pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Niepublikowane w Polsce opowiadanie najświeższej polskiej Noblistki.
2019-12-06 10:00:00
Opowiadanie

W nocy z soboty na niedzielę

ilustracja: Marek Raczkowski
W nocy z soboty na niedzielę
W nocy z soboty na niedzielę

Zastanawialiście się kiedyś, jak Bóg stworzył narkotyki? I czy miał do tego prawo? Sprawę wyjaśnia Olga Tokarczuk, która napisała na ten temat opowiadanie. 

Czyta się 4 minuty

Bóg stworzył narkotyki aneksem, kilka minut po północy, w sobotnią noc, czyli właś­ciwie w niedzielę, kiedy nie wolno mu już było pracować, a dzieło stworzenia dobiegło końca. Można więc powiedzieć, że stworzył narkotyki nielegalnie.

I wcale nie tłumaczy go to, że był zmęczony sześciodniową pracą.

Tuż przed północą, gdy poszedł do kuchni napić się czegoś mocniejszego, ogarnęły go nagle wątpliwości, a poczucie dumy i zadowolenia z siebie zastąpił dziwny, nieokreślony niepokój.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Zastukał w rurę i po chwili usłyszał za drzwiami człapanie – to była Sąsiadka. Przychodziła do niego o tej porze od kilku dni, żeby sprawdzić, jak postępują prace.

– Nie wyglądasz dobrze – powiedziała, wchodząc, bo nigdy nie owijała w bawełnę. – Właściwie wyglądasz jak własna śmierć. Skończyłeś?

– Skończyłem. – Bóg uśmiechnął się i przysunął jej krzesło, żeby usiadła. Znali się od zawsze, kiedyś nawet czuli do siebie miętę, ale teraz byli już za starzy na takie sprawy.

– I jak poszło?

– Jestem przerażająco zmęczony. I czuję, że coś jest nie tak – powiedział Bóg ostrożnie.

Sąsiadka czule poklepała go po dłoni, potem wstała, podniosła klapę świata i zajrzała do środka. Na jej ciemnej twarzy zamigotały refleksy bijącego stamtąd światła. Sąsiadka milczała dłuższą chwilę, patrząc uważnie.

– To nie jest dobre – odezwała się w końcu. – Nie obraź się, ale bardzo dużo tego wszystkiego. Za bardzo intensywne, jakieś takie krzykliwe. Za nędzne. Dla wielu będzie to nie do zniesienia.

– Jedną z fundamentalnych cech rzeczywistości jest to, że nie da się jej znieść – odparł na to Bóg nieco obrażonym tonem. – Dlatego dodałem tam czas. Wszystko trwa chwilę i to jest najlepszy samoregulator.

Sąsiadka zamknęła klapę i wróciła do stołu. Nalała im obojgu solidną porcję whisky.

– Nie wydaje ci się, że dałeś im trochę za dużo władzy? Tym nagim dwunogom. Nie przesadziłeś? Tylko dlatego, że mają być do ciebie podobni? Zresztą wcale nie są podobni, tylko na siebie spójrz…

– Dla ciebie to najlepiej nic nie robić, nic nie stwarzać – powiedział Bóg zniecierpliwiony. – Mogłabyś mnie kiedyś choć raz pochwalić. Zawsze się tak umęczę, a nigdy nie dostaję żadnych wzmocnień.

– Nigdy nie mów „nigdy” i „zawsze”. Takie pojęcia nie istnieją, dobrze o tym wiesz.

Bóg zabulgotał urażony.

– No już dobrze, już dobrze – Sąsiadka zmieniła ton. – Są tam fajne rzeczy. Z tego wszystkiego, co zrobiłeś, najbardziej podoba mi się muchomor. To prawdziwe dzieło sztuki, czyli mówiąc w skrócie: coś, co jest kompletnie niepotrzebne, a jednak nas zachwyca.

Na boską twarz wróciły rumieńce.

– Co miałeś na myśli, tworząc go? Dlaczego stworzyłeś coś takiego jak muchomor?

– Może z powodu urody? – powiedział niepewnie Bóg. – Że taki czerwony i w kropki?

Sąsiadka westchnęła i sięgnęła po szklankę.

– Zresztą, co tam muchomor! – wykrzyknął po chwili Bóg, wyraźnie ożywiony pochwałą. – A widziałaś tych jego małych polnych kuzynów? Spiczaste psylocybki, ubodzy krewni. Widziałaś, jakie cienkie mają nóżki? Prawie ich nie widać. Bez nich też mogłoby się obejść, a jednak są.

Bóg mówił w podnieceniu, ale przy ostatnim zdaniu jego entuzjazm znowu zaczął znikać. W końcu westchnął ciężko:

– No tak, to tylko grzyby. Ale ogólnie to mi nie wyszło, prawda? Spieprzyłem sprawę… A najbardziej z ludźmi. Oni wyszli mi zbyt niespokojni, agresywni z byle powodu, ciągle niezadowoleni i pazerni. Wszystko popsują i sami będą przy tym cierpieć. Będą do mnie nieustannie wołać spod tej klapy, a ja się będę denerwował.

ilustr. Marek Raczkowski
ilustr. Marek Raczkowski

– No, nie można tego tak powiedzieć, że spieprzyłeś – odezwała się po dłuższej chwili Sąsiadka. – Zawsze są jakieś możliwości naprawienia…

– Już za późno. Już niedziela.

– Ach, daj spokój, przecież ty tu rządzisz.

Bóg patrzył tępo w blat stołu.

– Te grzybki… Trzymajmy się tego, co ci wyszło – powiedziała Sąsiadka. – A gdybyś tak wymyślił kilka pięknych mikstur i powrzucał je do różnych twoich dzieł sztuki, co? Tak, żeby tych ludzi trochę oszołomić, żeby dać im piękne chwile?

Bóg podniósł na nią wzrok i w jego oczach zagrało światło.

– Dobre – powiedział. – I zrobić tak, żeby musieli to ciągle brać, szukać tego, marzyć o tym… żeby ich to wiązało, osłabiało. Żeby odwracało ciągle ich uwagę.

– No, nie to miałam na myśli. Raczej…

– Ale wtedy miałbym dwa w jednym – przerwał jej. – Trzymałbym ich na wodzy, nie domagaliby się wtedy wyjścia poza klapę. Zajęliby się sobą i nie zawracali mi więcej głowy. Miałbym ich w garści… Kochana, jesteś genialna. Która godzina?

Sąsiadka ciężko westchnęła.

– Jest pięć po dwunastej, to już niedziela.

– Cholera jasna!

– Z prawnego punktu widzenia możesz zrobić aneks po czasie. Jesteś w końcu Bogiem.

– Tak mówisz?

Bóg skoczył na równe nogi i zabrał się do pracy. Nalał do czajnika wody, a potem zaczął coś mieszać w pustych puszkach po konserwach i słoikach. Przez cały czas mówił do siebie pod nosem: „opiaty” albo „dietyloamid kwasu lizergowego” i jeszcze jakieś formuły, które trudno było zrozumieć. W końcu miał w kubku kilka różnych substancji, które starannie wymieszał.

– Jak mam to rozmieścić? Do czego to włożyć? Jak myślisz? Mów szybko. To musi działać, zanim jeszcze zaczną się te kłopoty z jabłkiem.

– Otwórz klapę i wrzuć to tam po prostu. Niech spadnie, gdzie spadnie. Oni będą uwielbiali to słowo „przypadek”. Lepiej, żeby nie łączyli tego z tobą i nie wiedzieli, że zrobiłeś to specjalnie.

– Mogliby mnie obwiniać o złe zamiary… – przyznał jej rację. Wziął w palce szczyptę stworzonych przed chwilą substancji i delikatnie posypywał nią wszystko, co było pod klapą. Wyglądało, jakby solił potrawę. Sąsiadka nachyliła się nad światem i patrzyła, gdzie spada pył.

– Ten kwas wpadł prosto w zboże, a inne poleciały na to cudowne pole maku.

– O, i na trawy… I na moje grzyby! Patrz!

Gdy Bóg skończył, zatrzasnął klapę i długo siedzieli w milczeniu. Niedziela rozkwitła nad nimi do pełna.

– To chyba nie było w porządku z mojej strony – powiedział nagle Bóg.

– Daj spokój – odpowiedziała mu Sąsiadka i uspokajająco położyła swoją dłoń na jego dłoni. – Musisz się w końcu przyzwyczaić, że Bóg się nie myli.

I dodała, wstając:

– Pora spać.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!