Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Ze środka ronda w Quezon City nie ma ucieczki. Kto więc przypadkiem trafi w to miejsce, ten się już ...
2019-03-22 10:00:00
Opowiadanie

Wyspiarze z ronda

ilustracja: Igor Kubik
Wyspiarze z ronda
Wyspiarze z ronda

Ze środka ronda w Quezon City nie ma ucieczki. Kto więc przypadkiem trafi w to miejsce, ten się już z niego nie wydostanie. Wyspiarze wykształcili własny język, własne obyczaje, a nawet własną religię. Prawie wszyscy noszą białe bojówki. Opowiadanie młodego austriackiego pisarza przetłumaczyła Barbara Bruks.

Podobno w Quezon City w regionie metropolitalnym Manili na Filipinach istnieje rondo tak ogromne, że okrążenie go samochodem zajmuje dobrych kilka minut i czasem trzeba nawet czterech albo więcej prób, żeby wydostać się z chaosu dwudziestu pasów i nie minąć właściwego wyjazdu. Już na sam widok tej monumentalnej infrastruktury człowieka ogarnia rodzaj poziomego lęku wysokości, który nasila się przy każdym okrążeniu. Anarchia panująca na ulicach Manili dodatkowo wzmaga ogólny zamęt, bo auta rzadko trzymają się swojego pasa i zwłaszcza autobusy prywatnych przewoźników nie zważają na nic – wyprzedzają się i zajeżdżają sobie drogę, mając na uwadze tylko jedno: być szybszym od konkurencji. Istnieje wprawdzie lokalne metro, które mogłoby odciążyć ruch drogowy, gdyby nie to, że jest nieczynne, bo właściciele dwóch centrów handlowych od piętnastu lat kłócą się, gdzie dokładnie powinna zostać wybudowana stacja łącząca obie części trasy. A ponieważ właścicielami centrów handlowych są bogaci Chińczycy, którzy jako posiadacze filii banków, gruntów i ulic według nieoficjalnych danych trzymają w garści około 80% miasta, dosyć ubogie władze Quezon City zdane są na prywatnych sponsorów i nie są w stanie samodzielnie dokończyć budowy metra. Dlatego każdy obywatel i nieobywatel regionu codziennie wsiada do jednego z niezliczonych benzynowych wehikułów – mopedów, samochodów, autobusów albo jeepneyów (starych wojskowych jeepów o przerdzewiałej podłodze, wycofanych z użytku i pozostawionych na Filipinach przez Amerykanów po drugiej wojnie światowej, a potem przerobionych przez miejscowych na pojazdy komunikacji publicznej) – i każdy przynajmniej dwa razy dziennie przedziera się przez gigantyczne Millenium Circle, pośrodku którego rozciąga się porośnięta hektarami drzew i krzewów zielona wyspa.

Pomimo znaków ostrzegawczych i braku przejść dla pieszych czy świateł ciągle jakiś niczego nieświadomy turysta postanawia przebiec przez dwadzieścia pasów, w chwili gdy ruch nieco się uspokoi, sądząc, że dzięki skrótowi przez wyspę zaoszczędzi czas i energię. Ale ten plan zawsze kończy się tak samo. Po pokonaniu mniej więcej jednej trzeciej drogi godny pożałowania głupiec uświadamia sobie, jak bardzo zlekceważył niesamowite rozmiary ronda. Gdzieś przy dziesiątym pasie zauważa na horyzoncie nadciągający z południa front mopedów, SUV-ów i jeepneyów, których kierowcy powracają z pracy do ogrodzonych osiedli w bogatszej, północnej części miasta. Kiedy pieszemu udaje się wreszcie ostatnim brawurowym skokiem uciec sprzed zderzaka czarnego hummera na trawiastą wyspę pośrodku ronda, zaczyna rozumieć, jak fatalna była jego decyzja. Z niedowierzaniem obserwuje, jak potok samochodów ciągle przybiera i nie pojawia się już ani jedna luka. Kierowcy o kamiennych twarzach nie zaszczycają go nawet spojrzeniem. Wiedzą, że jest już po nim.

Kiedy turysta się podniesie, poprawi białe bojówki, białe tenisowe skarpetki, biały pasek od aparatu i różową koszulę, obraca się i zauważa innych.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Inni nazywani są przez Filipińczyków trappas, słowem pochodzącym od pierwotnego tagalskiego okreś­lenia dahan-dahan trapikos, co można luźno przetłumaczyć jako „ludzie z wyspy uspokojonego ruchu”.

Przez dziesięciolecia pośrodku ronda ukształtowała się w ten sposób spora społeczność. Jej członkowie mieszkają w namiotach sklecanych z plastikowych toreb przywianych przez wiatr i niedopałków papierosów. Żywią się rozjechanymi wydrami, psami, kotami i gołębiami, które zbierają z wewnętrznych pasów. Ponieważ rozbitkowie są bez wyjątku turystami, ich przekrój etniczny jest niezwykle zróżnicowany, przy czym większość wywodzi się ze społeczeństw przemysłowych i niemal wszyscy noszą białe bojówki. Z powodu różnorodnego pochodzenia mieszkańców na wyspie z biegiem czasu rozwinął się osobliwy język kreolski, zawierający pojęcia i frazy z ponad 150 różnych języków. Co uderzające, do mowy trappas wkradły się też wyrażenia z tagalogu, mimo że na wyspie nie znalazł się ani jeden Filipińczyk. I tak mieszkańcy witają się na przykład zwykle zwrotem „Nasaan ang banyo?” („Gdzie jest toaleta?”). Przy jedzeniu lub piciu życzą sobie uprzejmie „Ay ang tubig ligtas?” („Czy woda z kranu nadaje się do picia?”), a żegnają się słowami „Dalhin VISA?” („Przyjmujecie karty VISA?”)[1]. Znaczna część mowy trappas (trappi) jest jednak dziwaczną mieszaniną wszelkich możliwych języków i dialektów, których procentowy wpływ niemal idealnie pokrywa się z proporcjami wyższej warstwy ludności świata [2]. Gramatyka skurczyła się już w pierwszych latach kształtowania się wspólnoty do absolutnego minimum, koniecznego do podstawowej komunikacji. Wraz z rosnącą liczbą członków społeczności wzbogacały się za to trappistyczna semantyka i składnia. Jednocześnie doszło do wymieszania się wielu wyrażeń i powstania niezliczonych neologizmów, które odzwierciedlają przystosowanie trappas do ich nowego otoczenia. Większość słów ich języka jest na przykład jednosylabowa i zawiera wiele twardych spółgłosek, dzięki czemu fonemy dobrze nadają się do przekrzykiwania wszechobecnego hałasu ulicznego. Również inne umiejętności trappas pozwoliły im doskonale dostosować się do nowych warunków życia. Na podstawie obserwacji ruchu drogowego potrafią wywnioskować, jaki jest dzień tygodnia. Po ogumieniu samochodów rozpoznają zmianę pór roku. Na podstawie dźwięku silnika umieją odróżnić benzyniaka od diesla. I podobno mają ponad 100 okreś­leń na samochód.

W kalendarzu trappas występują tylko dwie pory roku: ogumienia letniego i ogumienia zimowego. Każda z nich dzieli się na trzy części, których nazewnictwo pochodzi od dwumiesięcznych winiet (tak zwanych małych winiet). Lata określane są z kolei zgodnie z obowiązującą winietą roczną („dużą winietą”). Ponadto każdy dwumiesięczny cykl ma szesnaście wielkich godzin szczytu (na początku i końcu każdego weekendu), a każdy dzień dwie małe pory szczytu (od 8.00 do 10.00 i od 18.00 do 20.00). Samochód potrzebuje średnio sześciu minut na jednokrotne okrążenie ronda. Za pomocą tych narzędzi można określać daty i godziny. Na przykład: „Dziś jest drugi dzień po czwartych wielkich godzinach szczytu małej zielonej winiety w roku dużej pomarańczowej winiety. Jest około pięć okrążeń po drugiej małej porze szczytu”. Brzmi to może jak niepotrzebna komplikacja, ale kalendarz trappas jest wielokrotnie dokładniejszy od swojego gregoriańskiego odpowiednika.

Z okazji co dwudziestych wielkich godzin szczytu trappas odprawiają święty rytuał. Tak długo biegają wzdłuż brzegu wyspy, naśladując okrzyki godowe cofającej pospolitej ciężarówki, aż padają z wyczerpania, a wdychane spaliny wywołują u nich halucynacje. Osoba, która jako ostatnia przebudzi się z delirium, na okres następnych dwudziestych wielkich godzin szczytu zostaje ogłoszona namiestnikiem boga na ziemi. Od tego momentu decyduje o urządzaniu uroczystości, ma prawo do pierwszego kawałka świeżo rozjechanego zwierzęcia i musi dopisać przynajmniej jeden rozdział Trappaistycznej Mitologii, którą od zarania dziejów ryje się spiralnie w ziemi, zaczynając od środka wyspy, aż dojdzie się do jej brzegu albo zacznie padać deszcz.

Po upływie dwudziestogodzinnoszczytowej regencji powołuje się nowe bóstwo, a poprzednie składa w ofierze wiecznie płynącemu ruchowi. Wśród okrzyków radości wyspiarze niosą je na ramionach na brzeg i rzucają jak najdalej w stronę zewnętrznych pasów ronda. Ma to zapewnić przychylność patronów rozjechanej zwierzyny. Ponieważ ofiara zwykle i tak ląduje na najbliższym pasie i natychmiast dostaje się pod koła, rytuał zawsze kończy się sukcesem. Złożone w ofierze bóstwo zostaje zdrapane z ulicy i wspólnie skonsumowane, przy czym nowemu bóstwu przysługuje oczywiście pierwszy kęs. Ale najpierw należy podziękować złożonej ofierze krótką modlitwą i życzyć sobie serdecznie: „Czy woda z kranu nadaje się do picia?”. Być może zwyczaje te sprawiają wrażenie nieco barbarzyńskich, jednak wyspa może pochwalić się najniższym wskaźnikiem przestępczości na całych Filipinach.

Modlitwa odmawiana przed jedzeniem ewoluowała z biegiem czasu. Znaczenie pozostało, ogólnie rzecz biorąc, to samo, choć używane zdanie stawało się coraz krótsze, aż zostało tylko jedno słowo, zawierające w sobie całą treść pierwotnej formuły.

To kolejna fascynująca właściwość języka trappi. Z jednej strony stawał się coraz zwięźlejszy, aby dało się przekrzyczeć nieustanny hałas. Z drugiej strony ogromnie powiększał się zasób słów. Poprzez wielką różnorodność, łączącą w sobie niemal wszystkie rodziny językowe, na przestrzeni lat trappas mogli się przekonać, które pojęcia są najbardziej zbliżone do właściwego sensu wyrażanej myśli. Kiedy w angielskim nie ma na przykład określenia jakiegoś przedmiotu, uczucia albo stanu, pomocny może okazać się japoński, i odwrotnie. Z biegiem czasu z języka trappi odsiały się wszystkie zbędne słowa, a przetrwały tylko naprawdę znaczące elementy, z których wydzielały się coraz bardziej zniuansowane znaczenia. Z każdym kolejnym pokoleniem język mieszkańców wyspy stawał się wydajniejszy i bardziej złożony. Początkowo tylko dana grupa etniczna potrafiła rozróżniać pewne rośliny, zwierzęta, zjawiska pogodowe i emocje w zależności od tego, w jakiej części i warstwie świata dorastała i z jakimi zjawiskami miała styczność. Z czasem jednak wszyscy mieszkańcy wyspy zyskali dostęp do pełnego spektrum ludzkich doświadczeń. Mieli nie tylko sto słów na „samochód”, mieli też sto określeń śniegu, chmur, deszczu, ziemi, drzew, gałęzi, łodyg, liści, włókien i cząsteczek… A każde ze słów minimalnie odbiegało swoim znaczeniem od pozostałych, dzięki czemu trappas potrafili rozpoznać i nazwać wszystko w całej wspaniałości. Gdzie wcześniej widzieli tylko drzewa, dostrzegali teraz jesiony, platany i miłorzęby. Gdzie wcześniej widzieli tylko czerwień, dostrzegali teraz purpurę, karmazyn i szkarłat. Gdzie wcześniej widzieli tylko twarze bez wyrazu, dostrzegali teraz emocje, intencje i ekspresję. Wszystko, co im się ukazywało, podlegało dalszym podziałom. Rozszerzyły się ich oczy, ich uszy i nosy też. Widzieli kolory, jakich nie widział nigdy żaden orzeł, słyszeli dźwięki, jakich nie słyszał żaden pies, i czuli zapachy, jakich nie czuł żaden ostronos. Wszystko, co istniało, miało w końcu odpowiednią nazwę. Na wszystko, co tkwiło w ludzkim wnętrzu, istniało odpowiednie określenie. Wszyscy się rozumieli. Nagle wszystkie informacje stały się dostępne. Werbalna komunikacja okazała się niemal zbędna, ponieważ każdy wiedział, co druga osoba chciała powiedzieć. Działania ludzi łączyły się i zlewały w ruch ławicopodobnej istoty. Jedynie język pisany, który również na przestrzeni wielu lat rozwinął się z rozmaitych znaków wszystkich grup etnicznych, zachowano jako element tradycji i nadal ryto go w ziemi. Opowieści głoszą, że jest olśniewająco piękny. Mówi się, że jest żywy. Podobno z biegiem czasu każda litera dorównała w swojej złożoności całej historii. Pisany i mówiony język trappi tworzą idealny, uniwersalny system komunikacji. Struktura ich języka jest zbieżna ze strukturą rzeczywistości. Wyposażeni w tego rodzaju epistemologiczne narzędzie trappas mogli w końcu zadać właściwe pytania o największe, nierozwiązane dotąd tajemnice Wszechświata. Leżą na brzegu wyspy w wywołanym spalinami delirium, zwróceni ku wewnętrznemu pasowi ruchu, i wyszeptują w stronę przejeżdżających SUV-ów ostateczne pytania ludzkości:

Którędy na dworzec?
Jest tu wi-fi?
Czy w lecie jest tu bardzo gorąco?
Macie klimatyzację?
Jak działa klimatyzacja?
Do której jest śniadanie?
Czy zagrożenie terroryzmem jest tu bardzo duże?
Czy zagrożenie malarią jest tu bardzo duże?
Mogę prosić o rachunek?
Przyjmujecie dolary?
Przyjmujecie euro?
Przyjmujecie karty MasterCard?
Przyjmujecie karty Maestro?
Przyjmujecie karty VISA?
Co wy tu w ogóle przyjmujecie?

 

Tłumaczka dziękuje za celne uwagi Ewie Mikulskiej-Frindo.

1) Proszę oszczędzić sobie wysiłku sprawdzania poprawności tych wyrażeń, ponieważ zostały one przetłumaczone przez rozbitków za pomocą Google Translate i tym samym z pewnością nie są autentycznymi zdaniami języka tagalskiego.
2) Około 15% słów przejęto z języka chińskiego, 8% – z japońskiego, 9% – z niemieckiego, 12% – z francuskiego, 20% – z hiszpańskiego i portugalskiego, 2% – z włoskiego, po 1% – ze szwedzkiego, z fińskiego i niderlandzkiego, 4% – z rosyjskiego, 24% – z angielskiego i 3% – od różnych zamożnych osób z krajów arabskich i afrykańskich, a także z Indii, Turcji i Oceanii.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!