Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści

Widz jest niemy

Joanna Kinowska
Widz jest niemy

Fotograf śledczy. Nowy zawód, nowa specjalizacja. O różnym podejściu, czasem do samego końca, z wykrzyknikiem nad wyrokiem. Innym razem kilogramy teczek, dokumentów, rysunków, wszelakich dowodów. Gdzieś pomiędzy tym jest jeszcze widz – nigdy jako niewinny. Świadek, zwykle jednak jako wspomagający prokuratora oskarżyciel. Może być też ława przysięgłych. Żadnych niezdecydowanych. Same ważne argumenty, sprawy i problemy. Polityka migracyjna, zabezpieczenie danych w wirtualnym świecie, zanieczyszczenie środowiska, wreszcie gdzieś pomiędzy tym życie codzienne. Płynie.

„Przestrzeń przepływów” – taki tytuł przyjęła tegoroczna edycja Miesiąca Fotografii w Krakowie. Za program główny odpowiadała Iris Sikking, która kuratorowała aż 11 wystaw, jak to zwykle rozstrzelonych po mieście. I dobrze. Takiej dawki danych „przeprocesować” nie dałoby się na raz. Teraz te projekty układały się w głowie wraz z przemierzanymi kilometrami.

Nie zawsze te przejścia wychodziły człowiekowi na dobre. Niekiedy na wychodzącego z galerii, po ujściu kilku kroków, spadał bezsens i absurd. Poczucie jakiegoś oszukania, cięższej paranoi. O czym to było? Po co to oglądać? Dlaczego muszę się zgodzić?

Bo najtrudniejsza jest niezgoda. Mocne tezy na wystawach, poparte ogromną dokumentacją. Tendencyjną, w jednym kierunku. Ale nie interaktywną. Widz jest niemy. Ogląda i musi się zgodzić. Nie było miejsca ani przestrzeni na opór.

Agnieszka Rayss, Muzeum poligonu nuklearnego, Kurczatow, Kazachstan, z cyklu „Ostatnia rozmowa z akademikiem Sacharowem”, 2018 © Agnieszka Rayss
Agnieszka Rayss, Muzeum poligonu nuklearnego, Kurczatow, Kazachstan, z cyklu „Ostatnia rozmowa z akademikiem Sacharowem”, 2018 © Agnieszka Rayss

Najgorzej wypada „fotograficzność” Miesiąca. Organizowany 16. rok, widział już wiele. Imprezy tematyczne wielu kuratorów, odsłony geograficzne, mniej lub bardziej konceptualizowane. Zawsze fotograficzne. Przy czym ilość obrazu różniła się znacznie. Sceptycy powiedzą, że ot – sztuka! Że już dawno nie ma tam fotografii. Głos częsty, może nie nazbyt radykalny. Dla mnie to edycja z 2011 roku pt. „Alias” wyznaczyła szczyt szczytów, nie do pobicia i już wymarzony.

Z fotograficznością i konceptem jest gorzej. Głosy o braku fotografii pojawiają się zawsze, w tym zaś roku nie są tak czcze jak poprzednio. Dwie wystawy oparte na obrazie, który daje po wnętrznościach, działa i rzuca na kolana. Dwie z jedenastu. Na szczęście. Tak się składa, że to polscy twórcy: Agata Grzybowska i Michał Łuczak. I jeszcze książka Łukasza Rusznicy Subterranean River (o niej będzie osobna recenzja). Bez dokumentów, podejść naukowych, bez śledztwa. Za to z człowiekiem na pierwszym planie, z obrazem, który wikła i musimy zareagować.

Reszta wystaw, czyli podkreślmy – gros, uszyta była podobnie. Kilka zbiorowych, zestawionych ze sobą według tematu, interpretacji tematu głównego. „Przestrzeń przepływów”. Od razu kojarzą mi się festiwale mniejsze, które kombinując z budżetem, muszą ściągać wystawy gotowe, według klucza: co warto, co się zmieści, co nie wymaga produkcji. Potem się patrzy na nie i szuka mianownika. Każdy, kto zdał maturę, umie to zrobić. Jak najogólniej, najpełniej, żeby merytorycznie obronić to wszystko. Zlepić i sprzedać jako przemyślaną całość. Najlepiej mają się wszystkie „patrzenia”, „widzenia”, ale i „tożsamości”, „identyfikacje”, „nowe…”. Miesiącowi się zawsze zazdrości możliwości – kuratorzy ze świata, produkcje i premiery. Tytuły zawsze trzymały poziom. Można było z nich więcej jednak bronić i drążyć. Co jednak ma wspólnego kryzys migracyjny z bezpieczeństwem danych? Dobre ćwiczenie na treningach interpersonalnych: wykaż się kreatywnością i powiąż znaczenia. To nie jest tak bardzo na siłę, ale też nie wygląda na połączenie wybronione.

Anaïs Lopez, „Migrant. Uciekający ptak”, 2018 © Anaïs Lopez
Anaïs Lopez, „Migrant. Uciekający ptak”, 2018 © Anaïs Lopez

Najsilniej zaznaczony jest wątek migracji, uwikłania polityki. Najwięcej autorów, bo ósemka, w tym dwa duety. Najmocniej potraktowany, z przestrzenią. Trzyma się i robi wrażenie. Wyeksponowany w Bunkrze, tym bardziej kojarzy się z głównym wydarzeniem nadającym ton całości.

Axel Braun, Dąb Stanisław August Poniatowski, Białowieża, studium przypadku „Szkodliwe ingerencje”, 2017 © Axel Braun
Axel Braun, Dąb Stanisław August Poniatowski, Białowieża, studium przypadku „Szkodliwe ingerencje”, 2017 © Axel Braun

Jednak wątkiem przewodnim dla przeważającej liczby wystaw Miesiąca jest sposób pracy autorów. Oparty na researchu, najczęściej otwarty, stający się sam celem twórczości. Fotograf śledczy, nawet już bez przydziału medium. Artysta śledczy. Tych projektów jest najwięcej, o różnym ładunku wizualnym. Zwykle jednak teza i tytaniczna praca przykrywają obraz. Dlatego uparci kontestatorzy Miesiąca, którym brakuje tam fotografii, mają w tym roku wyjątkowe pole do działania. Projekty do czytania – to za mało powiedziane. Do ślęczenia. Do wczytywania się w zebrane dane, analizowania kolejnych teczek, nowych dowodów, sprawdzania i budowania własnego zdania. Co kto lubi, bo przedmioty badań szybko traciły rolę pierwszoplanową. Perswazje i przekonywania. Najwyraźniej ulubiona metoda pracy kuratorki: naukowa, badawcza, researcherska, śledcza.

Miesiąc Fotografii to także coroczna szansa na premiery projektów i młodszych twórców (wiek nie ma znaczenia): ShowOFF. Od lat ułożony jako konkurs, gdzie zanim do premiery dojdzie, trzeba pracować z kuratorem. Zmierzyć się i spróbować takiej pracy, żeby osiągnąć pełnię i korzystając z doświadczenia – przekazać swoje prace do podania. Technologicznie, o co zwykle się zżymam, wyszło fantastycznie. Przemyślanie i dopracowanie. Żadnych niedoróbek. Tylko merytorycznie – nie. Nie można ShowOFF-u traktować ani całościowo, ani też samych projektów zupełnie jako skończonych. Każdemu z autorów oddano po równo metry bieżące przestrzeni. Każdy wykorzystał je inaczej i po swojemu. Były i gabloty, i projekcje, i kolaże. Przeważał wydruk w ramie. Ale to fotograficzność trudna, skomplikowana dodatkowo opisem. Koncepty, które potrzebowałyby swojej osobnej przestrzeni, może także dodatkowego medium, aby wybrzmieć. Wrzucone razem zgniotły się i zagotowały. Zestaw teaserów poważnych prac. Ale może właśnie cel został osiągnięty, zapisane nazwiska, na których poważne produkcje warto poczekać, rzucić się potem na wystawy i publikacje po treść osobną.

Z czym z Krakowa się wyjeżdża? Ze wspólnym mianownikiem, z zamachem na osobiste możliwości analityczne, z kilkoma obrazami pod powiekami. Z myślą, że żyjemy w podłym świecie, że trzeba nieustająco patrzeć na ręce politykom, korporacjom, zmieniać codziennie swoje nawyki i uczyć dzieci szacunku do planety. Niby się to wszystko wie. Tu zostało to wykrzyczane z ogromnych, wieloletnich, czasochłonnych projektów autorskich. Dobrze trafiło w czas i miejsce. Na zimno, do znudzenia. Kiedy już zaczęliśmy fazę znieczulenia, bo do wyborów daleko. Podświadomie czekam na wezwanie do sądu, a każdy artykuł w Internecie grzebię i sprawdzam kilkakrotnie. To nie był festiwal uczucia. Oj, nie!

Data publikacji: