Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Opowiadanie retro-kryminalne na jesień, którego autorem jest
2017-09-19 00:00:00
Opowiadanie

Złota robota

ilustracja: Daniel de Latour
Złota robota
Złota robota

Szanowna Redakcjo, złota jest polska jesień, a szczególnie złoty – październik, miesiąc oszczędności. Dlatego do jesiennego „Przekroju” posyłam Państwu opowiadanie retro-kryminalne o blaskach i cieniach oszczędzania w złocie. Z różnymi wyrazami,
Autor

Szanowny Panie Autorze, październik dopiero przed nami, a Pan zawczasu oszczędza na opisach przyrody. Liczymy zatem na zrozumienie, gdy oszczędzimy na Pańskim honorarium.
Ze złotymi ukłonami,
Redakcja

Lublin, piątek 9 września 1938 roku

Leon Kmieć cierpiał niekiedy z powodu chamskiego nazwiska i wzrostu był zaledwie średniego, lecz na mieście się z nim liczono. To on stał jak strzelec na warcie przed sklepem jubilerskim Kalickiego, umundurowany w nieskazitelną ciemnobordową kurtkę ze stójką i czapkę z błyszczącym daszkiem. Gdy do sąsiedniego kościoła św. Ducha schodziły się dewotki, nie reagował, podobnie jak na Żydów z pełnej tandety Lubartowskiej. Z daleka potrafił jednak wyłowić wśród przechodniów dobrego klienta i zawczasu z miłym uśmiechem otwierał przed nim drzwi.

Tak właśnie tego dnia pół godziny przed fajrantem uchylił je przed damą ubraną z warszawska.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

– Zapraszam najuprzejmiej szanowną panią prezesową – powiedział, chociaż widział ją pierwszy raz w życiu.

Nie odwzajemniła się nawet zdawkowym uśmiechem. „Ministrowa może?” – pomyślał Kmieć. Klientka zaś skierowała się wprost do właściciela zakładu.

– Czy pan Kazimierz Kalicki? – zapytała, sięgając do torebki. – Regina Wołkońska, telefonowałam do pana.

– Bardzo mi przyjemnie, proszę szanownej pani – przystrzyżony po wojskowemu mężczyzna ukłonił się i zawczasu wyjął z kieszeni okular.

Kolia, którą położyła przed nim na ladzie, wyglądała doprawdy na rodowy klejnot. Wśród złotych kół skrzyły się brylanty od ćwierć karata do dwóch, ułożone w naszyjniku warstwami na podobieństwo ściekających i zamarzających kropli.

– Chciałabym dyskretnie wyzbyć się tego drobiazgu.

– Przepraszam, ale nie szkoda pani? – jubiler podniósł spojrzenie znad kolii. – Może przejdziemy do biura? Tam będzie nam wygodniej.

– Nie szkoda – zdecydowała niecierpliwym tonem. – Daruje pan, spieszę się na pociąg. Dziesięć tysięcy?

Kalicki zauważył, że klientka przebiera nogą jak rasowa klaczka. Był oficerem rezerwy i zapalonym koniarzem, więc takie rzeczy nie mog­ły umknąć jego uwadze. Przygładził wąsa. Lecz był też synem jubilera, więc znał się na precjozach.

– Daruje pani chwilę zwłoki… Panie Jabłoński – skinął na złotnika, który w rogu sklepu ślęczał nad warsztatem – pan będzie uprzejmy rzucić okiem!

Przygarbiony pięćdziesięciolatek w wykrochmalonej koszuli i z jedwabnym krawatem niepotrzebnie skrywanym pod roboczym kitlem podszedł natychmiast. Pryncypał podał mu okular.

– Panie Kalicki, to przecież… – zdziwiony rzemieślnik podniósł wzrok na chlebodawcę.

– Tak, to kolia po mojej matce, późny empire – klientka mu przerwała. – I gdyby nie pewne okoliczności, proszę mi wierzyć, nie zaoferowałabym takiej sumy.

– Szanowna pani daruje – jubiler uśmiechnął się – ale mistrz Jabłoński miał raczej na myśli, że to żółte nie jest złotem, a te kamienie nawet nie leżały przy brylantach.

– Jak pan śmie!

Dama porwała oczerniony naszyjnik i zaraz opuściłaby zakład Kalickiego, gdyby nie pan Kmieć, czujny na każdy sygnał swego nie tylko szefa, ale też dawnego dowódcy z drugiego pułku artylerii ciężkiej w Chełmie. Wcześniej giętki w ukłonach, teraz bez skrupułów złapał kobietę za ramię, aż syknęła z bólu.

– Żałuję, lecz szanowna pani będzie zmuszona tu pozostać – poinformował salonowo, jak przystało na pracownika pierwszorzędnej firmy.

Pryncypał wykręcał już na tarczy telefonu numer komisariatu policji.

Tymczasem w ekspresie Praha Wilsonovo nádraži–Warszawa Główna

Przedział drugiej klasy nie miał wprawdzie kanap wyścielanych pluszem, lecz starszy pan drzemał w nim rozkosznie od Pardubic. Ubrany był w staromodną, ciasnawą marynarkę, pod którą odznaczał się wypchany portfel w wewnętrznej kieszeni. Dobrze wychowany, zanim pozwolił sobie przymknąć oczy, łamanym czeskim pokonwersował grzecznościowo z panią na oko czterdziestoletnią, jadącą wraz z synem podrostkiem do Sosnowca. Wyraził swoje ubolewanie z powodu tak nieprzyjemnych stosunków politycznych między sąsiadami, a także nadzieję, że mężowie stanu opamiętają się wreszcie i puszczą dawne urazy w niepamięć. Na koniec samorzutnie przyniósł towarzyszce podróży i jej synowi oranżadę z wagonu restauracyjnego. Chłopak wprawdzie patrzył na niego nieufnie, jak każdy uczciwy Czech winien patrzeć na Polaka, lecz zajął się Przygodami dobrego wojaka Szwejka i nie przeszkadzał uprzejmemu starszemu panu w odpoczynku. Przez uchylone okna pęd pociągu wpuszczał rześkie, świeże powietrze wprost na twarz polskiego pasażera i ten uśmiechał się z lubością przez sen.

Jego niewielka walizka z nalepkami kilkunastu hoteli z różnych krajów spokojnie leżała na półce bagażowej. Drgnęła tylko raz, gdy skład wtoczył się na dworzec w Boguminie tuż przed granicą i maszynista zahamował zbyt gwałtownie. Starszy pan, ocknąwszy się, spojrzał wtedy w górę, odsłaniając potężne zmarszczki na szyi jak u wiekowego żółwia, które zaraz opadły mu na kołnierzyk ściśnięty muszką. Usta pasażera już składały się do miłego uśmiechu, gdy drzwi przedziału energicznie otwarła czyjaś ręka i wszedł młody człowiek w sportowym garniturze. Nie przywitał się z nikim, a ledwie rzucił walizkę na półkę, z hałasem zatrzasnął okno.

– Dość nawdychałem się czeskiego smrodu – zakomunikował ostentacyjnie po polsku. – Otworzy się wywietrzyć po naszej stronie.

Podrostek poczerwieniał z wściekłości mimo pacyfistycznej lektury, a matka silnie ścisnęła go za łokieć. Starszy pan dostrzegł, że popatrzyła na niego z nadzieją jako na dżentelmena, niestety w takiej sytuacji odważył się jedynie na smutny uśmiech i niemą prośbę o zrozumienie. I najwyraźniej było mu z tego powodu nieswojo, bo gdy tylko pociąg ruszył, tchórzliwy pasażer zatoczył się niezgrabnie w jej kierunku, aż upadł na torebkę. Potem, nim wyszedł wreszcie do toalety, przygniótł niechcący całym ciałem ordynarnego młodzieńca.

Tymczasem, chociaż Polska była niemal na wyciągnięcie ręki, tory zawróciły na południowy wschód, pozostawiając po lewej szachownicę pól nad graniczną Olzą. Stojący na szeroko rozstawionych nogach starszy pasażer, nim sobie ulżył, uśmiechnął się nad klozetem. Wróciwszy jednak do przedziału, znów unikał spojrzeń i pozorował drzemkę. Otworzył oczy dwadzieścia minut później, kiedy pociąg stanął, a w drzwiach przedziału pokazali się celnicy czeski i polski. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni, zanim zażądali dokumentów. I zamarł w przestrachu.

– Mój portfel! – wykrzyknął w mowie ojczystej. – Przecież miałem go przed chwilą tutaj, w kieszeni! – poklepał się bezradnie w miejscu, gdzie jeszcze niedawno jego marynarka była wypchana, aż niemal pękała w szwach.

– I ja nie mam swojego! Ani biletu, ani paszportu! – rozpaczała po czesku towarzyszka podróży. – Okradziono nas!

Młody Polak skrzywił się pogardliwie, a jego rodak, dotąd ustępujący niczym noc przed dniem, przy celnikach nabrał odwagi. Rzucił się na szczeniaka i złapał go za klapy marynarki.

– Nikt więcej tu nie wsiadał. Przeszukajcie tego Polaka, prosím was!

Komu jak komu, ale czeskiemu celnikowi podobnych rzeczy nie trzeba było powtarzać dwa razy. Dokładne sprawdzanie sąsiadów zza północnej granicy mieli w żelaznym repertuarze, podobnie jak Polacy rzetelne trzepanie Czechów. I celnicy nawet nie musieli otwierać młodemu byczkowi walizki, portfele współpasażerów miał w kieszeniach, amator!

– Přijdete s námi! – Czech stanowczo złapał młodzieńca pod ramię, jego polski kolega nie protestował. Zaskoczony podróżny nie był już tak pewny siebie jak kilkanaście minut wcześniej, gdy zamykał okno.

– Děkuji! – staromodny pasażer odetchnął z ulgą, widząc swój portfel w nienaruszonym stanie. – Moja walizka jest tam. Zaraz zdejmę do  kontroli.

– Nie ma potrzeby – polski celnik uśmiechnął się życzliwie, a czeski przytaknął. Zerknęli tylko na paszporty i zasalutowali na odchodnym. – Štastnou cestu! Szczęśliwej podróży!

Zażywny pan z ulgą otworzył okno, patrząc, jak jego rodaka wyprowadzają z pociągu i ciągną do budynku stacyjnego.

– Wszystko dobre, co się dobrze kończy – powiedział. – I niech wywietrzy się po tym złodzieju.

– Polskim złodzieju – zauważył w języku Mickiewicza nastoletni czeski patriota, na co rodzicielka zgromiła go wzrokiem, choć bez przekonania.

– Tak mi przykro… – ich towarzysz podróży bezradnie rozłożył ręce i by uniknąć kłopotliwych tematów, wkrótce znów zapadł w drzemkę.

W Sosnowcu matka i syn wysiedli więc jak najciszej, chociaż dobry wojak Szwejk na ich miejscu nie powstrzymałby się przed jakąś głośną, życiową puentą.

Lublin, sobota 10 września 1938 roku

– To ty? – zapytał naiwnie w ludzkim odruchu.

– Nie, to nie „ty”, ale pani Regina Wołkońska, ty łajdaku, bydlaku, ty chamie zbuntowany! – wrzasnęła. – Umyślnie, przez złośliwość kazałeś mnie trzymać z kryminalistkami!

Komisarz Zygmunt Maciejewski sądził, że to wczoraj miał ciężki dzień. Zabita służąca inżynierostwa Stachowiczów, jej chlebodawca, który z uporem maniaka obracał mord z lubieżności w sprawę polityczną, no i wreszcie przełożeni, patrzący krzywo na Zygę, karnie przywróconego na stanowisko kierownika wydziału śledczego, chociaż jeszcze niedawno był oficerem inspekcyjnym. Kto by uwierzył, że odetchnął z ulgą! Nie po to został policjantem, żeby patrzeć na ręce kolegom. Zawsze chciał po prostu robić swoje, czyli porządek w ojczyźnie, odrodzonej zbrojnym zrywem tylko po to, by teraz dręczyli ją politykierzy. Dlatego wstając rano, codziennie był gotów na wiele nieprzyjemności, jednak nie na stryjeczną szwagierkę.

– Nie pochlebiaj sobie, miałem na głowie ważniejsze sprawy – najspokojniej w świecie powiedział ten gbur, za którego pod koniec dwudziestego szóstego wyszła jej kuzynka nieboszczka. – Daj mi przejrzeć akta! Im bardziej będziesz mnie denerwować, tym dłużej to potrwa – zagroził, więc zamilkła.

Mundurowy, który przyprowadził zatrzymaną, zasalutował i wyszedł zniesmaczony. Również dzielący z Maciejewskim gabinet podkomisarz Kraft uznał, że nie będzie potrzebny.

– Zygmuncie, spróbuj mnie zrozumieć. Nerwy… – dopiero gdy zostali sami, Wołkońska odezwała się ludzkim głosem, chociaż nie była to Wigilia. – Przepraszam, że się uniosłam. Jestem w rozpaczliwej sytuacji, Zygmuncie…

– Panie komisarzu – poprawił ją wrednie. – Jeśli jaśnie pani będzie grać komedie, posiedzi czterdzieści osiem godzin. To mi nawet na rękę, bo nikt mi nie zarzuci kumoterstwa. A między nami, waszej rodziny nigdy nie lubiłem. Więc bez kręcenia, o co chodzi z tym fałszywym naszyjnikiem?

– Uwierz mi, proszę, nie wiem…

Rozłożyła ręce tak bezradnie, jak jego żona nieboszczka, kiedy zapytał, dlaczego zdradzała go nawet nie z ułanem, ale z oficerkiem od aut pancernych. Widocznie u pań Wołkońskich to było rodzinne, a jednak Zyga uwierzył szwagierce. Z kwitów też biła jej bezradność, nieprzystająca do roli oszustki, za jaką wziął Reginę pan Kalicki. Zaszkodziła sobie wyłącznie krewkim temperamentem, wrzeszcząc na policjantów, którzy za cholerę nie potrafili zrozumieć, że rodową kolię wyjęła z rodzinnego sejfu, a zatem nie mogło być mowy o sztucznym złocie ani podrobionych brylantach. Takich nie włożyłaby przecież na szyję sportretowana w 1859 roku z tym samym naszyjnikiem babka Justyna Wołkońska!

– A od kiedy to ty jesteś spadkobierczynią klejnotów po babce? – spytał komisarz, zapalając papierosa.

– Jeżeli nawet, to chyba inny paragraf i nieścigany z urzędu – zauważyła całkiem sprytnie Regina. – A miałam klucz do sejfu. I mam długi, Zygmuncie, potworne długi…

Maciejewski skrzywił się. Po pierwsze, był przyzwyczajony, że na przesłuchania w wydziale śledczym trafiali najuczciwsi z uczciwych, którym złośliwy los postanowił podstawić nogę. Po drugie, chociaż z nieboszczką żoną przeżył ledwie kilka burzliwych miesięcy, jej kuzynkę zdążył poznać jak zły szeląg.

– Dlaczego mnie to nie dziwi? – burknął.

– Nie wiem, może mnie oczerniono przed tobą? – jęknęła. – Ale posłuchaj, bardzo cię proszę.

Skinął głową. Słuchanie było jego obowiązkiem i dawno już myślał, aby z psychiatrami i księżmi spowiednikami założyć wspólny związek zawodowy. Nie sądził jednak, że nagle jego zdawkowe notatki rozrosną się na dwie strony. A już całkiem nie przypuszczał, że na koniec zdecyduje:

– Dobrze, podpiszesz protokół i jesteś wolna.

– Anna nie zasługiwała na ciebie, Zygmuncie – powiedziała Wołkońska z takim przydechem, jakby w istocie pytała, czy szwagier życzy sobie, aby rozpięła bluzkę.

– Pewnie dlatego Pan Bóg miłosierny pokarał ją galopującymi suchotami – warknął Maciejewski. – Podpisz i nie chcę cię więcej widzieć.

***

Boomerang wynaleźli krajowcy australijscy, a w ich aborygeńskim narzeczu słowo to oznacza „kij, który wraca” – zapamiętał Zyga Maciejewski z sobotniego „Expressu”. Lubił takie ciekawostki ze świata. A teraz czuł się tak, niestety, jakby któryś z owych Aborygenów rzucił mu swym wynalazkiem prosto w łeb i z dzikim uśmiechem znów trzymał go w dłoni gdzieś na antypodach, poza zasięgiem wzroku komisarza.

Mieszkanie prezesostwa Szpindlerów á Donau przy zastawionej reprezentacyjnymi kamienicami ulicy Szopena całe było w nieładzie. Złodzieje zdjęli też obraz Fałata przysłaniający solidny sejf firmy Wiener Cassen, lecz w tym jednym miejscu poza kilkoma niewprawnymi rysami od łomów nie pozostawili żadnego nieporządku.

– Amatorzy… – wywiadowca Fałniewicz pokręcił głową, pisząc ogryzkiem ołówka w swym małym notesie, niewystającym poza krawędź wielkich jak patelnie dłoni.

Maciejewski z kolei nie mógł się oprzeć wrażeniu, że już coś podobnego widział. Być może w archiwum Urzędu Śledczego m.st. Warszawy przetrwał wykaligrafowany cyrylicą protokół oględzin policyjnych z włamania do warszawskiego mieszkania rodziców Reginy Wołkońskiej w 1912 roku, lecz Zyga nie potrzebował go czytać. Szwagierka zrelacjonowała mu zdarzenie wystarczająco plastycznie, by do jego głowy oprócz rdzennych Australijczyków zakradło się francuskie déjà vu.

Według jej relacji przyjęcie było wyjątkowo nieudane. Wyróżniała się spośród dzieci przy osobnym stole niczym Alinka w Krainie Czarów, bo była wśród nich jedyną trzynastolatką, za młodą na dorosłych, ale i za dorosłą na te bachory. Upokorzenie zniosła jednak z godnością, jak przystało na pannę Wołkońską, lecz myślała tylko o tym, że po powrocie do domu jako najstarsza z rodzeństwa będzie mogła przed snem przeczytać choć jedno opowiadanie o śledztwach Szerloka Holmesa. Niestety, strasznym było wrócić do domu, w którym przestępcy wybebeszyli nie tylko zawartość szaf, lecz i książki z biblioteczki – w poszukiwaniu ukrytych za nimi skrytek.

– Nie trzeba było dawać wychodnego służbie – jęknęła matka.

Regina spojrzała na ojca, oczekując drogowskazu. On jednak sprawdził tylko sejf, a zastawszy go nienaruszonym, zaśmiał się z włamania jak z dobrego dowcipu.

– I czyż nie miałem racji? – zapytał, wskazując kolię na szyi żony. – Lamentowałaś, tymczasem nasze towarzystwo nie odróżnia wcale prawdziwej biżuterii od czeskich kopii. Dobrej kasy ogniotrwałej byle złodziej nie sforsuje, a że sobie nakradli bielizny czy sreber…

Panna Wołkońska pamiętała także, że przed północą zjawił się policmajster z ajentami śledczymi i wszyscy chwalili zapobiegliwość głowy rodziny, który zamknął w solidnej kasie najcenniejsze rodowe klejnoty, a dla towarzyskiego poloru małżonki kazał w Jabloncu sporządzić falsyfikaty.

– Czesi są w tym wyśmienici – mówił po rosyjsku, ajenci policyjni zaś skwapliwie przytakiwali. – W zaufaniu mogę rzec panom, że mówi się nawet w towarzystwie: jak któraś z dam obnosi się na mieście z diamentami, to musi być, z przeproszeniem, robota na Czecha.

Sejf, oczywiście, otwarto, by uzupełnić protokół. Uczynił to kluczem pan Wołkoński, radując oczy zebranych ułożonymi równo banknotami, papierami wartościowymi i biżuterią, jaskrawo odbijającą niedawno założone światło elektryczne.

– Amatorzy, panie kierowniku – powtórzył Fałniewicz i Maciejewski wreszcie spojrzał na niego przytomniej, wyrwany z historycznych myśli. A może tylko, jak uznał tajniak, wyswobodzony z bańki często dręczącego go kaca.

– Mimo wszystko wyjąć zawartość sejfu i dać rzeczoznawcy, na przykład panu Kalickiemu – polecił komisarz. – A wcześniej zdjąć odbitki palców prezesostwa, służących i każdego, kto wam tylko przyjdzie do głowy. Równolegle zrobić daktyloskopię biżuterii i porównamy sobie.

– Tak jest – Fałniewicz skrupulatnie zapisał w notesie to zupełnie zbędne polecenie.

***

Pan Kalicki śmiał się długo i paskudnie, ale mógł sobie na to pozwolić. Nie było klientów, tylko on, mistrz Jabłoński, przeszło kilogram biżuterii i komisarz Maciejewski, który paląc papierosa, czekał na werdykt. Poza tym Kalicki jako oficer frontowy doskonale rozumiał, czym jest Schadenfreude.

– Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie? – zapytał burk­liwie Zyga. – Falsyfikaty?

– Co do jednego! – Kalicki aż klepnął się w udo i osuszył usta chustką. – Pan wiedział? – upewnił się, gdy jego radość z cudzej głupoty zelżała.

– Teraz wiem – Maciejewski zadusił papierosa w popielniczce i stanął za mistrzem Jabłońskim, który wciąż z niedowierzaniem oglądał pod lupą świecidełka państwa Szpindlerów. – Wcześniej tylko się domyślałem, ale nie chciałem wpływać na osąd panów. Więc ile to warte?

– Sto złotych? – zaryzykował właściciel zakładu.

– Ze trzysta, panie szefie – mistrz Jabłoński był bardziej życzliwy. – Tombak i szkiełka, trzeba jednak przyznać, robota artystyczna.

Teraz dla odmiany zarechotał Maciejewski. Sam trzema setkami by nie pogardził. By tyle zarobić, musiał walczyć z przestępczością prawie dwa miesiące, lecz bywał po knajpach i wiedział, że takim ludziom jak dyrektor banku podobne sumy zdarzało się puścić nawet w jeden wieczór. Jak na lokatę rodzinnego kapitału, wynik mizerny.

– A tego pana pan zna? – komisarz wyjął z teczki polisę ubezpieczeniową na ruchomości dyrektorostwa z ujętą w zgrabny owal firmą B. MARMUROWSKI I S-KA, AGENCJA CELNA I UBEZPIECZENIOWA.

– Podobno jest tani i nader rzutki, ale szczęśliwie nie potrzebowałem mieć przyjemności z tym panem.

Zyga uśmiechnął się półgębkiem i pożegnał. Z tym panem miał przyjemność już kilkakrotnie, i to coraz większą. Pierwszy raz, gdy niejaki Berel Marmur zeznawał w wydziale śledczym przesłuchiwany na okoliczność posługiwania się fałszywymi dokumentami. Drugi, trzeci i bodaj piąty, kiedy ten sam człowiek, już jako Bernard Marmurowski, nie śmiał odmówić komisarzowi podzielenia się informacjami poufnymi. Po każdym z tych spotkań w gabinecie agenta pozostawał swąd taniego tytoniu, w jego umyśle zaś przerażające poczucie niespłacalnego długu. Podobnie jak Kalinowski w mig umiał ocenić wyrób jubilerski, Marmurowski potrafił przekalkulować każde ryzyko. Z jednym wyjątkiem: nie sądził, że jego tak potrzebne do koncesji świadectwo niekaralności tyle będzie kosztować…

Jednakże na widok Maciejewskiego jak zawsze zrobił dobrą minę do złej gry.

– Pan komisarz! Bardzo przyjemnie mi pana widzieć! – zaraz poderwał się zza biurka i chciał podać rękę, lecz Zyga najpierw z hałasem zatrzasnął drzwi gabinetu agenta, a potem zapalił papierosa. – Czym mogę panu… służyć? – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo glina położył przed nim polisę państwa Szpindlerów á Donau.

– Powiedzieć panu, co przeczyta pan jutro w gazecie?

– Dziękuję – Marmurowski otarł czoło wyszarpniętą z górnej kieszonki marynarki białą jak śnieg poszetką. – Domyślam się.

Wykrochmalona chustka w mig poszarzała, rumiana twarz ubezpieczyciela pozieleniała jak po przepiciu, natomiast komisarz Maciejewski z satysfakcją wyjął z kieszeni notes i wieczne pióro.

– No! – zachęcił.

– Nie będzie mnie już dzisiaj dla nikogo – zakomunikował do słuchawki telefonu agent celny i ubezpieczeniowy.

***

– To się robiło od lat i wszystko jest legalne na sto procent, panie komisarzu – Marmurowski mógłby to przysiąc na Kodeks karny z komentarzem, Biblię, Torę, nawet na Sienkiewicza. Nie był bibliotekarzem i między grubymi książkami w twardej oprawie nie widział większej różnicy. – Powiedzmy, że jest pan w posiadaniu kosztownej szpilki do krawata… Pan, oczywiście, takich nie nosi, ale teoretycznie… Szkoda byłoby taką szpilkę na przykład zgubić, ale też szkoda nie nosić, skoro ładna. Tu wkraczają tacy ludzie jak ja, panie komisarzu, którzy chętnie ją ubezpieczą, niestety procent od wartości unikatowego klejnotu nie jest mały… Szczęśliwie sam pan komisarz wie to najlepiej, z niejednego pieca chleb jadłem, nie zawsze mi się powodziło i znam dobrze sposoby minimalizowania ryzyka. Czescy złotnicy to w tym przypadku kluczowa sprawa!

– Czescy… – zanotował Zyga i z wyrzutem stuknął palcem w swój pusty kieliszek do koniaku.

Marmurowski natychmiast sprostował to nieporozumienie. Opróżnił też popielniczkę do kosza na papiery.

– Sztuczną biżuterię robią w Jabloncu już od dwustu lat, więc sam pan rozumie, potrafią produkować takie cuda, że dobrze oszlifowane szkiełko z rozbitej butelki po pilznerze będzie wyglądać jak brylant! Już za cara arystokracja zamawiała sobie balowe imitacje kolii, pierścionków czy innych precjozów, tymczasem rodowe skarby ani na chwilę nie opuszczały kas pancernych. Dlatego z przekonaniem podpowiadam to samo klientom, bo proszę zauważyć, panie komisarzu, samo posiadanie sejfu na kosztowności to już znaczący upust w polisie, a gdy do tego dochodzą zamki patentowe w drzwiach mieszkania… Państwo dyrektorostwo posiadali jedno i drugie, a ja ze swojej strony pozwoliłem sobie tylko zarekomendować odpowiedniego czeskiego złotnika, który zdejmie im z głowy wszystkie zbędne kłopoty.

Z jego słów faktycznie kłopotów nie było żadnych. Czech przyjechał do Lublina, na miejscu sfotografował wszystkie klejnoty i sporządził kilkadziesiąt stron rysunków oraz dokumentacji, a kilka miesięcy później kurier przywiózł idealne kopie biżuterii małżonki pana dyrektora.

– Zwróciłem im uwagę, żeby przypadkiem nie położyli oryginałów obok falsyfikatów, bo nie odróżnią! – Marmurowski wypił pół lampki i aż się zaśmiał. – Wziąłem swoją prowizję, ale pan dyrektor był mi wdzięczny, bo w perspektywie lat opłacania obniżonych składek to czysty zysk. Ubezpieczenie wypłaci się co do grosza, słowo honoru, chociaż moja strata! Oszacowanie wartości klejnotów z sejfu trochę potrwa…

– Nie zrozumiał mnie pan – komisarz zamieszał trunek w niewygodnym kieliszku. Wolałby czystą wódkę, lecz opijanie konfidenta z droższych alkoholi pasowało mu operacyjnie. – Sejfu nikt nie ruszył, natomiast wyjęliśmy z niego wyłącznie tombak i paciorki. Pan zostawi wiadomość sekretarce, że nie będzie pana w pracy przynajmniej czterdzieści osiem godzin.

– Jak to mnie nie będzie?

Maciejewski wyjął z kieszeni na blat biurka najpierw brudną chustkę do nosa, potem skasowany bilet autobusowy, wreszcie kajdanki.

– Bo chociaż bardzo pana lubię, to mam zwierzchników. I jest pan zatrzymany.

Każdy cwaniak z okolic placu Bychawskiego, gdzie Marmurowski miał swoje biuro, w mig by ocenił, że ten podpity glina nie zdąży go schwycić, jeśli zaraz szurgnie do drzwi, ile sił zbiegnie po schodach, a następnie zanurkuje w labiryncie bram i podwórek bandytówki. Agent opadł jednak w fotel, jakby ktoś spuścił z niego powietrze.

– Pozwoli pan telefon? – Maciejewski sięgnął po słuchawkę. – Dowiem się tylko, kto z naszego miasta ostatnio spędzał urlop w Czechosłowacji, a potem pojedziemy na komendę.

– Niech się pan nie trudzi, panie komisarzu – poprosił agent celny i ubezpieczeniowy. – Ja wiem kto.– Dlatego tak pana lubię – Zyga wyjął kolejnego papierosa i zaczął grzebać w pudełku zapałek, do którego miał maniakalny zwyczaj chować z powrotem te ze spopielonymi łebkami. – I wie pan, jeśli znajdę za trzecią próbą, to może dam panu ostatnią szansę…

Marmurowski w mig usłużył mu zapalniczką.

Lublin, niedziela 11 września 1938 roku

Ledwie z biedniutkiego kościółka Świętej Teresy dobiegło ciche dzwonienie na poranny Anioł Pański, pan Myszkowski zaczął przygotowywać sobie śniadanie. Gdy zaraz po dzwonach rozbrzmiało walenie do drzwi, wcale się nie zdziwił, chociaż na tę porę nikt nie zaprasza gości. Był gotów.

– A pan komisarz tym razem o co ma do mnie pretensje? – pytał dwie godziny później w wydziale śledczym.

– Że znamy się tyle lat, a pan nie przysłał mi widokówki z wakacji. Co pan robił w Czechosłowacji, panie Myszkowski? – Zyga uśmiechnął się, częstując starego złodzieja papierosem.

– Dziękuję – pokręcił głową tamten – ale w urzędach państwowych nie wolno palić. Zresztą wolę egipskie od tych pańskich. A w Czechosłowacji? Najwyższy czas zwiedzić kawałek świata, bo w moim wieku to Bóg wie, czy później zdrowie pozwoli…

Tym samym flegmatycznym tonem odpowiadał na pytania tajniaków i mundurowych, którzy rewidowali mu skromną kawalerkę. Pokój z kuchnią, więc szybko poszło.

– Widział pan może jakieś zabytki albo urocze krajobrazy? – spokojnie ciągnął komisarz. Koniec końców kulturalni ludzie nie przechodzą do interesów bez wymiany grzecznych uwag o pogodzie i nowinek towarzyskich.

– Nie zwróciłem uwagi, bo głównie piłem tamtejsze piwo. Zdrowe na nerki, a w moim wieku nerki to podstawa.

– I podobno chcieli pana okraść w pociągu powrotnym.

– Podłość ludzka nie zna granic, panie komisarzu – Myszkowski filozoficznie pokiwał głową. – Miło, że chociaż pan się zatroskał.

Wtedy Zyga przeszedł do rzeczy. Sięgnął pod biurko, gdzie stał niedawny bagaż podróżny carskiego jeszcze wyrokowca, któremu od kilkunastu lat policja niczego nie zdołała przypiąć.

– Pańska walizka?

– Prawda, że ładna?

– Wyjątkowa – Maciejewski położył ją na biurku, otworzył i stanowczym ruchem rozdarł podszewkę. – Ma podwójne dno.

– To dopiero! – stary doliniarz zrobił minę jak dziecko na występie magika. – A ten facet, od którego ją kupiłem na targu, nic mi o tym nie mówił.

– Jaki facet?

– Jak to na targu, nieznajomy. Wzrost średni, budowa przeciętna, znaków szczególnych nie miał. I wie pan co, aż się dziwię, że w dzisiejszych czasach takie łajzy biorą na celników. Powinni to wykryć, prawda? Pan to co innego, pan to jest klasa funkcjonariusz i oby więcej takich, oby więcej!

– Pan bardzo mnie drażni przy świętej niedzieli, panie Myszkowski.

– Bardzo mi przykro, panie komisarzu. Może kefiru powinien pan się napić? Na kaca najlepszy.

Zyga uśmiechnął się ze zrozumieniem. Faktycznie jego szara gęba i wory pod oczami mogły świadczyć o wesoło spędzonym wieczorze. W rzeczywistości spędził go nad aktami sprawy zabójstwa, więc ta, ze słabszego paragrafu, irytowała go tym bardziej, zwłaszcza że zaczęła się od rozmowy z byłą szwagierką.

– Musi pan przyznać, panie Myszkowski, że byłem wobec pana w porządku. I teraz też będę, na świadka w procesie nie zapraszam. Nazwiska!

– Jakie nazwiska, panie komisarzu?

– Fałszerzy, pośredników, włamywaczy pozorantów i tych, co otworzyli sejf dyrektora Szpindlera.

– Przepraszam, ale pan komisarz musi być w błędzie. O tym włamaniu, owszem, zdążyłem przeczytać w popołudniowej gazecie, tyle że tam stało jak byk: przestępcy nie zdołali otworzyć sejfu.

– Przeciąga pan strunę, panie Myszkowski… – warknął Zyga.

– Ile razy mam powtarzać panu komisarzowi, że już emeryt jestem? – stary złodziej rozłożył ręce. – I przepraszam, mówimy o drobnej kradzieży czy o napadzie rozbójniczym, że mnie pan tak niepokoi, jakby szło o jakąś zbrodnię? A to wygląda tylko na występek, panie komisarzu, niech pan zapyta sędziego śledczego.

O to akurat Maciejewski pytać go nie musiał. Każdy mógł sobie pojechać za granicę i każdy miał prawo posiadać walizkę z podwójnym dnem. Zupełny brak odbitek palców na fałszywej biżuterii świadczył wprawdzie, że właściciele nigdy jej nie dotykali, ale też nie wskazywał nikogo, kto zamienił im rodowe złoto na czeskie podróbki. W przekonaniu komisarza sprawa była jasna: włamanie upozorowano tylko po to, by ktoś artystycznie, bez śladów otworzył sejf i zastąpił złoto oraz brylanty tombakiem i szkiełkami. Ostatecznie skoro czeski jubiler zrobił jeden falsyfikat, co mu szkodziło za dobrą opłatą sporządzić drugi, dla całkiem innego klienta… Faceta, który łączył wszystkie nitki, śledczy właśnie cisnął. W kwitach miał jednak tyle, co państwo Szpindlerowie á Donau w swojej skrytce za Fałatem.

– Dlatego Myszkowskiego trzeba będzie zwolnić – kilka godzin później powiedział wisielczym tonem sędzia śledczy Rudniewski. Zyga siedział w jego gabinecie i chociaż popijali kawę przyniesioną od Semadeniego, smakowała im gorzej niż zbożowa. – To nie jest pańska porażka, panie komisarzu, to tylko zasłużony sukces tej szajki.

– Łatwo mówić panu sędziemu, bo nie panu ten cwaniak będzie się śmiał w oczy – Maciejewski spojrzał z żalem w głąb filiżanki. Niestety Rudniewski był człowiek z zasadami i nie przyszło mu do głowy dolać koniaku, ostatecznie wódki. – Ale ja go z oka nie spuszczę i prędzej czy później wpadnie, choćbym miał skonać!

– Była u mnie poskarżyć się pańska szwagierka – zmienił temat pan sędzia.

– A pańska młoda żona nie skarży się jeszcze, że niedzielne popołudnia spędza pan ze mną? – Zyga też potrafił odwrócić kota ogonem. – I skoro jestem, chciałbym pomówić o morderstwie służącej na Zielnej…

Obaj panowie zanurzyli się w powoli pączkujące akta w sprawie śmierci Anieli Biernackiej, ale to zupełnie inna historia…

Lublin, sobota 31 maja 1952 roku

– Pięćdziesiąt, sto, sto pięćdziesiąt. Następny!

Przedwojenny komisarz obrócił w dłoniach swoją dawną książeczkę oszczędnościową, teraz przedziurawioną i z dwoma ohydnymi stemplami ZAREJESTROWANO oraz WYPŁACONO GOTÓWKĄ. Miał na niej pięć tysięcy i kiedyś mógłby za to kupić samochód albo dom, albo tyle wódki, że nawet jemu wystarczyłoby do końca życia.

– Następny, powiedziałam! – kasjerka obruszyła się na klienta, który tkwił przy okienku, chociaż został już fachowo i grzecznie obsłużony, a murem za nią stanęła kolejka interesantów.

Dochodziła szesnasta i jak to w sobotę banki oraz urzędy pracowały krócej. Tym szybciej zatem upływał ostatni dzień, gdy oszczędności sprzed wojny można było zamienić na dwudziestozłotowe banknoty z babą, pięćdziesiątki z rybakiem czy jeśli ktoś był w czepku urodzony, to nawet i na stówy z przodownikiem pracy. Wyższych nominałów nie wypłacano, bo aż tacy kapitaliści nie stali w ogonku w PKO przy Krakowskim Przedmieściu. Nie stali, bo na ogół siedzieli. Jeżeli nie siedzieli, byli za granicą. A jeśli sprytnie ukryli się pośród nowego, zdrowego społeczeństwa, przelicznik trzy socjalistyczne złote za sto sanacyjnych nie był dla nich wart zachodu.

Z banku Maciejewski powlókł się najpierw sparszywiałymi pryncypialnymi ulicami, potem minął znacjonalizowane fabryki za rzeką, wreszcie kawałek za dworcem kolejowym pchnął drzwi mordowni ozdobione kiedyś przesadnym szyldem WYKWINTNA, a teraz bardzo adekwatnym LOKAL GASTRONOMICZNY PSS NR 13. Tam na widok wchodzącego z miejsca podniosły się kufle.

Bo Maciejewski to był komisarz srogi,
był facet z ikrą, choć bydlę, jak to pies.
Całą mentownię postawił on na nogi,
wokół Antosia się zaciskała sieć…

– zaśpiewał fałszywie na melodię znanego tanga jakiś młody podskakaniec, który za czasów świetności bohatera piosenki dopiero uczył się celować w nocnik.

Zyga skrzywił gębę. Chciał wyjść, ale od stolika wstał sapiący staruszek z muszką na niewyprasowanej koszuli. Po męsku chwycił Maciejewskiego za ramię i zamknął drzwi za jego plecami.

– Panie Leonie! – warknął na kelnera. – Tu nie przedwojna i nietrzeźwych nie obsługuje się.

– Przepraszam, panie Myszkowski, ja żem nie wiedział, że pan… – muzykalny młodzieniec podniósł się, grzecznie zapinając guzik kraciastej marynarki.

Zanim dokończył zdanie, stary złodziej zdążył puścić Maciejewskiego i podejść do stolika, gdzie gówniarz siedział z kumplami. Wziął jego kufel z ciepławym piwem, po czym wylał szczeniakowi na spodnie.

– Panie Leonie, upił się i obszczał się! – podniósł głos na całą salę. – Co to za porządki, do cholery jasnej, że obrzydliwość bierze?! Won, gówniarzu, zanim ci więcej wstydu narobię! – syknął młodemu do ucha, chociaż musiał w tym celu stanąć na palcach.

I mimo że gdzie indziej dla przedwojennych bohaterów czasy były ciężkie, tu grzesznik posłuchał proroka i w knajpie naraz nastała cisza oraz kulturalna konsumpcja, zupełnie jak na weselu w Kanie Galilejskiej. Myszkowski posadził Maciejewskiego przy swoim stoliku, po czym na początek zaordynował płyny. Słusznie, bez jedzenia człowiek wytrzymuje do kilku tygodni, bez picia najwyżej parę dni.

– Co pan raczył zainkasować tytułem długich lat pracy w służbie państwowej?

– Akurat żeby przepić – Maciejewski położył na brudnym blacie trzy banknoty po pięćdziesiąt złotych. – Przyłączy się pan?

– Z panem komisarzem? Z największą przyjemnością! Panie Leonie, korzenie pan zapuścił?! – zawołał w stronę szynkwasu emerytowany złodziej. – A ja już przed wojną wszystkim powtarzałem, że jak odkładać oszczędności, to tylko w złocie, tylko w złocie, panie Maciejewski.

– Byle nie z Jabloneksu, co? – mruknął były glina.

– Pan, panie Maciejewski, jest bardziej pamiętliwy niż moja nieboszczka, świeć Panie nad jej duszą! – stary złodziej z wprawą wybił korek z butelki.

– Przecież już może pan powiedzieć prawdę, przedawniło się – mruknął Zyga.

– Skoro zna pan prawdę, panie komisarzu, to po co pan pyta? – Myszkowski rozlał wódkę do szklanek. – A poza tym sam pan powie, czy ja się kiedyś prułem w śledztwie? To niby dlaczego teraz, skoro w moim wieku człowiek ma pełne prawo do sklerozy?… Panie Leonie, i jeszcze te… jak im tam… zakąski!

Leon Kmieć kiwnął głową. Przed wojną szacował klientów u jubilera, więc i teraz rozumiał, komu podać ze starej beki, a komu śledzika jak złoto.
 

ilustracja: Daniel de Latour
ilustracja: Daniel de Latour

Zygmunt „Zyga” Maciejewski:

(1900–1981), wędkarz, abnegat i sknera, przedwojenny komisarz policji, raz jeden jako wróg demokracji ludowej w 1945 miał w ręku „Przekrój”. Bohater dziewięciu powieści i kilku opowiadań M. Wrońskiego, a nawet widowiska teatralnego i animacji noir Ta cholerna niedziela. Życie przeznaczyło mu los socjalpokraki jako dziecku bojowców PPS-u, lecz dzięki drobnomieszczańskiemu wychowaniu ciotki zastał bokserskim mistrzem okręgu (1924) i oficerem Służby Śledczej (1926). Miał krzywo zrośnięty nos i nawyk wkładania spalonych zapałek z powrotem do pudełka. Dużo palił i wypić lubił, lecz rozkochał do nieprzytomności niejedną czytelniczkę.

 

Data publikacji:

Marcin Wroński

Ur. 1972 r., pisarz. W 2017 r. obchodzi 25-lecie twórczości, mimo że przez pierwsze 15 był wzorcowym przykładem nieudacznika. W związku z tym planował napisać sagę powieściową pt. „Historia nieudaczności”, ale nawet to mu nie wyszło. Popularność i życie z pióra przyniósł Wrońskiemu cykl kryminałów retro o komisarzu Maciejewskim, rozpoczęty w 2007 r. „Morderstwem pod cenzurą”. Za „Pogrom w przyszły wtorek” w 2014 r. zdobył wszystkie możliwe laury dla polskiego autora kryminałów, w tym Nagrodę Wielkiego Kalibru. Jednakże do historii tego zaszczytnego wyróżnienia i tak przejdzie jako najdłużej i najczęściej nominowany. Ostatnio w cyklu ukazał się „Czas Herkulesów” (2017), a na przyszły rok pisarz planuje zbiór opowiadań kryminalnych ze swoim bohaterem, wieńczący jego śledztwa. Podobno dziesięcioletnie pasmo sukcesów zrujnowało autorowi system nerwowy.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!