czegoś dowiadujemy. Lecz mgliste plotki nie zawierają żadnych prawie pożytecznych elementów. Wynika z nich na przykład, że w tych przemówieniach do tłumu skazańcy zawsze podejmują dwa żelazne argumenty: własnej niewinności i rozpaczy rodziny – co jest zupełnie oczywiste. W jaki sposób jednak rozwijają ten temat? Jakiego używali języka? Czy rzucają obelgi? Czy błagają? Płaczą? Tego nikt tutaj nie wie.

Najbardziej jednakże zniechęcający jest sam tłum. My jesteśmy bandą zbrodniarzy, to oczywiste, ale ci na dworze, wolni mężczyźni i kobiety, to też nie święci. Na wieść, że jakiś skazaniec przemawiać będzie z balkonu, zbierają się na placu, nie aby wyrazić poważny sąd, od którego zależy ludzkie istnienie, lecz jedynie po to by się zabawić. Zupełnie jak na odpuście. Nie wierzcie zresztą, że to publiczność złożona wyłącznie z mętów społecznych. Jest w niej także wiele osób o nieskazitelnej moralności, urzędników, ludzi wolnych zawodów, robotników, którym towarzyszą rodziny. Ich zachowanie pozbawione jest wszelkiego współczucia i litości, a nawet zwykłego zrozumienia. Przychodzą tu, by się zabawić. A my, w naszych pasiakach, z wygolonymi głowami, jesteśmy tym wszystkim, co groteskowe i ohydne. Nieszczęśnik, pojawiający się na balkonie zastaje nie podniosłą ciszę, lecz gwizdy, nieprzyzwoite okrzyki, wybuchy śmiechu. Cóż więc, drżący i wzruszony, może zdziałać? To beznadziejne przedsięwzięcie.

Legenda głosi przecież, że w przeszłości było kilku skazańców, którym udało się zwycięsko przebyć próbę. To jednak tylko słuchy. Pewne natomiast, że od dziewięciu lat, to jest od chwili, gdy znalazłem się w tym więzieniu, nikt nie wyszedł stąd uniewinniony. Średnio raz na miesiąc prowadzą jednego z nas na balkon, aby przemówił. Później jednak wszyscy powracają do swoich cel. Tłum wszystkich gwałtownie wygwizdał.

***

Strażnicy oznajmili mi właśnie, że nadeszła moja kolej. Jest druga po południu. Za dwie godziny stanę wobec tłumu. Nie lękam się jednak. Wiem już, co powinienem powiedzieć. Wierzę, że znalazłem właściwą odpowiedź na tę potworną zgaduj zgadulę. Długo nad tym myślałem. Dziewięć lat – to chyba wystarczy... Nie mam żadnych złudzeń. Moja publiczność nie będzie lepsza od tej, co wygwizdała tylu towarzyszy.

Otwierają drzwi celi i prowadzą mnie przez więzienie. Mijam dwa piętra, wkraczam do wspaniałej sali i wychodzę na balkon. Za mną zamykają się drzwi i okiennice. Jestem sam wobec tłumu.

Musiałem zmrużyć oczy, tyle tu światła. Dopiero potem dojrzałem moich sędziów. Było co najmniej trzy tysiące osób, wpatrujących się we mnie z ciekawością. Długi, wulgarny gwizd rozpoczął hańbiącą serię. Widok mojej bladej, wychudłej twarzy wywoływał niewypowiedzianą radość, sądząc po śmiechach, prowokacjach, drwinach. „O, Szlachetny! Uwaga, niewinny przemawia! Zabaw nas przynajmniej! Opowiedz jakąś historyjkę. Powiedz coś o swojej starej mamusi. A dzieci? Prawda, że wiele radości sprawiłby ci widok twoich małych?”

Z rękami opartymi o balustradę stałem niewzruszony. Dostrzegłem tuż pod balkonem dziewczynę, która wydała mi się bardzo piękna. Obydwoma rękami rozchyliła szeroki dekolt sukni, żebym mógł się dobrze przyjrzeć. „No i co, kochanie? – wołała. – Nie odmówiłbyś. Podoba ci się?” – drwiła.

Miałem w głowie plan, jedyny, jaki mógł mnie jeszcze ocalić. Nie pozwoliłem zbić się z tropu, wytrzymałem, nie uciszałem, nie kiwnąłem palcem.

Z niewypowiedzianą ulgą uświadomiłem sobie, że moje zachowanie zadziwiło ich. Niewątpliwie ci, co poprzedzili mnie na tym balkonie, stosowali inną taktykę. Może rea­gowali, podnosili głos, błagając, by ich wysłuchano, i tak zaprzepaszczali ostatnią szansę.

Ponieważ stałem nieruchomy i milczący jak posąg, hałas stopniowo ucichł. Jeszcze tu i ówdzie rozlegały się gwizdy, potem zapadła cisza.

Z trudem milczałem nadal.

Wreszcie rozległ się niemal uprzejmy głos:

– Mów, no mów wreszcie. Słuchamy.

Ostatecznie zdecydowałem się.

– Dlaczego miałbym mówić? – zapytałem. – Przyszedłem tutaj, bo to moja kolej. Tylko dlatego. Wcale nie zamierzam was rozczulać. Nie jestem niewinny. Nie mam wcale ochoty widzieć własnej rodziny. Nie mam zamiaru stąd wychodzić. Żyję szczęśliwy w tym więzieniu.

Podniósł się niewyraźny pomruk. Potem krzyk:

– Nie opowiadaj takich historyjek!

– Jestem szczęśliwszy od was – powiedziałem. – Nie mogę wam powiedzieć jak, ale ilekroć chcę używam tajemnego przejścia, którego nikt nie zna, by z celi udać się do pięknego ogrodu. Oczywiście nie powiem jakiego, tyle ich jest w okolicy... Tam mnie znają i kochają. A jest tam także...

Zamilkłem na chwilę. Obserwowałem tłum. Byli zbici z tropu i rozczarowani. Jakby wiedzieli, że łup im umknął.

– Jest tam także cudowna młoda kobieta, która mnie kocha – powiedziałem.

– Dosyć, dość, wystarczy! – zawołał ktoś z gniewem.

Świadomość, że mogłem być szczęśliwy, sprawiała im ogromny ból.

– Zostawcie mnie więc w spokoju! – zawołałem. – Proszę was o to, moi drodzy. Zlitujcie się nade mną. Miejcie litość! Nie wyganiajcie mnie stąd. Gwiżdżcie, błagam, gwiżdżcie.

Przez mrowie przeszedł dreszcz, podmuch nienawiści do mnie – czułem to wyraźnie. Sama myśl, że mogłem był im powiedzieć prawdę, że rzeczywiście byłem zadowolony z miejsca mego pobytu, niepokoiła ich, ale wahali się jeszcze.

Pochyliłem się przez balustradę i głos drżał mi patetycznie:

– Nie odmawiajcie mi wy, którzy macie dobre serca – wołałem. – Co was to kosztuje? Dobrzy ludzie wygwiżdżcie biednego, szczęśliwego więźnia.

Nasycony złośliwością głos rozległ się nad tłumem.

– Co to, to nie! To byłoby zbyt łatwe!

A potem oklaski, jedne, drugie, dziesiąte, setne. Olbrzymia owacja rosła, wzmagała się.

Wykiwałem ich, tych świntuchów.

Za mną otwierano już okiennice i drzwi.

– Idź więc – usłyszałem. – Jesteś wolny.

Tłumaczyła Wanda Błońska
 

Tekst pochodzi z numeru 1245/1969 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Data publikacji:

Dino Buzzati

Uważał się za malarza, który dla przyjemności, niestety wciąż się niekończącej, jest także pisarzem i dziennikarzem. A było odwrotnie. Na chleb zarabiał w dzienniku „Corriere della Sera”, sławę przyniosły mu opowiadania i powieści, przede wszystkim „Pustynia Tatarów”. Żył w latach 1906–1972.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!