Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Elif Şafak

Wszystkie księgarnie Stambułu

fot. Tuncay/ Stambuł, Turcja
Wszystkie księgarnie Stambułu
Wszystkie księgarnie Stambułu

Wąskie, kręte uliczki z obłędnym graffiti, kolejne warstwy dziejów, kusząca kombinacja zapachów i dźwięków, wielkomiejski magnes zbiorowej amnezji i osobistych historii, które tylko czekają, aby je ktoś opowiedział. I księgarnie. Ależ ja je kochałam.

Dla samotnych dzieci z rozbitych rodzin nie ma lepszego miejsca na dorastanie niż Kraina Opowieści – wiem, bo byłam jednym z nich. 

Wychowała mnie, jedynaczkę, samotna matka w czasach i w kraju, gdzie było to dość niezwykłe. Wszystko zaczęło się – oczywiście z mojego punktu widzenia – w Strasburgu. W małym mieszkanku pełnym lewicująco-liberalnych tureckich studentów, dymu papierosowego, rewolucyjnych idei, gorących dysput politycznych i stosów książek. Wkrótce potem moi rodzice poszli swoimi drogami. Ojciec został we Francji, żeby skończyć doktorat z filozofii. Matka wróciła ze mną do Turcji. Była zbyt młoda, niepewna. Ponieważ podjąwszy decyzję o ślubie, rzuciła studia, nie miała żadnego dyplomu. Sądziła, że miłość jej wystarczy. W wyniku tego nie miała ani pracy, ani pieniędzy. Do tego była „rozwódką” – a to brzydkie słowo w „Słowniku patriarchatu dla zaawansowanych”.

W takich okolicznościach przybyłyśmy do Ankary, do domu mojej babci ze strony matki. W moich wspomnieniach ten piętrowy budynek nieustannie się zmienia: raz ma kolor wiśni, kiedy indziej solonych śliwek albo marynowanych buraków. Jedno się nie zmienia: to, że mieścił się w bardzo konserwatywnej, patriarchalnej dzielnicy muzułmańskiej. Przez otwarte okna zawiewało zapachami smażonego bakłażana, miażdżonych ząbków czosnku i rozbryzgiwanej wody różanej. Zza każdej zasłony mrugały ciekawskie oczy: czujne, karcące.

Ku mojej rozpaczy w okolicy nie było żadnych księgarń. Żadnych bibliotek w zasięgu wzroku. Potem, kiedy sąsiedzi zapraszali nas do swoich domów, zauważyłam, że w kilku z nich stały regały, ale zazwyczaj wcale nie mieściły książek. Większość mebli w „pokojach gościnnych” ozdabiały porcelanowe kotki, delikatne szklane serwisy herbaciane albo złocone filiżanki do kawy. Było też sporo fotografii ślubnych, jakich dotychczas nie widywałam, z parą młodą na absurdalnym tle dzikich orchidei lub lecących gęsi. Ale książek prawie nie było.
Nie znaczy to, oczywiście, że nie było ich w ogóle. W każdym domu znajdował się na przykład egzemplarz Koranu. I do tego pewnie tomy hadisów, czyli przypowieści proroka Mahometa, oraz muzułmańskich modlitw. Już jako dziecko zdałam sobie sprawę, że ludzie woleli trzymać świętą księgę zawieszoną na ścianie w cennym jedwabnym pokrowcu – nietykalną, nieczytaną, wyniosłą. Ale czy książki nie służą do czytania? Czemu święta księga była tam, nade mną, poza moim zasięgiem? Z biegiem lat nauczyłam się też, że jako dziewczynka muszę być w dwójnasób uważna, kiedy zbliżam się do Koranu. Na przykład nie wolno mi było go dotknąć, kiedy miałam okres. W tych dniach uchodziłam za „nieczystą”.
Otoczenie, w którym znalazłam się jako dziecko, nie było, mówiąc oględnie, środowiskiem literackim czy intelektualnym. Z czasem moja matka, za namową babci, wróciła na uniwersytet, żeby skończyć studia. Przez chwilę nazywałam ją abla (starszą siostrą), a babcię, która zajmowała się mną w owych latach, anne (czyli mamą). Wszyscy trochę się w tym gubili, ale dla mnie było to najzupełniej oczywiste.

Babcia nie należała do kobiet wyedukowanych, ale z całego serca wierzyła, że dziewczynki – bardziej jeszcze, mówiła, niż chłopcy – powinny otrzymać jak najlepsze wykształcenie. Była znachorką. Przychodzili do niej ludzie z chorobami skóry, chronicznym zmęczeniem czy depresją. Leczyła też uroki miłosne u tych, którymi owładnęły miłość lub szaleństwo, co, jak twierdziła babcia, sprowadzało się do tego jednego. W domu pełno było modlitw i przesądów: różane kolce, czerwone jabłka, paciorki ze złym okiem, bursztynowe różańce. Tymczasem poza domem – strzelaniny, bomby i demonstracje. Ludzie ginęli. Ludzie znikali. W późnych latach 70., przed samym przewrotem, prawica walczyła z lewicą, demokraci z nacjonalistami i islamistami, do boju ruszali Kurdowie, a wszyscy oni walczyli jeszcze we własnych szeregach. Przemoc polityczna szalała.
Babcia była wspaniałą opowiadaczką historii. Wszystkie opowieści miłosne znała na pamięć: o Lajli i Madżnunie, o Chosrowie i Szirin, o Asli i Keremie... o wszystkich Romeach i Juliach Bliskiego Wschodu. Jej historie zaczynały się zawsze tak samo: „Był sobie kiedyś albo i nie był...”. Gdy tylko usłyszałam te słowa, wiedziałam, że przenoszę się do magicznej krainy, świata na opak, gdzie czas toczy się koliście, zwierzęta tańczą, mówią i wygłaszają kazania, a dzieci doglądają swoich ojców leżących w kołyskach. Taki był wszechświat babci – pełen mitów, dobrodusznych zaklęć i owych nadprzyrodzonych postaci z ognia niedającego dymu, które nazywały się dżinnami. Jeśli udało ci się odkryć ich imię, mogłeś nimi władać – w przeciwnym razie to raczej one rozkazywałyby tobie. Cóż, życie to niebezpieczna sprawa.

Na półce nad telewizorem stał gruby, brązowy tom: Wielka księga muzułmańskiej interpretacji snów. Byłam nią zafascynowana. Co to za dzieło? Wyglądało jak słownik, ale nim nie było. Nie było też encyklopedią, choć miało podobny układ. Czasami czytało się je jak opowiadanie albo wiersz, choć z pewnością było czymś innym. Miłość to zagadka – zadurzamy się nie tylko w ludziach, lecz także w drukowanych tekstach i abstrakcyjnych ideach. W tej konkretnej książce zakochałam się na zabój.

Każdy sen można było zinterpretować. Każdą interpretację można było zreinterpretować, w zależności od zamiarów i wiedzy interpretatora. Czytelnik nie tyle biernie konsumował, ile aktywnie włączał się w prace. Akt czytania niekoniecznie był linearny czy logiczny. W przeciwieństwie do książek, które pożarłam wcześniej, ta nie miała ani początku, ani końca. Była labiryntem. Mogłam zacząć czytać ją w środku, wrócić, omijać strony, skakać w tę i z powrotem, jakbym grała ze słowami w klasy.

Właśnie: w szkole, w klasie, znalazłam, ku mojej ogromnej radości, szafeczkę pełną książek, w większości autorów tureckich. Szybko się z nimi uporałam. A potem, nie mogąc wypożyczyć innych tytułów, przeczytałam je na nowo, już wolniej. Za to pisanie było koszmarem. Urodziłam się leworęczna. Nasz wychowawca wyraził się jasno, że to błąd genetyczny, który trzeba naprawić dyscypliną i wytrwałością. Wszyscy mają trzymać ołówki w prawym ręku.
„Dzieci, kiedy idziecie do toalety, podcieracie się lewą ręką, prawda? Dlatego też lewa ręka jest ręką brudną. Tymczasem wasze pisanie ma być czyste, porządne, nieskazitelne”.

Widząc, jak strasznie się męczę i cierpię w milczeniu, ten sam nauczyciel wziął mnie któregoś dnia na stronę i poradził mi, żebym wysłała moją lewą rękę na „banicję”. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam to słowo. Toteż przez całą szkołę podstawową próbowałam trzymać pod ławką lewą rękę, moją rękę wstydliwą i grzeszną, niewidzialną, niechcianą – choć, oczywiście, zawsze wychodziła na wierzch, odmawiając podporządkowania. Tak nauczyłam się, że im bardziej coś tłamsimy, tym silniej wraca. Po dziś dzień moje ręce są zupełnie nieskoordynowane i bardzo mi trudno pisać ręcznie.

Kilka lat później moja matka zrobiła magisterkę i trafiła do dyplomacji.

Przeprowadziłyśmy się obie do Madrytu. Z zabobonnej, religijnej i tyleż klaustrofobicznej, co magicznej dzielnicy Ankary zostałam przeniesiona do luksusowej szkoły międzynarodowej, gdzie uczęszczały dzieci dyplomatów, biurokratów i cudzoziemców. Nadzwyczaj introwertyczna i nieśmiała, znów poczułam się outsiderką i wycofałam się w samą siebie jak żółw kryjący się w pancerzu. Tyle że mój pancerz był zrobiony z książek.

Zaczęłam czytać po hiszpańsku – Żywot Łazika z Tormesu zostawił trwały ślad w mojej duszy. Od krępego holenderskiego blondyna, który miał w zwyczaju zastraszać takie jak ja, nielubiane dzieciaki i który już przygotował dla mnie cały zapas przezwisk, dowiedziałam się, że Turcy odrąbali lewą rękę Cervantesowi. Na szczęście był praworęczny. Co to za jeden ten Cervantes, zastanawiałam się. Dzień, w którym odkryłam Don Kichota, był olśniewający: znalazłam tam niezwyciężoną żądzę przygód i indywidualizmu, niegasnącą wyobraźnię i nieprawdopodobnego, niemalże śmiesznego bohatera oraz ów smutny rozziew pomiędzy tym, co rzeczywiste, a tym, co możliwe. Wszystko to we mnie zagrało. Angielski był wówczas trzecim językiem w moim życiu, ale zakochałam się w nim prędko i mocno. Charles Dickens, Enid Blyton, Roald Dahl, Oscar Wilde, a potem, pewnego dnia, Jane Austen. 

[...]

Drodzy Czytelnicy! To jest fragment artykułu, opublikowanego w nr 3557/2017. Jeśli pragniecie przeczytać go w całości, sięgnijcie do wydania papierowego. 

Dziękujemy, przepraszamy!

Redakcja 

Data publikacji:

Elif Şafak

Powieściopisarka, felietonistka, nauczycielka akademicka. Obok Orhana Pamuka uznawana za jedną z najlepszych tureckich pisarek. W Polsce ukazały się m.in. takie jej książki, jak: "Sufi", "Lustra miasta", "Spojrzenie", "Pchli pałac", "Bękart ze Stambułu", "Czarne mleko", "O pisaniu, macierzyństwie i wewnętrznym haremie", "Czterdzieści zasad miłości" oraz "Uczeń architekta".