Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Wprawdzie odmian jaśminu kwitnących pod koniec lata, jak w tym opowiadaniu, jest niewiele, ale bohaterów ...
2019-06-17 10:00:00
Opowiadanie

Zapach jaśminu

ilustracja: Cyryl Lechowicz
Zapach jaśminu
Zapach jaśminu

Wprawdzie odmian jaśminu kwitnących pod koniec lata, jak w tym opowiadaniu, jest niewiele, ale bohaterów literackich, którzy przeżywają
letnie zauroczenia – wręcz przeciwnie. Tego bohatera jednak nie sposób nie polubić.

Czyta się 15 minut

Lato umierało powoli na jednej z plaż włoskiego wybrzeża, w Positano. Słońce zachodziło za górą i ogrody mog­ły wreszcie odetchnąć po dusznych, upalnych dniach. Zapach jaśminu unosił się aż do okna Johna i odrywał go od książki, od nie dokończonej stronicy. Świat­ło przygasało bardzo powoli, regularnie, jakby w spokojnej agonii, którą można było przez chwilę rozkoszować się w ciszy, ale niebawem zakłócał ją hałas, najpierw niezdecydowany, potem wyraźniejszy: krzyki dzieci, zmęczone głosy dorosłych. Uciechy plaży kończyły się właśnie i wszyscy wracali po stromych schodach do domów i hoteli. Chwilę potem John usłyszał:

– Puk! Puk!

Delikatna rączka dziesięcioletniej dziewczynki stukała do jego drzwi.

– Proszę wejść!

Wsuwała głowę o gęstych czarnych włosach, zesztywniałych od soli morskiej, ukazywała twarz o długich posklejanych rzęsach i czerwonych ustach.

– Porządnie pan pracował?

Odpowiadał szczerze tak lub nie. Kiedy słyszała „tak”, z powątpiewaniem podnosiła palcem czubek nosa. Na „nie” marszczyła brwi:

– Trzeba było zejść na plażę. Wspaniale bawiliśmy się dziś po południu.

– Opowiedz.

– Wyrzuciło na brzeg wieloryba i ratownik zawołał nas wszystkich na pomoc, żeby go wepchnąć z powrotem do morza. Był ciężki... ciężki... nie może pan sobie wyobrazić.

– Udało wam się?

– No tak. Wieloryb był tak szczęśliwy, że odpływając wypuścił na nas ogromną fontannę wody.

– Naprawdę? Szkoda, że tego nie widziałem.

– Przydałoby się to panu do jakiejś książki. Miałby pan od razu napisane trzy strony.

– Dziękuję Aleksandro, to świetny pomysł.

– Jeśli pan chce, opowiem więcej przy kolacji.

– Nie warto, ja także mam wyobraźnię.

– Czy to znaczy, że pan mi nie wierzy?

– Jakżebym śmiał!

– Tak! Tak! Nie wierzy mi pan! No dobrze, jeszcze pan popamięta!

Strzelała drzwiami i słychać było jak galopuje po korytarzu. Nie zawsze był to wieloryb. Czasem wystarczył zwykły statek-widmo. Zakotwiczył w pobliżu plaży i szalupa pełna jednookich korsarzy żądała okupu od plażowiczów. Koniec końców piraci odpływali, zabierając wszystkie zielone piłki, i statek-widmo kierował się na pełne morze, osłaniając swą ucieczkę trzema wystrzałami armatnimi. Albo stukilogramowa miss Balantine, która w siedemdziesiątej wiośnie życia zażywała dwa razy dziennie kąpieli w kostiumie z lat 1900, uciekała ścigana przez hordę skafandrowców, celujących harpunami w tylną część jej ciała. Rozszarpywali oni po kawałku jej panieński kostium kąpielowy wraz ze spódniczką.

Normalną i logiczną reakcją dorosłego człowieka na tego rodzaju mniej lub bardziej przerażające opowieści byłoby powątpiewanie. Ale John miał się na baczności: wszystko, co opowiadała Aleksandra, było PRAWDZIWE. To znaczy miało swe źródło w prawdzie: wieloryb był zmęczoną świnią morską, piraci – dwójką dzieci, które wysiad­ły z jachtu i odpłynęły, kradnąc zieloną piłkę, a miss Balantine podarła kostium kąpielowy w krytycznym miejscu przewracając się na kolonię jeży morskich.

Wieczorem Aleksandra dorzucała parę szczegółów. Jadali na tarasie przy sąsiednich stolikach, ona w towarzystwie matki, a John sam pośród innych mieszkańców tego spokojnego hoteliku. Uważał jej matkę za osobę ładną, choć pełną rezerwy. Pomysły dziecka wywoływały u niej przelotny uśmiech pobłażania. Zdawało się, że zależy jej głównie na tym, by Aleksandra nie garbiła się przy stole i nie trzymała szklanki oburącz. Johnowi podobało się, że nie przechwala się córką i nie traktuje jej jak tresowanej małpki, ale mogłaby przecież pośmiać się z tych opowieści, tak jak inni. Aleksandra często przysiadała się do Johna w czasie deseru.

– Czemu pan mieszka tutaj sam?

– Ponieważ przyjechałem spokojnie popracować w małym pokoiku z widokiem na morze.

– A pańska żona?

– Nie mogła mi towarzyszyć, gdyż spodziewa się pięcioraczków.

– Och, pięcioraczki zdarzają się tak rzadko!

– Nie tak bardzo, myśmy już je mieli trzy razy.

– Pan ma piętnaścioro dzieci?

– A będę miał dwadzieścioro. Rozumiesz więc, Aleksandro, że w domu jest trochę hałasu i dlatego szukam spokoju.

– Jak się nazywają te dzieci?

– Strasznie trudno było znaleźć piętnaście imion, dawałem im więc numery w miarę jak przychodziły na świat: jeden, dwa, trzy i tak dalej…

Nazajutrz stwierdziła ze zmarszczonymi brwiami:

– Naopowiadał mi pan bredni wczoraj wieczór.

– Ja?

– No a kto? Z tymi pięcioraczkami. Założę się, że pan nawet nie ma żony.

– Kto wie?

– Kto wie! Nie sposób wydobyć prawdę z mężczyzny!

– Od kogo usłyszałaś takie głupstwa?

Z porozumiewawczą miną wracała do swego stolika. Kto mógł jej nakłaść do głowy takich rzeczy? John chciałby się dowiedzieć czegoś więcej o matce, którą mała nazywała czasem Laurą. Były Włoszkami i mówiły ze śpiewnym neapolitańskim akcentem. Z biegiem czasu John stwierdził, że Laura jest więcej niż ładna. Uznał ją za piękną, a jej obojętność – za oznakę usposobienia spokojnego i zrównoważonego, któremu w zupełności wystarczały długie godziny wylegiwania się na słońcu i miłość dziecka. Ale mężczyźni nie potrafią zrozumieć, że kobieta może być spokojna i szczęśliwa bez ich udziału, lub bez tego, co ich obecność mog­łaby dodać do stanu szczęśliwości.

***

John miał 35 lat i pisał właśnie swoją szóstą powieść, bez szczególnego zapału, stwierdziwszy z całą pewnością – która dodawała mu niekiedy odwagi – że nie jest geniuszem, że geniusze zdarzają się ­2 lub 3 razy w ciągu stulecia, i że jego książki nie zrewolucjonizują ludzkości. Dostarczą jej może rozrywki, a to już byłoby wiele i wystarczyło, by mógł żyć wygodnie, najczęściej poza Ameryką, prawie stale na tym włoskim wybrzeżu, gdzie wylądował przed laty w powodzi ognia i żelaza. Gdzie wtedy była Laura? Była jeszcze dzieckiem, zaledwie młodziutką dziewczyną. John, oparty o parapet otwartego okna, stał się nagle romantyczny z powodu zapachu jaśminu. Widział się w Neapolu, przed 15 laty. Jak w mundurze bohatera spotyka w tłumie młodą dziewczynę, nieśmiałą i odległą, o której wie, że za parę lat stanie się piękną i spokojną Laurą. W tamtym okresie igraszką byłoby zaręczyć się z nią. Wszystkie Włoszki marzyły o poślubieniu Amerykanina, nawet jeśli był nasiąknięty wermutem jak gąbka. Niestety, John poznał bliżej dużą ilość Włoszek, z których żadna nie sięgała Laurze nawet do pięt, zarówno pod względem charakteru jak i urody. A jednak miło było zatopić się w marzeniach, gdy rękopis powieści nie posuwał się naprzód.

ilustracja: Cyryl Lechowicz
ilustracja: Cyryl Lechowicz

– Puk! Puk!

– Proszę!

– No i jak?

– Dzisiaj nic. Trzy linijki!

– O czym pan właściwie myśli?

– Jestem zakochany w twojej matce!

John, przerażony własną odwagą, złagodził to stwierdzenie głośnym wybuchem śmiechu. Ale Aleksandrę niełatwo było oszukać.

– Ojej – powiedziała z zakłopotaną miną. – Znowu jakieś historie. Wcale nam to niepotrzebne! Czy pan nie jest szczęśliwy bez tego?

– Oczywiście, ale serce nie sługa.

– Już to gdzieś słyszałam. Jeśli pan chce, powiem o tym mamie, ale uprzedzam, że nie interesują jej tego rodzaju sprawy.

Cóż więc ją interesowało? Schodząc rano na plażę znajdował Laurę wyciągniętą na kamykach; smażyła sobie na przemian, metodycznie, plecy, boki i brzuch. Kiedy po raz pierwszy napotykała wzrok Johna, pozdrawiała go niedostrzegalnym ruchem głowy i uprzejmym uśmiechem, a potem już go nie dostrzegała, cokolwiek by robił w celu zwrócenia jej uwagi. Nie czytała, nie robiła na drutach, nie dokuczała Aleksandrze, nie przywoływała jej bez ­prze­rwy, jak inne mamy na plaży. Po prostu leżała wyciągnięta na materacu w cieniu czerwonego parasola. Z dnia na dzień słońce wzmacniało jej opaleniznę. John nie miał pojęcia jak się zabrać do rozmowy z nią, opanowany cudowną nieśmiałością, uczuciem całkiem dla niego nowym, które skłoniło go do stwierdzenia, że nie zaznał dotąd prawdziwej miłości. Aleksandra, mokra jeszcze od kąpieli, odrywała go od sentymentalnych rozmyślań.

– Nie bardzo się pan opala – mówiła.

– Jestem bladą twarzą, albo różową, jeśli wolisz.

– Jeszcze nie rozmawiałam z mamą.

– To dobrze. Gdy będę chciał, by się o tym dowiedziała, sam jej powiem.

– Doskonale. To znaczy, że woli pan, bym się tym nie zajmowała.

– No właśnie.

Fakt, że żaden z sobotnich statków nie przywoził Laurze męża, dodawał mu odwagi. Wysiadała z nich zawsze dobra dwudziestka mężów, których rodziny rozdzielały między siebie, ale Laura nie wychodziła na pomost na spotkanie mężczyzny swego spokojnego życia. Wieczorem, gdy Aleksandra już leżała, Laura paliła ostatniego papierosa na tarasie, wykluczając z góry jakąkolwiek próbę zbliżenia. Dziesiątki razy John obiecywał sobie, że siądzie naprzeciwko, na miejscu dziecka, ale w ostatniej chwili brakowało mu odwagi i bał się, że jakaś oschła uwaga rzucona publicznie zmusi go do ostatecznego odwrotu. W czasie obiadu pracownik recepcji roznosił pocztę. Każdy stolik dostawał listy, oprócz Laury, która wcale nie okazywała niezadowolenia. Można było zwariować od tego wszystkiego, i John, zamknięty całymi popołudniami w swoim pokoju, nie pisał ani jednej linijki, czekał tylko na zmierzch, który przynosił ze sobą zapach jaśminu. W nocy schodził na plażę i mieszał się z tłumem letników w kawiarni, gdzie tańczono pod pergolą. Lubił patrzeć na młode dziewczęta, bawiące się pod surowym spojrzeniem matek ociężałych od tłuszczu. Ale dziewczęta nie miały już dla niego uroku; z rosnącym pożądaniem myślał o Laurze, o Aleksandrze natomiast – z obawą pomieszaną z przyjemnością. To dziecko było prawdziwym diabłem:

– Nadal nic nie powiedziałam!

– Doskonale.

– Ale jeśli się pan nie zdecyduje, kto inny pana uprzedzi!

– Ale kto, na Boga?

– Nie jest pan jedynym mężczyzną na ziemi.

– Nigdy tak nie uważałem.

***

John odchodził smutny na cały dzień. Miłość nie przynosi szczęścia, rozmyślał, jak wielu innych mędrców. Nawet to stwierdzenie nie przynosiło szczęścia. John brał samochód i jechał do Neapolu; szukał tawern, gdzie jako młody żołnierz, tuż po wylądowaniu, odkrywał niewinne wdzięki Europy. Skórka cytryny w wermucie wzruszała go do łez. Od razu namiętnie pokochał Italię i uczucie to nie mijało z upływem lat, chociaż żyjąc tu i mówiąc świetnie po włosku nadal nie był w stanie zrozumieć zwyczajów i uczuć jej mieszkańców. Tam gdzie pozornie wszystko było proste napotykał na mur skostniałej moralności, i odwrotnie. Laura wymykała się spod obydwu kategorii. John przyłapał się na przemyśliwaniu o jakimś niezwykłym wyczynie, który zwróciłby na niego uwagę i zmusił młodą kobietę do wyjścia z tej obezwładniającej obojętności. Ale, niestety (czy na szczęście), nikt nie tonął, a w hotelu nie wybuchnął żaden pożar. Przez całą dobę John myślał, że jest na drodze do wyzdrowienia: stwierdził, że Laura to na pewno skończona idiotka, było to dla niego jedyne prawdopodobne wytłumaczenie absolutnej pustki, w jakiej zdawała się poruszać: nigdy nie widział jej z książką, nawet z pismem kobiecym, nie słyszał też, by powiedziała choć słowo do kogoś nieznajomego. Dywagacje te trwały krótko, bowiem John stwierdził, że jeśli Laura nawet jest idiotką, to pozostaje stworzeniem słodkim i łagodnym. A poza tym była Aleksandra:

– Puk! Puk!

– Proszę!

– No i jak, lepiej panu?

– Nie – wyznał.

Aleksandra popchnęła drzwi i weszła. Była boso, w kostiumie kąpielowym; trzymała w ręku sandały i czerwoną piłkę.

– Nie ma pan pojęcia co pan stracił!

– Co takiego?

– Przypłynęła łódź podwodna, kapitan wyszedł na zewnątrz, zlustrował plażę lornetką, a kiedy zobaczył mamę, wysłał list przez oficera w białych rękawiczkach. Chciał się z nią ożenić.

– A potem?

– Niech pan zgadnie!

– Nie wiem, pewnie odpowiedziała: „Wyjdę za pana, kiedy będzie pan miał większy statek!”

– Skąd pan wie? Właśnie tak odpowiedziała.

– A kapitan?

– Popłynął do La Spezi kupić sobie krążownik.

– Spodziewałem się tego.

Z korytarza rozległo się wołanie:   „Aleksandra!”

– Tak, mamusiu. Jestem u Johna.

– Chodź wziąć prysznic.

– Idę.

John wstał i wyszedł na korytarz, gdzie Laura czekała na córkę.

– Aleksandra opowiadała mi o wizycie łodzi podwodnej i o propozycji kapitana.

– Jakie to zabawne, prawda? – powiedziała Laura z uroczym uśmiechem.

– Chce pani powiedzieć, że to prawda?

– Oczywiście, że prawda! Aleksandra jest pozbawiona wyobraźni. Trochę wyolbrzymia rzeczy i ludzi, to wszystko. Chodź wziąć prysznic, kochanie.

Te parę słów podziałało na Johna jak balsam, uważał, że zrobił wielki krok naprzód, chociaż historia łodzi podwodnej trochę go niepokoi­ła. Oczywiście odkrył, że kapitan łodzi miał dziesięć lat i poprosił o rękę Aleksandry. Nazajutrz John zaprzepaścił życiową szansę: siedząc na plaży w pobliżu młodej kobiety zobaczył jak usiłowała odkręcić korek od butelki z olejkiem do opalania. Podbiegł i zaofiarował swą pomoc.

– Chwileczkę, to drobiazg...

Niestety, nie był to drobiazg i nie udało mu się odkręcić plastikowego korka. Musiał zawołać ratownika, który bez najmniejszego wysiłku zrobił to dwoma palcami. John poszedł ukryć wstyd w morskich falach. Długo pływał i okrążając skały dotarł do sąsiedniej plaży, gdzie sam na wąskim języczku piasku rozmyślał o swoim dziwnym zachowaniu. Nigdy dotąd nie czuł się tak onieśmielony i zakłopotany zarówno w myślach, jak i w gestach. Tak dalej być nie mogło. Wyjedzie. Wierzył, że czas zdoła go uleczyć. Cierpienie trwa przez jakiś okres, objawia się brakiem ochoty na cokolwiek, a potem wszystko się układa: zapomina się o smutku i nagle świat nabiera kolorów i wartości tak dalece, że znowu chce się żyć. Pewnego ranka, w momencie przebudzenia, imię i twarz, które prześladowały cię dotąd, stają się jednymi z wielu w tłumie zapomnianych osób. Dajesz im etykietkę i koniec. John powiedział sobie, nie bez pewnej dozy mądrości, że jeśli wyjedzie szybko, imię Laury pozostanie szczególnie drogie w jego pamięci: żadnego cienia nieporozumienia czy niepotrzebnego gestu, który by zakłócił ich spotkanie na włoskiej plaży. Być może napisze kiedyś opowiadanie o pięknej kobiecie, która pojawia się nagle w środku lata, zajmuje myśli tych, co ją otaczają, i znika jak obłok, bez wyjaśnień, okryta tajemnicą, która być może nie kryła niczego. Tak, to byłaby śliczna historia, ale żadne z pism, dla których pisywał, nie chciałoby jej wydrukować, ponieważ dla szerokiej publiczności potrzeba dramatycznych i nieoczekiwanych finałów, końcowego pocałunku i obietnicy, że kochankowie będą żyli długo i szczęśliwie w otoczeniu gromadki dzieci. To zresztą nie miało znaczenia. John zachowałby tę historię w szufladzie, gdzie jak stara fotografia żółkłaby powoli z upływem lat. Uspokojony nieco popłynął w stronę plaży pustoszejącej z powodu pory obiadowej. Zostały tam jeszcze tylko Aleksandra i Laura, które – zebrawszy ręczniki – zaczynały wspinaczkę po stromych schodach, do hotelu. Dogonił je już na pierwszych stopniach, wdzięczny losowi, że dał mu szansę pożegnania.

– Jesteśmy ostatni – powiedział. Angielki zjadły już wszystkie melony, a Włosi cały makaron.

– Tak – odpowiedziała Laura.

– Grzebałem się, bo to moja ostatnia kąpiel. Muszę stąd wyjechać...

– Co? Musi pan?... Słyszysz Aleksandro, twój przyjaciel wyjeżdża!

– Słyszałam mamusiu – odrzekło dziecko, które szło przed nimi, nie odwracając się.

John znów był zbity z tropu. Nie umiał znaleźć słów. Wszystko, co mógłby ewentualnie powiedzieć, wydawało mu się całkowicie nieinteresujące dla Laury, a fakt, że czuł ją tak blisko siebie, paraliżował go ostatecznie.

– Nigdy jeszcze nie czułem się tak głupio – zaryzykował w wielkim przypływie odwagi.

– Ach? – powiedziała. – Aleksandra, kochanie, wleczesz ręcznik po ziemi.

– Tak, mamo.

– Czy pani mnie zrozumiała?

Laura nagle zatrzymała się i odwróciła swoją piękną twarz w stronę Johna, który ze ściśniętym sercem wytrzymał łagodne spojrzenie młodej kobiety.

– Czy zrozumiałam pana?

– Ten pobyt był dla mnie niezwykle przyjemny, był czymś, co zdarzyło mi się po raz pierwszy w życiu i co nie zdarzy mi się już nigdy. Nie umiem powiedzieć jak bardzo jestem pani za to wdzięczny.

– Rzeczywiście, było przyjemnie.

Oczy jej oderwały się od Johna i zaczęła powoli piąć się w górę. Aleksandra znikła za zakrętem.

– Nie miałem odwagi z panią rozmawiać.

– Nie zawsze trzeba rozmawiać.

– Czy mam rozumieć, że pani wie?

– Aleksandra nie jest niemową.

– Prosiłem ją o milczenie.

– Nie trzeba było jej się zwierzać.

– Musiała pani pomyśleć, że jestem niespełna rozumu.

– Wprost przeciwnie... Uważam, że jest pan dla niej bardzo miły.

– Hmm!

Aleksandra wyskoczyła nagle z bramy, uśmiechnięta, ale nieco zawiedziona: nie nastraszyła ich. John obliczył, że zostało jeszcze sześćdziesiąt stopni, czyli dwie minuty regularnej wspinaczki. Postanowił bezwarunkowo wyjechać, zabierając ciężar tych paru zdań, które wymienili w uliczce ocienionej drzewami cytrynowymi, jaśminami i winoroślą.

– Dokąd pan jedzie?

– Do Neapolu. Znam w Pausilippe* pewien hotelik, gdzie będę mógł popracować w spokoju, nie odczuwając co pięć minut ochoty, by zejść na plażę i zobaczyć jak się pani opala.

– Tak? Nad morzem? – zapytała.

– Nad morzem, nieopodal restauracji, gdzie podają wspaniałe morskie smakołyki.

– Ma pan zapewne rację. Tam będzie panu dobrze.

– Będę żałował.

– Nie wolno niczego żałować.

Aleksandra znów wysunęła się naprzód, ale matka zawołała:

– Kochanie, uważaj na ręcznik!

– Tak, mamo.

I znikła za zakrętem.

– Będę wspominał Positano.

– Powinien pan tu kiedyś wrócić.

– Pani jest tu co roku?

– Tak, dla nas to blisko. Mieszkamy w Neapolu, gdzie urodziłam się i gdzie wyszłam za mąż.

– Są czasowniki, które sprawiają ból.

– Jakie?

– Na przykład: „wyjść za mąż”.

– Jeśli chodzi o mnie ten ból nie trwał długo...

Weszli na podest, gdzie Laura wspięła się, by zerwać dwie gałązki jaśminu, które roztarła w ręce i powąchała.

– Zapach jaśminu – powiedział John. – Nigdy go nie zapomnę.

Aleksandra czekała na szczycie schodów:

– Umieram z głodu – zawołała.

– Idziemy.

– Tak. To smutne. Ta droga nigdy nie wydała mi się równie krótka.

– To pewnie miał być komplement – powiedziała Laura nie patrząc na niego. – Czy wszystko wydaje się panu zazwyczaj takie długie i powolne?

– Tak, długie i powolne, kiedy prag­nę czegoś lub kogoś bardzo ­gorąco.

– Trzeba się nauczyć żyć inaczej.

– Nie mogę.

– Może pan. Wszyscy mogą.

Stali przed wejściem do hotelu. Aleksandra pobiegła pod prysznic, zostawiając ich samych.

– Do widzenia – powiedziała Laura. – Aleksandrze będzie pana bardzo brak.

– Mnie także będzie jej brak.

ilustracja: Cyryl Lechowicz
ilustracja: Cyryl Lechowicz

Nie miał nawet ochoty na obiad na tarasie, spakował walizki, zapłacił i ruszył po rozpalonej szosie, całkowicie pustej o tej ciężkiej godzinie. Neapol budził się właśnie ze sjesty, kiedy przyjechał, a hotelik w Pausilippe, gdzie już kiedyś mieszkał, jakby czekał nie niego. Rozłożył swoje książki i zaczęty rękopis na stole, przy oknie, i niepotrzebnie przeczytał kilka stron. Wydały mu się całkowicie pozbawione sensu. Wszystko odbywało się w szaleńczym tempie, by tylko zadowolić czytelników. John wiedział teraz, że życie bywa o wiele wolniejsze, niezdecydowane, pełne subtelnych niuansów. W przypływie gniewu podarł pracę ostatnich dwóch miesięcy i zasiadł nad białą kartką, na której narysował plażę, morze z żaglówką, dziewczynkę o czarnych włosach i młodą kobietę wyciągniętą na piasku. Potem wziął samochód i jeździł po Neapolu przez cały wieczór i część nocy. Nazajutrz obudził się późno, z bólem głowy i strasznie zaspany. Odsłonił okiennice – i słońce go oślepiło. Poniżej hotelu, na plaży, leżało parę osób. John przetarł oczy: dziecko z czerwoną piłką biegło wprost do morza. Wszystkie małe Włoszki są do siebie podobne – pomyślał. Taki sam głos, opalona skóra. Kiedy zobaczył Laurę, chciał głośno zawołać, ale krzyk uwiązł mu w gardle. Miał czas, miał mnóstwo czasu – było to uczucie całkiem nowe, które przyniosło mu zadowolenie. Nauczono go, że nie musi się skakać przez płot, że można iść spokojnie po zakrętach ścieżki, tak naturalnych w stosunkach między mężczyznami i kobietami. John ogolił się starannie, zjadł śniadanie i poszedł na plażę, do Laury:

– Lubię przypadki – powiedział, siadając koło niej.

– Och, to nie całkiem przypadek – odpowiedziała Laura, leżąc na brzuchu i podnosząc głowę. – Mówił mi pan o zamiarze przyjazdu tutaj, i rano, przejeżdżając obok, zobaczyłyśmy pański samochód przed drzwiami. Aleksandra była strasznie smutna po pana wyjeździe. Nie umiałam jej pocieszyć, więc jako dobra matka udałam się tutaj za nią.

John obrócił wzrok na Aleksandrę, wychodzącą akurat z wody. Zamachał do niej. Dziecko odpowiedziało machnięciem i pobiegło w stronę grupy chłopców, którzy spychali łódkę do morza.

 

Z francuskiego przełożyła Elżbieta Jogałła

 

Tekst pochodzi z numeru 1737/1978 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Tego tekstu możesz również posłuchać w naszym dziale Multimedia.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!