pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Halo, tu "Przekrój", Twoja lektura na jesienne dni, a w niej wszystko: od literatury po rozrywkę. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe, więc nie zwlekaj dłużej!

Kup numer jesienny

Jesienią działaj z głową. Jesienny numer kwartalnika możesz zamówić z dostawą do domu i w zestawie z zeszytem krzyżówek. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe.

Kup numer jesienny z krzyżówkami
Przekrój
Jedne można usmażyć na śniadanie, inne – zjeść po to, aby mieć wielobarwne wizje. Z Maurycym ...
2020-09-18 09:00:00

W krainie króla muchomora

Maurycy Gomulicki, Marta, z serii „Nowe przygody sierotki Marysi albo spełnienie marzeń”, 1996 r.
W krainie króla muchomora
W krainie króla muchomora

Jedne można usmażyć na śniadanie, inne – zjeść po to, aby mieć wielobarwne wizje. Z Maurycym Gomulickim, artystą i miłośnikiem grzybobrania – o grzybach, Meksyku i pakamerze udrapowanej różowym futrem – rozmawia Tomasz Wichrowski.

Czyta się 13 minut

Tomasz Wichrowski: Pamiętam, jak poznaliśmy się podczas jednego z wernisaży na Muranowie. Przyszedłem spóźniony prosto z grzybobrania. Twoja dziewczyna Mirella powiedziała mi wtedy, że muszę koniecznie cię poznać, bo nie ma drugiej osoby, która tak jak ty kocha wypady na grzyby…

Maurycy Gomulicki: Coś w tym jest. Zawsze miałem jazdę na grzyby i na naturę. Nie przyznawałbym sobie jednak tutaj statusu wyjątkowości – sądzę, że w ogóle my, Polacy, przyjemnie grawitujemy w kierunku przyrody. Nawet jeśli na co dzień jesteśmy typowo miejskimi bytami, to i tak w miarę możliwości staramy się spędzać wakacje nad wodą czy w lesie i jeżeli tylko pogoda dopisuje, urywamy się na weekendy na łonie natury. Delektujemy się pięknem i intymnością tego doświadczenia. Wszyscy moi znajomi – tak bliscy, jak i dalsi – lubią i potrzebują jeździć w miejsca, gdzie nie ma zgiełku, a jest przyroda.

A ty kiedy zacząłeś dostrzegać przyrodę?

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Zawsze kochałem mikroświaty i lubiłem przyglądać się naturze. Gdy jako dziecko czekałem na świąteczne prezenty, kładłem się obok choinki i wyobrażałem sobie, że wspinam się na nią jak na sekwoję. Podobnie było w lesie, obserwowałem mchy i czułem się tak, jakbym z lotu ptaka oglądał jakieś atole czy niesamowite archipelagi – to były moje pierwsze egzotyczne podróże. Na runo leśne patrzyłem jak na pejzaż. Przyroda, nawet ta najbardziej nieśmiała, jest szalenie wyrafinowana w swoim szczególe. Zbliżenie się do niej to przygoda z wysublimowanym, wykwintnym pięknem. Gdy rozpoczynałem studia na ASP, fascynowały mnie misterne struktury, byłem rozkochany w sztychach, w Dürerze, w grafikach Słowaka Albina Brunowskiego czy Leszka Rózgi, w tamtych czasach znanego łódzkiego artysty. Moje pierwsze prace przedstawiały łąki, trawy, mchy, struktury porostów…

Czy grzybobranie poruszało twoją wyobraźnię w podobny sposób?

Myślę, że jednym z najprzyjemniejszych zajęć dzieciństwa jest poszukiwanie skarbów, a zbieranie grzybów to przedsięwzięcie tej natury. Cudowne, aksamitne zajączki, majestatycznie bulwiaste prawdziwki czy smukłe parasolki kani są trofeami, które przynosi się u nas z wypraw po złote runo. Zacząłem od standardowych przygód grzybowych, czyli od tego, co można znaleźć w lesie latem. Bo są grzyby wiosenne i są grzyby późnojesienne, a ja miałem dostęp do nich głównie w czasie wakacji. Rydzów na Warmii – tam, gdzie jeździłem regularnie – raczej nie było, prawdziwki rzadko mi się trafiały, za to znajdowałem sporo brunatnych podgrzybków, kosmatych koźlaków, czerwononogich zajączków czy rozkosznie lepkich maślaków. Wyprawy na maślaki to była konkretna przygoda, bo zbierało się je, pełzając na kolanach po mrocznych tunelach młodników. Przy odrobinie wyobraźni było to doświadczenie magiczne, które porównać można do eksploracji podziemi w Magii i mieczu. Ciemne, bezlistne tunele, a w nich rozsypane klejnoty – całe łachy leśnych bursztynów. Najpiękniejsze były te ledwie co wyklute, jeszcze obleczone błonką mikrusy – złociste perły rozsypane na martwym igliwiu.

Skąd wiedziałeś, które grzyby można jeść, a od których lepiej trzymać się z daleka?

Praktyka połączona z teorią: coś pokazali dorośli, coś kumple ze wsi, ale uwielbiałem też wertować atlasy. Mieszkałem, co tu dużo gadać, w bibliotece – mój horyzont wyznaczały wypełniające szczelnie ściany domu, stojące w dwóch rzędach, książki. Książka była najbardziej oczywistym, obok komiksów, prezentem dla napalonego na literaturę małolata dorastającego pośród rozpustnych wobec pożółkłego papieru bibliofilów. Miałem multum albumów o przyrodzie i całą baterię atlasów grzybów. Pośród tysięcy tomów zaludniających dom JWG – mojego dziadka – znalazł się też dekomplet leksykonu Brockhausa. Do naszych coniedzielnych rytuałów należało kastrowanie sędziwego Niemca – mogłem sobie wybrać kilka plansz, które wzbogacały moją tekę rycin. Były tam litografie ze świetlikami, radiolariami, minerałami, kwiatami, ale oczywiście były też grzyby, a te od zawsze pociągały mnie z powodu swojej tak bliskiej dziwności. Do dziś mam wrażenie, że są one jednymi z najdziwniejszych bytów w naszej hemisferze. Tak materialne, wręcz bliskie nam w swej cielesności, a jednocześnie z innego świata. Goście z kosmosu, i to nie tylko jednonodzy kapelusznicy – są przecież pośród nich twory szkliste, uszate i ażurowe; przypominające rogi, stalaktyty i stalagmity. Palmę pierwszeństwa dzierży pośród nich banalnie niezwykły, infantylnie nieprzyzwoity, cudowny władca wszystkich grzybów: baśniowy król muchomor – uniwersalna ikona fantazji. Odkąd pamiętam, zaczytywałem się w literaturze fantastycznej – las grzybów z Podróży do wnętrza Ziemi Verne’a wprawiał mnie w przyjemne podniecenie. Jednym z najpiękniejszych atlasów, jakie miałem, był trzytomowy Führer für Pilzfreunde, czyli przewodnik przyjaciela grzybów – ten Führer potwornie mnie śmieszył, ale książeczka była absolutnie urocza. Oprawiona w agrestowozielone płótno, z wytłoczonym na okładce pękiem grzybów i złoconymi literami. Pełna prześlicznych litografii. Gdy przeglądałem ten przewodnik, marzyłem, żeby kiedyś natknąć się na jeden z nieznanych mi tworów, marzyłem o okratku czerwonym – z którym po latach udało mi się zetknąć na Jukatanie – i nie bez drżenia myślałem o spotkaniu z myloną nagminnie ze smardzem piestrzenicą kasztanowatą, rozpustnie pofalowaną wiosenną morderczynią.

Pamiętam, jak podczas naszego pier­wszego spotkania opowiadałeś mi o sromotniku i czarcich jajach.

Ze sromotnikiem bezwstydnym, czyli Phallusem impudicusem, który, niesprawiedliwie w moim odczuciu, został ostatnio przemianowany na sromotnika smrodliwego – jest smrodliwy, to fakt, lecz bardziej jeszcze jest bezwstydny – miałem do czynienia już w dzieciństwie, na Warmii. Moi koledzy ze wsi określali go mianem dość obcesowym, ekscytowali się tym, że śmierdzi padliną. Jego falliczny wygląd był hipnotyzujący. Pewnej jesieni widziałem ich takie mrowie, że wyglądało to, jakby cały legion zombi leżał pod ściółką i miał erekcję. Na dodatek można je było wyczuć z odległości 20–30 m, więc polowania na nie były nader nietypowe, bo to nos, a nie wzrok był tu głównym przewodnikiem. Kiedy wreszcie natrafiło się na dorodny okaz, miało się wrażenie, że to książę wampirów wystawia swój odrażający członek spośród bukowych liści i za chwilę pogoni nas precz z lasu.

A czarcie jaja?

Embriony fallusów – kilka lat temu natknąłem się na nie na Mazurach w Saminie. Zabawne, że większość grzybów jest mocno osadzona w ziemi, a te rosną tak, jakby leżały na ściółce, z podziemną grzybnią połączone są jedynie cienką żyłką. Sromotniki bezwstydne w formie niedojrzałej uchodzą za przysmak, zwłaszcza w Niemczech i Belgii. Pokrojone na plasterki wyglądają dość groźnie – niczym oczy rozsypane na talerzu. Ja smażę je po prostu na maśle. Mają specyficzny, przypominający nieco rzodkiewki, smak i bardzo szczególną konsystencję: trochę gumowatą jak ślimaki, trochę chrząstkowato-chrupiącą, co bez wątpienia spodobałoby się w Azji – tam faktura jedzenia ceniona jest na równi z jego walorami smakowymi.

Jakie jeszcze nietypowe grzyby zbierasz?

Ostatnio szmaciaki gałęziste, które kilka lat temu były jeszcze objęte ochroną. Są niesamowite: bujne, ciężkie, a jednocześnie niesłychanie delikatne. Zrobione są jakby z falbanek: przypominają krzyżówkę kalafiora i koralowca, są jak pęk koronek porzucony w lesie. Mają bardzo przyjemny orzechowy posmak. Chciałbym kiedyś spróbować lejkowców dętych, które podobno świetnie sprawdzają się jako farsz do pierogów. Dużo dobrego słyszałem też o niewiarygodnie wielkich, intensywnie żółtych hubach – żółciakach siarkowych, które regularnie pojawiają się w warszawskich parkach. Od lat 80. hołduję halucynogennym łysiczkom lancetowatym, które zdecydowanie nie należą do standardowego asortymentu zbieracza, z nietypowymi grzybami jadalnymi zacząłem eksperymentować dużo później. Dziś jest to łatwiejsze – swoje zapędy można weryfikować w Internecie, choć z nieznanymi grzybami ostrożności nigdy za wiele.

Masz swoje ulubione gatunki?

Lubię różne grzyby z rozmaitych względów – nie tylko kulinarnych, ale także, a może przede wszystkim sentymentalnych i estetycznych. Uwielbiam np. piaskowce modrzaki, które wbrew jednej ze swoich zwyczajowych nazw – siniak – wcale nie sinieją. Gdy się je przetnie lub przełamie, zmieniają barwę, jakby ktoś pomalował je kobaltowym flamastrem. Pod względem smaku faworyzuję kanie, które są jeszcze lepsze, gdy namoczy się je przed smażeniem w mleku. Lubię też młode czernidłaki kołpakowate, bo zanim rozpłyną się w atrament, są po prostu wyborne. Jeśli chodzi o rydze, to od tych klasycznych z patelni wolę zupę rydzową. Robię ją podobnie jak kurkową, ale wychodzi bardziej pomarańczowa, a paradoksalnie kolor nie jest obojętny podniebieniu.

Mieszkasz na zmianę w Polsce i w Meksyku. Czy tam też ludzie zbierają grzyby?

Grzyby nie są istotnym składnikiem tradycyjnej kuchni meksykańskiej, są za to mocnym elementem rdzennej kultury psychodelicznej. Zresztą nawet jeżeli okolice Toluki słyną z zupy grzybowej, to i tak obecność chili – dyktatora meksykańskiego stołu – sprawia, że jest ona tak ­pikantna, że bardziej pali podniebienie, niż smakuje grzybami. Najwięcej grzybów – i tych jadalnych, i tych psychoaktywnych – pojawia się w czasie pory deszczowej. Ze znanych nam gatunków w Meksyku zbiera się np. smardze. Rosną tam też grzyby w formie koralowców: w Polsce są nieduże, a w Meksyku zdecydowanie większe. Piecze się je na ruszcie. Meksyk ma niezwykle rozwiniętą kulturę kulinarną, o wiele bogatszą i bardziej zróżnicowaną niż to, co ludzie sobie wyobrażają, myśląc o tamtejszej kuchni, ale to już całkiem osobny temat.

To znaczy, że w Meksyku częś­ciej spożywa się grzyby psychodeliczne niż te zwykłe?

Tak podejrzewam, chyba że za grzyb uznamy huitlacoche, ale tutaj mamy raczej do czynienia z przysmakiem powstałym pod wpływem metamorfozy sprowokowanej przez grzyba niż z samym grzybem. Pajaritosderrumbes mają swoją mocną pozycję w meksykańskim halucynogennym panteonie, choć najsilniej osadzoną w tej kulturze substancją psychoaktywną jest nieporównywalny z niczym pejotl. Grzyby halucynogenne można spotkać w różnych miejscach, ale najwięcej jest ich na wzgórzach w Oaxaca, gdzie klimat jest bardzo wilgotny. Mieszkają tam szamani, którzy za drobną opłatą oferują młodzieży z dobrych domów doświadczenia psychodeliczno-mistyczne.

Wspominałeś, że miałeś doświadczenia z grzybami psychoaktywnymi…

Miałem styczność z europejskimi – polskimi, szkockimi – znam oczywiście grzyby meksykańskie, chciałbym też kiedyś spróbować hawajskich. Zawsze najbardziej interesowało mnie to, jakie teatrum oferuje doświadczenie psychodeliczne. W amsterdamskich coffee shopach pod tym względem najniżej oceniane są grzyby meksykańskie, europejskie notowane są dość wysoko, a hawajskie to ponoć totalna eksplozja kolorów.

Czy twoim zdaniem grzyby psychoaktywne mogą mieć również działanie terapeutyczne?

Być może, ale to nie moja bajka. Nie chciałbym mówić za dużo o czymś, na czym się nie znam. Nigdy nie radziłbym nikomu, żeby wychodził ze swoich problemów za pomocą substancji psychoaktywnych, nie znaczy to jednak, że nie mogą stać się one zbawiennym katalizatorem dla zbłąkanej duszy. Są to jednak doświadczenia o wiele bardziej ważkie, niż mogłoby się wydawać, dlatego uważam, że psychodeliczną podróż najlepiej rozpoczynać, dysponując wewnętrznym spokojem, a przede wszystkim w towarzystwie wypróbowanych przyjaciół. Ja maksymalną ilość energii i czasu inwestuję w zachwyt. Dzięki temu w dużej mierze czuję się człowiekiem spełnionym, a szczęście nie jest niecodziennym gościem w moich progach. Nie znaczy to, że nie mam swoich lęków, smutków, rozterek, że nie dopada mnie melancholia. Ale to zachwyt odgrywa w moim życiu rolę przewodnika. Jeżeli mogę coś sugerować, to polecałbym wszystkim poświęcać mu więcej uwagi, a już szczególnie politykom, którzy zbyt często oddalają się od fundamentalnego doświadczenia harmonii ze światem. Zachwyt ma bardzo silny wymiar terapeutyczny, a ponieważ pewne doświadczenia psychodeliczne sprzyjają jego odczuwaniu, to w ten sposób mógłbym ewentualnie mówić o terapeutycznej funkcji psychodelików.

W pracy artystycznej poruszasz się po meandrach wyrazistej, popartowej stylistyki i neonowych barw. Czy doświadczenia psychodeliczne miały wpływ na twoją twórczość?

W moim wypadku nie ma tu bezpośredniego związku. Irytuje mnie, kiedy ludzie pytają: „Co paliłeś?”, gdy robi się coś poza normą. W Polsce wpływ na to ma na pewno legenda Witkacego i jego doświadczeń z różnymi środkami stymulującymi percepcję. Jeśli o mnie chodzi, doświadczenia psychodeliczne były dla mnie ważne, ale nigdy nie tworzyłem pod wpływem substancji psychoaktywnych. Mogę jedynie mówić o wpływie pośrednim. Przeżywałem okresy zachwytu konkretnymi gamami: zieleniami, fioletami, nieco później różem, teraz pracuję z bardzo intensywnymi „neonowymi” kolorami. Zrobiłem sporo prac, które zbudowane są na gradientach i w nich może najbardziej widać wszechobecny w kulturze Meksyku wpływ psychodeliczno-mistycznych doświadczeń Indian Huiczoli. Najłatwiej dostrzegalnym, wizualnym dziedzictwem ich przeżyć jest wszechobecność intensywnych, pulsujących gradientów – pojawiają się one tak w tradycyjnych, lecz niezwiązanych bezpośrednio z ich grupą etniczną tekstyliach, sarapes – meksykański odpowiednik łowickich pasiaków, jak i w deseniach zdobiących np. paki ciężarówek. Jest to ewidentnie powidok tworzonych przez nich z kolorowych szklanych paciorków biżuterii i drobnych, misternie inkrustowanych obiektów, będących z kolei efektem ich doświadczeń z pejotlem.

Czy grzyby pojawiły się w którejś z twoich prac?

Kilkakrotnie. Po raz pierwszy chyba w 1996 r. Robiłem w tym okresie różne projekty gloryfikujące młodość, co jest o tyle warte odnotowania, że sam byłem wtedy młody, a zwykle zaczynamy się nią interesować, kiedy przemija. Niewiele wcześniej zacząłem fotografować dziewczyny. Na początku zawsze rozebrane. Nie były to jednak zdjęcia erotyczne – nagość była mi po prostu potrzebna z tego względu, że każde ubranie implikuje pewien konkretny kontekst czasu i kultury, a mnie interesowały uniwersalne byty emocjonalne. Wkrótce zacząłem je jednak przebierać, co miało zasadnicze źródło w mojej fascynacji popkulturą i tęsknocie za idealnymi, rozerotyzowanymi, komiksowo uproszczonymi fantomami kobiecości: za Barbarellą i całą chmarą hipercukierkowych ślicznotek z amerykańskich pin-­upów. Chciałem, by choć na chwilę zmaterializowały się w formie realnej w moim życiu. Miałem wtedy pracownię w piwnicy na Broniewskiego, ciemną, ale suchą i dość przestronną – 40 m² – którą zalewałem potokami żarowego światła, z totalnie nieekologicznych 500-watowych żarówek. Aranżowałem tła: wzorzyste tkaniny, sztuczne futerka; stroi­łem moje przyjaciółki w wygrzebane w lumpeksach kreacje i fotografowałem je namiętnie. Jako swoiste podsumowanie okresu „wczesnego hiperkoloru” wymyśliłem sobie zabawny projekt, który zaowocował jedną z moich pierwszych wystaw, a który mogę dziś uznać za kamień węgielny dla moich późniejszych wybryków. Skonstruowałem dwumetrowego muchomora. Kapelusz miał ze styropianu, obszyłem go „czerwonym misiem”, na który naszyłem futrzane kropki, za nogę posłużyła mi rura kanalizacyjna, którą oblokłem białą futrzaną pończochą. Zrobiłem do tego podstawkę i zainscenizowałem prywatną kameralną pieczarę z różowego bułgarskiego futra. Muchomor niczym słup ofiarny królował w pracowni, a ja zapraszałem moje modelki, żeby przykuwać je do niego złotymi, plastikowymi łańcuchami i fotografować. Cała dynamika tego przedsięwzięcia przypomina trochę robienie sobie zdjęć z misiem na Krupówkach, z tym że nie były to pamiątkowe foty z Zakopca, tylko z przeistoczonej w krainę fantazji hiperborejskiej piwnicy we wczesnogierkowskim bloczysku.

Niesamowite. Gdzie potem odbyła się wystawa?

W Zamku Ujazdowskim, nazywała się Nowe przygody sierotki Marysi albo spełnienie marzeń. Moje dwie pierwsze wystawy przygotowałem pomiędzy wystawami innych artystów także w CSW. Miało to sens, bo wystawy – szczególnie nieznanych, młodych artystów – przyciągają zwykle najwięcej uwagi w dniu otwarcia, a ja chciałem pokazać to, co robię, w „prawdziwym muzeum”, a nie na korytarzu akademii czy w lokalnym domu kultury. Natomiast kiedy zwróciłem się do Zamku z propozycją realizacji tej trzeciej, nawet tego typu przestrzeń nie była dostępna, zaproponowali mi więc magazyn na szczotki znajdujący się pod schodami na parterze. Ochoczo przystałem na tę propozycję i odpaliłem fantazję w pakamerze.

Maurycy Gomulicki, Marta, z serii Nowe przygody sierotki Marysi albo spełnienie marzeń, 1996 r.
Maurycy Gomulicki, Marta, z serii Nowe przygody sierotki Marysi albo spełnienie marzeń, 1996 r.

Duża była ta pakamera?

Miała może z 6 m². Całą udrapowałem różowym futrem. Na środku postawiłem muchomora. Warstwę dźwiękową przygotował Robert Niziński z legendarnej dziś formacji Księżyc. Na zaproszeniu napisałem, że „grzyba drąży akustycznie Robak Niziński”. Przed wejściem wisiały zdjęcia różnych, raczej niewielkich, formatów, a grota z grzybem znajdowała się na końcu korytarza. Ludzie nie mogli się tam za czorta zmieścić, a że przyszło sporo gości, przed ­pakamerą ustawiła się kolejka jak po mięso czy papier toaletowy. Na otwarciu wystąpiłem w czerwonym, dzierganym bereciku, na którym moja ukochana mama naszyła białą włóczką kropki. Wiele lat później Kaśka Kozyra – artystka, którą lubię i cenię – powiedziała mi, że myślała, że się „porzyga”, kiedy mnie w nim zobaczyła i usłyszała, jak nawijam o dziewczynach i pluszakach.

To nawet zabawne, bo sama przebrała się później za muchomora w swoim filmie Opowieść letnia

Trochę się tych przeskalowanych grzybów pojawiło w przestrzeni sztuki, niektóre całkiem niesamowite, jak np. słynna praca Carstena Höllera, który zainstalował olbrzymie muchomory, tak jakby wyrastały z sufitu galerii. Takashi Murakami też sobie nieźle z grzybami pohulał, a swoje dołożyła, z właściwym sobie wdziękiem, moja ulubienica Sylvie Fleury. Wszystkie te prace stanowią bardzo interesujące echo psychodelii w sztuce współczesnej. Ja sam po latach miałem przyjemność zrealizować instalację z pięciu stalowych muchomorów, które stojąc na trawniku przed Nowohuckim Centrum Kultury, tyleż zapraszają przechodniów, by schronili się pod nimi przed słońcem i deszczem, co – mam nadzieję – rozświetlają swoim beztroskim kształtem i kolorem naszą polską szarość.

Jak myślisz, czemu grzyby tak silnie działają na wyobraźnię?

Z perspektywy ludzkiej są tak zwyczajne, a jednocześnie absolutnie niezwykłe.


Maurycy Gomulicki:

Urodził się w 1969 r. w Warszawie. Artysta, hedonista i entuzjasta. Antropolog kultury popularnej. Fetyszysta. Autor szeregu instalacji w przestrzeni publicznej. Mieszka na zmianę w Warszawie i w Meksyku. Miłośnik grzybobrania.

ilustracja: Igor Kubik
ilustracja: Igor Kubik

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!