Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Fragment utopijnej powieści „Wyspa”, którą napisał
2018-03-19 00:00:00

Trzy różowe pigułki

ilustracja: Marek Raczkowski
Trzy różowe pigułki
Trzy różowe pigułki

„Praca stanie się jogą pracy, zabawa będzie jogą zabawy, a codzienne czynności awansują do statusu jogi codziennego życia” – czy utopijna wizja Aldousa Huxleya z 1962 r., w której filozofia Wschodu tworzy syntezę z ówczesną wiedzą naukową, ma szanse na spełnienie?

Kto jest kim

Will Farnaby – główny bohater; typowy europejski inteligent: błyskotliwy i w głębi duszy nieszczęśliwy. Jako dziecko widział śmierć ukochanej ciotki; jako dorosły zdradzał żonę i doprowadził do jej śmierci. Wymienione wydarzenia służą mu za uzasadnienie własnego cynizmu, jednak z każdą kolejną stroną powieści szlachetnieje.
Doktor Robert MacPhail – mądry badacz i lekarz, który swoją wiedzą ochoczo dzieli się z Willem ignorantem; w międzyczasie pracuje w laboratorium i odwiedza umierającą na raka żonę.
Murugan – młody następca na tronie państwa Pala, zafascynowany zachodnim stylem życia; kiedy dojdzie do władzy, planuje zburzyć buddyjskie świątynie, wykorzystać złoża ropy naftowej i wprowadzić na wyspę szybkie samochody.
Widżaja – drugoplanowa postać, która budzi zaufanie; współpracownik doktora Roberta: młody, mądry, łagodny, wyrozumiały, a zarazem duży i silny – właściwie ideał; przekaziciel świetnych genów.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

Patriotyzm nie wystarczy. Tak samo zresztą nie wystarczy nic innego: nauka nie wystarczy, religia nie wystarczy, sztuka nie wystarczy, polityka i ekonomia nie wystarczą ani miłość, ani obowiązek, ani działanie nawet najbardziej bezinteresowne, ani kontemplacja, nawet żeby nie wiadomo jak wysublimowana. Nie wystarczy nic, chyba że coś, co byłoby wszystkim.

– Uwaga! – zakrzyczał ptak w oddali.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Will popatrzył na zegarek. Za pięć dwunasta. Zamknął Uwagi o tym, co jest co i chwyciwszy bambusowy kij alpejski, który kiedyś należał do Dugalda MacPhaila, ruszył na umówione spotkanie z Widżają i doktorem Robertem. Odległość od bungalowu doktora Roberta do głównego budynku Stacji Doświadczalnej, drogą na skróty, to tylko niecałe ćwierć mili. Był jednak nieznośny upał, a także dwa ciągi schodów do pokonania po drodze. Nie lada wyprawa dla rekonwalescenta z prawą nogą w łupkach.

Powoli, boleśnie, powędrował krętą ścieżką, wspinając się po schodach. Zatrzymał się po przejściu ostatnich stopni, żeby złapać oddech i wytrzeć pot z czoła, potem ruszył w kierunku tablicy z napisem LABORATORIUM, trzymając się wąskiego paska cienia rzucanego przez mur.

Drzwi pod tablicą były uchylone, otworzył je pchnięciem i wszedł do długiej, wysoko sklepionej hali. Jak wszędzie, były tam zlewy i stoły robocze, oszklone szafki pełne butelek i sprzętu laboratoryjnego, a także, jak zwykle, zapach chemikaliów i myszy w klatkach. W pierwszej chwili Will miał wrażenie, że w hali nie było nikogo. Okazało się jednak, że – prawie niewidoczny za półką z książkami postawioną pod kątem prostym do ściany – siedział przy stole młody Murugan, pochłonięty czytaniem. Will zbliżył się do niego tak cicho, jak tylko potrafił – zawsze uważał zaskakiwanie ludzi za zabawne. Jego zbliżanie się maskował szum wentylatora elektrycznego, tak że Murugan zdał sobie sprawę z obecności Willa dopiero, gdy ten podszedł na dwa metry do wystającej półki. Chłopak drgnął spłoszony, w panicznym pośpiechu wrzucił swoją książkę do skórzanej teczki. Zaraz też sięgnął po inny, mniejszy tom, który leżał otwarty obok niej na stole, przyciągając go tak, że znalazł się w odległości umożliwiającej czytanie. Dopiero wtedy odwrócił twarz w stronę intruza.

– To tylko ja – powiedział Will, uśmiechając się, żeby mu dodać otuchy.

Na twarzy chłopaka gniewny upór ustąpił miejsca wyrazowi ulgi.

– A ja myślałem, że to... – przerwał, nie kończąc zdania.

– Myślałeś, że to ktoś, kto cię zbeszta, bo nie robisz tego, co masz robić, nieprawda?

Murugan wykrzywił twarz w uśmiechu i pokiwał potakująco swoją kędzierzawą głową.

– Gdzie są wszyscy inni? – zapytał Will.

– Wyruszyli w pole – Murugan mówił tonem potępienia. – Przycinają czy zapylają, czy coś tam jeszcze.

– A więc to tak – kiedy nie ma kota, myszy harcują. Cóż to studiowałeś z taką pasją?

Murugan, z obłudną miną niewiniątka, uniósł książkę, której czytanie chciał udawać.

– Jest zatytułowana Wstęp do ekologii – powiedział.

– Rozumiem – powiedział Will. – Ale ja pytałem, co czytałeś naprawdę.

– Ach, to. – Murugan wzruszył ramionami. – Pan by się tym nie zainteresował!

– Interesuje mnie wszystko, co ktoś usiłuje ukryć – zapewnił go Will. – Czy to pornografia?

Muruganowi nagle odeszło prezentowane dotąd aktorstwo. Wyglądał na autentycznie urażonego.

– Za kogo pan mnie ma?

Will już niemal powiedział, że ma go za zwyczajnego chłopaka, ale zreflektował się. Piękny, młody przyjaciel pułkownika Dipy mógłby wziąć „zwyczajnego chłopaka” za obrazę czy insynuację. Skłonił się zatem z udawaną dworskością.

– Proszę o wybaczenie Waszą Wysokość – powiedział, i dodał innym tonem: – Ale jestem nadal zaciekawiony. Czy mogę? – Położył rękę na wypchanej teczce.

Po chwili wahania Murugan odpowiedział z wymuszonym uśmiechem:

– Proszę, śmiało.

– Cóż za tomisko! – Will wyciągnął z teczki księgę wielkiego formatu i położył ją na stole. Przeczytał na głos: – Sears, Roebuck and Company, Katalog Wiosenno-Letni.

– To z ubiegłego roku – wyjaśnił Murugan tonem przeprosin. – Ale nie przypuszczam, żeby od tego czasu wiele się zmieniło.

– Chyba się w tym mylisz – oznajmił Will. – Gdyby co roku nie zmieniano gruntownie mody, nie byłoby powodu, żeby kupować rzeczy nowe, zanim stare zostaną znoszone. Nie rozumiesz podstawowych zasad współczesnego konsumpcjonizmu. – Otworzył katalog na chybił trafił. „Miękkie, koturnowe, ranne pantofle o powiększonej szerokości”. Otworzył w innym miejscu i znalazł opis i obrazek przedstawiający „bladoróżowy biustonosz z dakronu i bawełny Pima”. Przewrócił kartkę, a tam, memento mori, było to, co nabywczyni biustonosza będzie nosić za lat dwadzieścia – „regulowany gorset przedni z miską podtrzymującą obwisły brzuch”.

– Nie jest to zbyt zajmujące – powiedział Murugan – może dopiero sam koniec tomu. A ten katalog ma tysiąc trzysta pięćdziesiąt osiem stron – dodał dla uzupełnienia. – Proszę tylko pomyśleć! Tysiąc trzysta pięćdziesiąt osiem!

Will przerzucił następne sto pięćdziesiąt stron.

– Aha, tu coś bardziej do rzeczy – powiedział. – „Nasze słynne rewolwery i pistolety kaliber 22”. – Nieco dalej były łodzie z włókna szklanego i jeszcze silniki do montowania w kadłubie, o zwiększonym ciągu, a wreszcie dwunastokonny silnik zaburtowy za jedne 234,95 dolara wraz ze zbiornikiem paliwa. Przy nim dopisek: „Nadzwyczaj Wspaniałomyślna Oferta”.

Murugan jednak nie był, jak się okazało, wodniakiem. Wziął katalog i zaczął go niecierpliwie kartkować jeszcze dalej.

– Proszę spojrzeć na ten włoski skuter! – Podczas gdy Will oglądał, on czytał na głos:

– Taki Speedster, o eleganckiej sylwetce, pali tylko 2,1 litra na setkę. Niech pan sobie wyobrazi! – Jego twarz, zwykle nadąsana, promieniowała entuzjazmem. – A nawet ten motocykl, o mocy 14,5 koni, zużywa 3,9 litra na 100 kilometrów. A ma gwarantowaną prędkość do 120 kilometrów na godzinę! GWARANTOWANĄ!

– Nadzwyczajne! – powiedział Will. Zaraz też zapytał z zaciekawieniem: – Czy ktoś przysłał ci tę wspaniałą lekturę z Ameryki?

Murugan potrząsnął głową przecząco.

– Dostałem ją od pułkownika Dipy.

– Od pułkownika Dipy? – Co za dziwny prezent od Hadriana dla Antinousa! Popatrzył jeszcze raz na zdjęcie motocykla i z powrotem na rozpromienioną twarz Murugana. Zaświtało mu – nagle dojrzał ukryty cel zabiegów pułkownika. „Wąż mnie zwiódł i zjadłam”. Drzewo w rajskim ogrodzie nazywa się Drzewo Towarów Konsumpcyjnych, a dla mieszkańców każdego z upośledzonych w rozwoju Rajów smak najmniejszego z jego owoców, a nawet sam widok jego tysiąca trzystu pięćdziesięciu ośmiu liści ma moc uświadomienia im wstydliwego faktu, że w sensie wyrobów przemysłowych są kompletnie goli. A przyszłemu Radży Pali dawano szansę uświadomienia sobie, że nie jest niczym więcej jak nienawykłym do noszenia spodni władcą szczepu dzikusów.

– Powinieneś – powiedział Will na głos – sprowadzić milion tych katalogów i rozdać – oczywiście gratis, tak jak środki antykoncepcyjne – wśród swoich poddanych.

– W jakim celu?

– By zaostrzyć im apetyt na posiadanie. Zaczną się wtedy domagać Postępu, a więc szybów naftowych, uzbrojenia, Joego Aldehyda, radzieckich techników.

Murugan zmarszczył brwi i potrząsnął głową.

– To nic nie da.

– Myślisz, że ich nie skusi? Nawet Speedstery o eleganckiej sylwetce i bladoróżowe biustonosze? Ależ to nie do wiary!

– Może i nie do wiary – powiedział gorzko Murugan – ale to fakt. Oni są po prostu niezainteresowani.

– Nawet ci młodzi?

– Powiedziałbym, że szczególnie ci młodzi.

Will Farnaby nadstawił uszu. Brak zainteresowania w tym przypadku był niezwykle interesujący.

– Czy potrafisz zgadnąć dlaczego? – zapytał.

– Nie muszę zgadywać – odparł chłopak. – Wiem. – Sztucznie jak aktor, jakby nagle postanowił parodiować swoją matkę, zaczął mówić, absurdalnie niepasującym do jego wieku i wyglądu, tonem świętego oburzenia. – Zacznijmy od tego, że są zdecydowanie zbyt zajęci... – Tu się zawahał, a następnie wyświstał to wstrętne słowo z akcentowaną odrazą: – Seksem.

– Ależ seksem zajmują się wszyscy. Co ich nie powstrzymuje przed uganianiem się za skuterami o eleganckiej linii.

– W tym kraju seks jest czymś innym – upierał się Murugan.

– Czy z powodu jogi miłości? – zapytał Will, pamiętając pełną zachwytu twarz małej pielęgniarki.

Chłopak pokiwał twierdząco głową.

– Mają coś, co każe im myśleć, że są zupełnie szczęśliwi i nie potrzebują nic więcej.

– Ależ to prawdziwe błogosławieństwo!

– Nie ma w tym nic błogosławionego – odciął się Murugan. – Tylko coś głupiego i odrażającego. Żadnego postępu, jedynie seks, seks i seks. No i oczywiście ten potworny narkotyk, który się im daje.

– Narkotyk? – powtórzył Will ze zdziwieniem. Narkotyk w kraju, o którym Susila mówiła, że uzależnionych nie ma wcale? – Co za narkotyk?

– Robiony z muchomorów. Mu-cho-mo-rów! – mówił głosem, który był komiczną karykaturą głosu Rani w wydaniu głęboko dramatycznym, tonu urażonej duchowości.

– Czy to te piękne, czerwone muchomory, na których kiedyś siadywały krasnoludki?

– Nie, te są żółte. Ludzie kiedyś zbierali je w górach. A dzisiaj są hodowane na specjalnym podłożu dla grzybów w Wysokogórskiej Stacji Doświadczalnej. Uprawa narkotyku metodą naukową, czyż to nie piękne?

Słychać było trzaśnięcie drzwiami, a potem głosy i zbliżające się kroki w korytarzu. Murugan, nagle pozbywając się oburzonego tonu Rani, stał się na powrót wrażliwym na głos sumienia uczniem, starającym się gorączkowo zataić swoje wykroczenia. W mgnieniu oka miejsce katalogu Searsa i Roebucka zajął Wstęp do ekologii, a podejrzanie wyglądająca teczka wylądowała pod stołem. W chwilę potem do hali wielkimi krokami wmaszerował Widżaja, rozebrany do pasa i połyskujący jak natłuszczony brąz od potu pracy fizycznej w południowym słońcu. Za nim wszedł doktor Robert. Murugan podniósł wzrok znad swojej książki, jak przykładny student, któremu banalni intruzi ze świata zewnętrznego zakłócają poważne studia. Rozbawiony tym Will bez zwłoki podjął ochoczo rolę, jaką ta sytuacja wyznaczała jemu.

– To ja dotarłem tu za wcześnie – skwitował przeprosiny Widżai za ich spóźnienie. – W wyniku czego tu obecny nasz młody przyjaciel nie mógł dokończyć odrabiania swoich lekcji. Rozmawialiśmy bez przerwy.

– A o czym? – zapytał doktor Robert.

– O wszystkim. O gruszkach i pietruszkach, skuterach, obwisłych brzuchach. A kiedy weszliście, właś­nie rozmawialiśmy o muchomorach. Murugan mówił mi o grzybach używanych tu do wyrobu narkotyku.

– Co nam mówi sama nazwa? – powiedział ze śmiechem doktor Robert. – Praktycznie wszystko. Ponieważ Murugan miał nieszczęście wychować się w Europie, nazywa to narkotykiem i traktuje z dezaprobatą, jaką to brudne słowo wywołuje przez zwykły odruch warunkowy. My, wręcz odwrotnie, nadajemy tej substancji nazwy miłe, jak lek moksza, objawiacz rzeczywistości, pigułka prawdy i piękna. A z doświadczenia wiemy, że te dobre imiona są zasłużone. Natomiast tu obecny nasz młody przyjaciel nie posiadł znajomości tego środka z pierwszej ręki i nie daje sobie nawet wytłumaczyć, że warto spróbować. Dla niego to narkotyk, a narkotyk to coś, na co z definicji nigdy nie pozwoli sobie żadna uczciwa osoba.

– Co Jego Wysokość powie na to? – zapytał Will.

Murugan potrząsnął głową przecząco.

– Daje to tylko stek złudzeń, to wszystko – wymamrotał. – Dlaczego ja miałbym porzucać moją włas­ną drogę, żeby dawać się ogłupiać?

– Słusznie, dlaczego? – odpalił Widżaja z dobroduszną ironią. – Zwłaszcza że w swoim normalnym stanie ty, jako jedyny z całej ludzkiej rasy, nigdy nie dajesz się ogłupiać i nigdy nie masz złudzeń w żadnej sprawie!

Murugan zaprotestował.

– Tego nigdy nie powiedziałem. Chciałem tylko dać do zrozumienia, że nie życzę sobie żadnego waszego sfałszowanego samadhi [stan medytacyjnej świadomości m.in. w hinduizmie i buddyzmie – przyp. red.].

– Skąd wiesz, że jest sfałszowane? – padło pytanie doktora Roberta.

– Bo to prawdziwe przychodzi do ludzi tylko po latach i latach medytacji i tapas [praktyka ascetyczna w religii wedyjskiej – przyp. red.] oraz tego... sami wiecie – niezadawania się z kobietami.

– Murugan jest purytaninem – wyjaśnił Willowi Widżaja. – Jest oburzony faktem, że mając we krwi czterysta miligramów leku moksza, nawet początkujący, tak, nawet chłopcy i dziewczęta kochający się fizycznie, mogą doznać przebłysku takiego świata, jaki objawia się komuś, kto został wyzwolony z pęt własnego ja.

– Ale to nie jest autentyczne – upierał się Murugan.

– Nieautentyczne?! – powtórzył doktor Robert. – Równie dobrze mógłbyś powiedzieć, że doświadczanie tego, że się dobrze czujesz, nie jest autentyczne.

– To oczywiste – zaprotestował Will. – Doświadczenie może dziać się naprawdę w odniesieniu do czegoś, co zachodzi w twojej czaszce, ale być całkowicie nieistotne dla czegokolwiek na zewnątrz.

– Naturalnie – zgodził się doktor Robert.

– Czy wiecie, co się dzieje wewnątrz waszych czaszek po wzięciu dawki tych grzybów?

– Trochę nam wiadomo.

– W dodatku ciągle staramy się dowiedzieć więcej – dodał Widżaja.

– Na przykład – mówił dalej doktor Robert – odkryliśmy, że ludzie, u których badanie encefalograficzne nie wykazuje fali alfa w czynności mózgu, kiedy są zrelaksowani, będą prawdopodobnie reagowali słabo na lek moksza. Wniosek z tego, że dla około piętnastu procent ludności będzie trzeba znaleźć inne sposoby wyzwalania się.

– Jeszcze jedno, co dopiero teraz zaczynamy rozumieć – powiedział Widżaja – to korelat neurologiczny takich doświadczeń. Co się dzieje w mózgu, kiedy masz wizję? I co się dzieje, kiedy przechodzisz od stanu przedmistycznego do prawdziwie mistycznego stanu swego umysłu?

– Czy wy to wiecie?

– „Wiedzieć” to wielkie słowo. Powiedzmy, że czujemy się na siłach robić pewne wiarygodne domysły. Aniołowie i Nowe Jerozolimy, i Madonny, i Przyszli Buddowie – wszyscy oni są związani z pewnym rodzajem nietypowej stymulacji obszarów pól pierwotnych mózgu, na przykład kory wzrokowej. Nie wykryliśmy jeszcze, w jaki sposób lek moksza wytwarza tę nietypową stymulację. Najważniejsze jest jednak, że ją wytwarza, w ten czy inny sposób. Oraz że, tak czy inaczej, działa też w nietypowy sposób na nieme obszary mózgu, obszary niewiązane z określonymi funkcjami postrzegania, ruchu czy czucia.

– A jaka jest odpowiedź tych niemych obszarów? – zainteresował się Will.

– Najpierw powiedzmy sobie, jakiej odpowiedzi od nich nie dostajemy. Nie dają odpowiedzi w postaci wizji, wrażeń dźwiękowych ani telepatii, ani jasnowidzenia, ani żadnych innych wyczynów z gatunku parapsychologii. Nic z tych, tak uciesznych, treści przedmistycznych. Ich odpowiedź to doświadczenie mistyczne w najpełniejszym wydaniu. Rozumiesz: Jeden we wszystkim i Wszystko w jednym. Główne doznanie oraz jego następstwa – bezgraniczne współczucie, niezgłębiona tajemnica, sens.

– Trzeba koniecznie dodać radość – powiedział doktor Robert – nieopisaną radość.

– I cały ten bal odbywa się wewnątrz twojej czaszki – zauważył Will. – Najzupełniej prywatnie. Bez żadnego odniesienia do faktów zewnętrznych, z wyjątkiem muchomora.

– Nieautentyczne – wtrącił się Murugan. – To właśnie jest dokładnie to, co chciałem powiedzieć.

– Ty zakładasz – zaczął tłumaczyć doktor Robert – że mózg produkuje świadomość. Moje założenie jest, że on przekazuje świadomość. A moje uzasadnienie nie jest bardziej naciągane od twojego. Jak u licha zespół zdarzeń należących do jednego porządku może być doświadczany jako zespół zdarzeń należący do innego i nieporównywalnego porządku? Nikt nie ma bladego pojęcia jak. Wszystko, co da się z tym zrobić, to przyjąć fakty i pichcić hipotezy. Przy czym jedna hipoteza jest, patrząc na to filozoficznie, równie dobra jak inna. Ty mówisz, że lek moksza działa na nieme obszary mózgu jakoś tak, że wytwarzają one zespół zdarzeń subiektywnych, nazywany przez ludzi „doświadczeniem mistycznym”. Ja mówię, że lek ten działa na nieme obszary mózgu, otwierając jakiś rodzaj neurofizjologicznej śluzy i pozwalając w ten sposób wielkim objętościom umysłu przez duże „U” przelać się do twojego umysłu przez małe „u”. Ty nie możesz wykazać prawdziwości swojej hipotezy, a ja nie mogę wykazać prawdziwości mojej. Ale czy w praktyce coś by się zmieniło, gdybyś mógł mi wykazać, że się mylę?

– Jestem zdania, że to stanowiłoby całą wielką różnicę – powiedział Will.

– Czy pan lubi muzykę? – zapytał doktor Robert.

– Bardziej niż większość innych rzeczy.

– A czy wolno mi spytać, do czego nawiązuje kwintet g-moll Mozarta? Czy nawiązuje do Allacha? Albo do Tao? A może do drugiej osoby Trójcy Świętej? Albo do atmanu Brahmana [w hinduizmie indywidualna dusza tożsama z Absolutem – przyp. red.].­Will roześmiał się.

– Miejmy nadzieję, że nie.

– Ale nie jest tak, że z tego powodu słuchanie kwintetu g-moll daje mniejsze zadowolenie. A więc tak samo dzieje się z doświadczeniem tego rodzaju, jakiego dostarcza lek moksza lub jakie jest osiągane przez modlitwę, przez poszczenie i treningi sfery duchowej. Nawet jeśli nie nawiązuje ono do niczego poza nim samym, to ciągle pozostaje tym najważniejszym, co ci się kiedykolwiek zdarzyło. Jak muzyka, tylko wielokrotnie więcej znaczące. A daj temu doświadczeniu szansę, bądź gotowy utrzymać się przy nim, to wyniki będą nieporównywalnie bardziej uzdrawiające i transformujące. Niech będzie zatem, że to wszystko dzieje się tylko wewnątrz czyjejś głowy. Niech będzie, że to ściśle prywatne i nie istnieje żadna wiedza łącząca to z czymś więcej niż twoją własną fizjologią. Czy to ważne? Ważny jest fakt, że to doznanie może otworzyć komuś oczy, dać mu natchnienie i gruntownie zmienić jego życie. – Zapadło, długo się ciąg­nące, milczenie. – Pozwól, że ci coś powiem – podjął doktor, zwracając się do Murugana. – Coś, czego nie miałem zamiaru mówić nikomu. Teraz jednak czuję, że być może mam obowiązek, obowiązek wobec tronu, obowiązek wobec Pali i wszystkich ludzi na niej – zobowiązanie do opowiedzenia ci o tym bardzo prywatnym doświadczeniu. Być może pomogę ci zrozumieć nieco lepiej swój kraj i to, co się w nim dzieje. – Przerwał na chwilę, potem cichym i rzeczowym głosem powiedział: – Przyjmuję, że znasz moją żonę.

Ciągle z twarzą odwróconą w inną stronę Murugan przytaknął.

– Tak się zmartwiłem, kiedy się dowiedziałem, że jest tak bardzo chora – wymamrotał.

– Teraz to już kwestia paru dni – powiedział doktor Robert. – Czterech, najwyżej pięciu. Jest ciągle w pełni przytomna i świadoma tego, co się z nią dzieje. Wczoraj zapytała, czy moglibyśmy wziąć razem lek moksza. Braliśmy go razem – dodał – raz lub dwa razy w roku przez co najmniej trzydzieści siedem ostatnich lat – od kiedy postanowiliśmy się pobrać. A teraz, raz jeszcze, ostatni, ostatni raz. Wiązało się to z ryzykiem ze względu na uszkodzoną wątrobę. Ryzyko warte podjęcia – tak zdecydowaliśmy. I mieliśmy rację, wszystko się udało. Lek moksza, czyli narkotyk – jak wolisz go nazywać – nie wywołał u niej żadnych zaburzeń. To, czego doznała, było przemianą myślenia.

Doktor zamilkł, a do Willa nagle zaczęły docierać piski i drapanie szczurów w klatkach, a przez otwarte okno zgiełk tropikalnej przyrody i odległe wołanie gadającego ptaka.

– Tu i teraz, chłopcy. Tu i teraz...

– Jesteś jak ten gwarek – powiedział doktor na koniec. – Wyuczony powtarzania słów, których nie rozumiesz, albo wypowiadasz, nie wiedząc po co. „To nie jest autentyczne. To nieautentyczne”. Gdybyś spróbował tego, przez co Lakszmi i ja przeszliśmy wczoraj, zmieniłbyś zdanie. Wiedziałbyś, że to znacznie bardziej rzeczywiste niż to, co nazywasz rzeczywistością. Bardziej realne niż to, co myślisz albo czujesz w tej chwili. Bardziej realne niż świat, który masz przed oczami. Ale ciebie nauczono mówić „nieautentyczne”. Nieautentyczne, nieautentyczne. – Doktor Robert położył ojcowskim gestem rękę na barku chłopaka. – Powiedziano ci, że jesteśmy tylko paczką pozwalających sobie na wszystko ćpunów, pławiących się w złudzeniach i w fałszywych samadhi. Posłuchaj mnie, Murugan, zapomnij o wszystkich tych złych słowach, które w ciebie wpompowano. Zapomnij przynajmniej do czasu, kiedy sam przeprowadzisz jedno, tylko jedno doświadczenie. Przyjmij czterysta miligramów leku moksza i zobacz sam, jak on działa, co może ci powiedzieć o twoim własnym charakterze, o tym dziwnym świecie, w którym próbujesz żyć, uczyć się, cierpieć, a na koniec umrzeć. Tak, nawet ty będziesz musiał pewnego dnia umrzeć – może za pięćdziesiąt lat, a może już jutro, kto wie? Ale to na pewno się zdarzy i jest głupcem, kto nie przygotowuje się do tego. – Odwrócił się do Willa. – Czy zechciałbyś dołączyć do nas, kiedy będziemy brać prysznic i wskakiwać w jakieś ubrania?

Nie czekając na odpowiedź, wyszedł przez drzwi prowadzące do centralnego korytarza długiego budynku. Will chwycił swoją bambusową laskę i także wyszedł z hali, z Widżają u boku.

– Myślisz, że to zrobiło na Muruganie jakieś wrażenie? – zapytał Widżaję, gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi.

– Wątpię – Widżaja wzruszył ramionami.

– Z powodu matki – powiedział Will – i swojej własnej pasji do silników spalinowych jest zapewne głuchy na wszystko, co mu powiecie. Powinieneś był słyszeć go rozprawiającego o skuterach!

– Słyszymy go często – powiedział doktor Robert, który przystanął przed niebieskimi drzwiami i czekał, żeby dołączyli. – Kiedy osiągnie pełnoletniość, skutery staną się poważnym zagadnieniem polityki.

Widżaja roześmiał się.

– Skuterować albo nie skuterować, oto jest pytanie.

– Zauważmy, że nie jest to pytanie wyłącznie dla Pali – dodał doktor Robert. – Na to pytanie musi odpowiedzieć tak lub nie każdy słabo rozwinięty kraj.

– A odpowiedź jest zawsze ta sama – powiedział Will. – Gdziekolwiek byłem, a byłem prawie wszędzie, wybierano z przekonaniem „skuterować”. Wszyscy to samo.

– Bez wyjątku – zgodził się Widżaja. – Skuterować dla samego skuterowania, i niech diabli porwą troskę o spełnienie, samowiedzę i wyzwolenie. Że nie wspomnę o zwyczajnym zdrowiu i szczęściu.

– Natomiast my – powiedział doktor Robert – zawsze wybieramy przystosowanie naszej gospodarki i technologii do istot ludzkich, a nie naszych istot ludzkich do czyjejś gospodarki i technologii. Importujemy to, czego nie możemy zrobić, ale wytwarzamy i importujemy tylko to, na co możemy sobie pozwolić. A to, na co nas stać, jest ograniczone nie tylko przez dopływ funtów, dolarów i marek do naszej kasy, ale także i w pierwszym rzędzie, w pierwszym rzędzie – powtórzył z naciskiem – przez to, że chcemy być szczęśliwi i mamy ambicję osiąg­nięcia pełni człowieczeństwa. Skutery, jak zostało postanowione po starannym zbadaniu sprawy, zaliczają się do towarów – bardzo licznych towarów – na które nas po prostu nie stać. Tego biedny Murugan będzie się musiał dowiedzieć w sposób trudny, ponieważ, jak widać, nie nauczył się tego i nie ma ochoty się nauczyć w sposób łatwy.

– Jaki to jest ten łatwy sposób?

– Przez edukację i dalsze wyjawianie rzeczywistości. Murugan nie miał jednego ani drugiego. Albo raczej otrzymał ich przeciwieństwa. Miał w Europie chybioną edukację: szwajcarską guwernantkę, angielskich nauczycieli, amerykańskie filmy i reklamy towarów zewsząd. Jego rzeczywistość była zaciemniona przez ten rodzaj duchowości, jaki reprezentowała jego matka. Dlatego trudno mu się dziwić, że tęskni za skuterami.

– Ale jego poddani, jak się domyś­lam, nie tęsknią.

– A dlaczego mieliby tęsknić? Od niemowlęctwa uczy się ich czujności na obecność świata i korzystania z wiedzy o nim. Ponadto pokazuje im się świat, ich samych i innych ludzi, kiedy są oświecani i przekształcani przez wyjawianie rzeczywistości. Co, oczywiście, stanowi dla nich bodziec do bardziej intensywnego zapoznawania się ze światem i korzystania z niego z lepszym rozumieniem, tak że rzeczy najzwyklejsze, wydarzenia najbardziej banalne widziane są jako klejnoty albo cuda. Klejnoty albo cuda – powtórzył z naciskiem. – Więc dlaczego mielibyśmy uciekać się do skuterów albo whisky, albo telewizji, albo Billy’ego Grahama czy którejś jeszcze z waszych rozrywek, czy też waszych sposobów wypełniania pustki.

– „Nie wystarczy nic, chyba że coś, co byłoby wszystkim” – zacytował Will. – Teraz rozumiem, co Radża Stary miał na myśli. Nie możesz być dobrym ekonomistą, chyba że jesteś jednocześnie dobrym psychologiem. Albo dobrym inżynierem, nie będąc metafizykiem właściwego rodzaju.

– Nie zapominajmy o wszystkich innych naukach – powiedział doktor Robert. – Farmakologia, socjologia, fizjologia, żeby nie pominąć autologii, neuroteologii, metachemii, mikomistycyzmu i wiedzy ostatecznej – dorzucił, patrząc w przestrzeń tak, jakby był sam ze swymi myślami o Lakszmi w szpitalu – tej nauki, z której wszyscy, prędzej czy później, będziemy mieli egzamin – tanatologii. – Umilkł, żeby po chwili podjąć innym tonem: – No dobrze, chodźmy teraz się umyć. – Otworzył niebieskie drzwi i wszedł pierwszy do pomieszczenia szatni, z rzędami natrysków i umywalek wzdłuż jednej, a szafek ubraniowych i wiszących półek na przeciwległej ścianie.

Will rozsiadł się i prowadził dalej konwersację, gdy jego towarzysze byli zajęci namydlaniem się przy umywalkach.

– Czy byłoby dopuszczalne – zapytał – wypróbowanie pigułki prawda-i-piękno przez obcokrajowca o niewłaściwym przygotowaniu edukacyjnym?

W odpowiedzi otrzymał inne pytanie:

– A czy twoja wątroba jest w porządku? – zapytał doktor Robert.

– W najlepszym porządku.

– W dodatku wydaje mi się, że jesteś co najwyżej lekkim schizofrenikiem. Dlatego nie widzę przeciwwskazań.

– Wolno mi, zatem, przeprowadzić takie doświadczenie?

– Kiedykolwiek zechcesz.

Wszedł do najbliższej kabiny i uruchomił natrysk. Widżaja zrobił to samo.

– Czy wy nie jesteście od pracy intelektualnej? – zapytał Will, kiedy dwaj mężczyźni pojawili się znowu i zaczęli się wycierać.

– Wykonujemy pracę umysłową – odpowiedział Widżaja.

– Skąd zatem ta fizyczna, ten ciężki znój?

– Powód jest bardzo prosty: dziś rano miałem trochę wolnego czasu.

– I ja także – dodał doktor Robert.

– I dlatego ruszyliście w pola naśladować Tołstoja.

Widżaja roześmiał się.

– Chyba wyobrażasz sobie, że zrobiliśmy to z powodów etycznych.

– A to nieprawda?

– Z całą pewnością nieprawda. Wykonuję pracę z pomocą mięśni, ponieważ mam mięśnie. Jeśli nie będę ich używał, stanę się uzależnionym od siedzenia złośliwcem.

– Który nie ma nic pomiędzy korą mózgową a pośladkami – dodał doktor Robert. – Lub raczej ma tam wszystko, lecz w stanie kompletnego nieuświadomienia i toksycznej stagnacji. Wszyscy intelektualiści Zachodu są uzależnionymi-od-siedzenia. To z tego powodu większość was ma tak odrażająco niezdrowy wygląd. Niegdyś każdy musiał przynajmniej wiele chodzić – czy to książę, czy lichwiarz, czy nawet metafizyk. A kiedy ich nogi nie były w użyciu, to podskakiwali sobie na koniach. Tymczasem dzisiaj,­ czy to rekin finansowy, czy jego maszynistka, czy jesteś pozytywistą logicznym, czy tylko myślącym pozytywnie, wszyscy spędzacie dziewięć dziesiątych czasu na piankowych poduszkach. Gąbkowate siedzenia pod gąbkowate tyłki – w domu, w biurze, w samochodach i w barach, w samolotach, pociągach i autobusach. Żadnego ruchu dla nóg, żadnej walki z odległością czy z siłą ciężkości – ciągle windy i samoloty, i samochody, wszędzie piankowa poduszka i wieczna nieuchronność pozycji siedzącej. Te siły życiowe, które niegdyś znajdowały ujście przez mięśnie prążkowane, są kierowane z powrotem na trzewia i układ nerwowy i niszczą je z wolna.

– A więc wasze kopanie i przekopywanie jest pewną formą terapii?

– Zapobieganiem – żeby terapia nie była potrzebna. Nawet profesor, nawet ważny urzędnik państwowy na Pali znajduje na ogół dwie godziny na kopanie i przekopywanie.

– Jako część jego obowiązków?

– I jako część jego przyjemności.

Will skrzywił się.

– To nie byłaby część moich przyjemności.

– To dlatego, że nikt cię nie nauczył prawidłowo używać własnego zespołu umysł–ciało – wyjaśnił Widżaja. – Gdyby ci pokazano, jak robić coś z minimalnym napięciem i maksymalną samoświadomością, pokochałbyś nawet ciężki znój.

– Rozumiem, że wszystkie wasze dzieci otrzymują szkolenie tego rodzaju.

– Z chwilą gdy po raz pierwszy zaczynają same coś robić. Na przykład: jak jest najlepiej ustawiać się i zachowywać, kiedy zapinasz guziki, które masz na swoim ubraniu? – Dla poparcia swoich słów czynem, Widżaja zaczął zapinać guziki koszuli, którą właśnie nakładał. – Odpowiadamy na to pytanie dosłownie, ustawiając ich głowy i ciała w położeniu, które jest fizjologicznie najlepsze. Jednocześnie zachęcamy je, żeby zapamiętały, jakie to uczucie znajdować sobie najlepszą fizjologicznie pozycję, żeby zdawały sobie sprawę, z jakich czynności składa się proces zapinania guzików, w sensie dotknięć, chwytów i bodźców mięśniowych. Zanim dorosną do lat czternastu, będą już nauczone, jak dostać najwięcej i najlepiej – obiektywnie i subiektywnie – z każdego działania, jakie podejmują. Właśnie wtedy zaczynamy wdrażać je do pracy. Codziennie dziewięćdziesiąt minut jakiejś manualnej roboty.

– Cofamy się do starych, dobrych czasów pracy fizycznej dzieci!

– Czy raczej idziemy naprzód – bronił się doktor Robert – zostawiając za sobą tę nową, niedobrą modę na bezczynność dzieci. Wy nie pozwalacie pracować waszym nastolatkom, wobec tego gromadzący się w nich nadmiar pary znajduje upust w przestępczości czy też jest dławiony tak długo, aż będą gotowi zostać udomowieni jako uzależnieni-od-siedzenia. A teraz – dodał – czas ruszać. Ja poprowadzę.

Kiedy weszli do laboratorium, Murugan zapinał ponownie swoją teczkę, nie zważając na wścibskie spojrzenia. Wsadził pod pachę tysiąc trzysta pięćdziesiąt osiem stron swego Najnowszego Testamentu, powiedział: „Jestem gotowy” i wyszedł za nimi na słońce. Po kilku minutach siedzieli już wszyscy czterej stłoczeni w starym jeepie, który toczył się drogą prowadzącą obok wybiegu białego byka, obok stawu z lotosami, obok wielkiego, kamiennego Buddy, żeby wreszcie wydostać się przez bramę Stacji Doświadczalnej na drogę główną.

– Przykro mi, że nie możemy służyć wygodniejszym środkiem transportu – skwitował Widżaja podskoki i klekot ich pojazdu na wybojach.

Will klepnął ręką kolano Murugana.

– Oto człowiek, którego masz przepraszać – powiedział. – To on wzdycha do jaguarów i thunderbirdów.

– Boję się, że ten rodzaj tęsknot – odezwał się siedzący z tyłu doktor Robert – będzie musiał pozostać niezaspokojony.

Murugan powstrzymał się od komentarzy, ale uśmiechnął się wzgardliwym uśmiechem kogoś, kto wie lepiej.

– Nie wolno nam importować zabawek – ciągnął dalej doktor. – Tylko coś niezbędnego.

– To znaczy co?

– Za chwilę będzie widać. – Jechali po łuku drogi, a w dole pod nimi widać było kryte strzechą zabudowania i ocienione drzewami ogrody sporej wielkości wioski. Widżaja zjechał na pobocze i wyłączył silnik. – Popatrz teraz na Nowe Rothamsted – powiedział. – Inaczej Madalię. Ryż, warzywa, owoce, drób. Na dodatek dwa warsztaty wyrobu ceramiki i fabryka mebli. Stąd te wszystkie druty. – Skinął ręką w kierunku długiego rzędu słupów wspinającego się w górę po pociętym w tarasy stoku za wioską, niknącego za pierwszym grzbietem, żeby pojawić się znowu i pomaszerować z dna następnej doliny w kierunku widocznego dalej zielonego pasa dżungli i tonących w chmurach szczytów. – Oto jeden z importów niezbędnych – urządzenia elektryczne. A kiedy już zaprzęgniesz do pracy swoje wodospady i rozciągniesz linie przesyłowe, masz coś jeszcze jako następny priorytet? – Jego palec wskazywał betonowy budyneczek bez okien wystający dziwacznie spomiędzy drewnianych domów przy wjeździe do wioski od góry.

– Cóż to takiego? – spytał Will. – Jakiś piec elektryczny?

– Nie, nasze piece do wypalania ceramiki są poza grzbietem górskim, na drugim końcu wioski. To jest komunalna chłodnia.

– Dawniej traciliśmy połowę wszystkiego, co się psuje – wyjaśniał doktor Robert. – Teraz naprawdę nic się nie marnuje. Wszystko, co wyhodujemy, jest dla nas, a nie dla bakterii z otoczenia.

– Więc macie teraz dość żywności?

– Więcej niż dość. Jemy lepiej niż jakikolwiek kraj w Azji, a nadwyżki eksportujemy. Lenin mawiał, że elektryczność plus socjalizm równa się komunizm. My wolimy inne równanie. Elektryczność minus ciężki przemysł plus kontrola urodzin równa się demokracja i obfitość. Elektryczność plus ciężki przemysł minus kontrola urodzin równa się nędza, totalitaryzm i wojna.

– A przy okazji – zapytał Will – kto jest właścicielem tego wszystkiego? Czy jesteście kapitalistami, czy socjalistami z państwem jako właścicielem?

– Ani jedno, ani drugie. W pierwszym rzędzie współdziałamy. Rolnictwo palaskie zawsze zasadzało się na przygotowaniu tarasów i nawadnianiu. Zarówno tarasowanie, jak i nawadnianie wymagają pracy zbiorowej i przyjaznego dogadywania się. Uprawa ryżu w terenie górskim nie daje szans na ostre współzawodnictwo. Nasi ludzie z łatwością przeszli od pomagania sobie nawzajem w wiejskiej społeczności do zorganizowanych rozwiązań spółdzielczych w kupowaniu, sprzedawaniu, podziale zysków i finansach.

– Łącznie ze spółdzielczym finansowaniem?

Doktor Robert przytaknął.

– Ani jednego z tych lichwiarzy krwiopijców, jakich pełne są całe wiejskie Indie. I żadnych banków komercyjnych w waszym zachodnim stylu. Nasz system brania i udzielania pożyczek jest wzorowany na związkach kredytowych zakładanych ponad sto lat temu w Niemczech przez Wilhelma Raiffeisena. Doktor Andrew namówił Radżę do zaproszenia jednego z młodych ludzi od Raiffeisena, żeby tu przybył i założył bankowość spółdzielczą. Działa doskonale do dziś.

– A czego używacie jako pieniędzy?

Doktor Robert zagłębił dłoń w kieszeni spodni i wyciągnął garść srebrnych, złotych i miedzianych monet.

– Pala jest producentem niewielkich ilości złota – wyjaśnił. – Wydobywamy go tyle, żeby nasze papiery miały solidne oparcie w metalu. Złoto uzupełnia także nasz eksport. Jesteśmy w stanie płacić żywą gotówką za drogie urządzenia, jak tamte linie przesyłowe i generatory na ich odległym końcu.

– Wydaje się, że rozwiązaliście z wielkim powodzeniem wszystkie wasze problemy gospodarcze!

– Nie było to wcale trudne. Zacznę od tego, że nigdy nie pozwoliliśmy sobie naprodukować więcej dzieci, niż mogliśmy wyżywić, ubrać, zakwaterować i wykształcić do poziomu bliskiego pełnego człowieczeństwa. Nie mając przeludnienia, mamy dostatek. Ale mimo dostatku potrafiliśmy nie ulec pokusie, przed którą nie obronił się Zachód – pokusie nadmiernego spożycia. Nie fundujemy sobie zawałów serca, pożerając sześć razy więcej niż trzeba tłuszczów nasyconych. Nie hipnotyzujemy się przekonaniem, że dwa telewizory dadzą nam dwa razy więcej szczęścia niż jeden. A na koniec nie wydajemy czwartej części naszego produktu krajowego brutto na przygotowania do trzeciej wojny światowej czy choćby na młodszego braciszka wojny światowej, wojny lokalnej numer 3233. Zbrojenia, powszechne zadłużenie i zaplanowane wychodzenie wszystkiego z mody – oto trzy filary prosperity Zachodu. Gdyby zabroniono wojen, marnotrawstwa i pożyczania pieniędzy na procent, wasz świat by się zawalił. A tak wy cieszycie się nadmiernym spożyciem, a reszta świata tonie coraz głębiej w chronicznej nędzy. Niewiedza, militaryzm i nadmierne rozmnażanie – to trzy nieszczęścia, a największe z nich to rozmnażanie. Żadnej nadziei, żadnej najmniejszej możliwości rozwiązania problemów gospodarczych, jeśli nie zapanuje się nad tym żywiołem. Dobrobyt kurczy się tak szybko, jak szybko eksploduje zaludnienie. – Zaczął kreślić w powietrzu wyprostowanym palcem wskazującym jakąś opadającą krzywą. – A gdy dobrobyt maleje, rośnie niezadowolenie i skłonność do buntu – palec wskazujący przesunął się w górę – oraz do bezwzględności politycznej i monopartyjnych rządów, nacjonalizmu i wojowniczości. Jeszcze pięć czy dziesięć lat nieograniczonego rozmnażania się i cały świat, od Chin do Peru poprzez Afrykę i Bliski Wschód, będzie się roił od Wielkich Przywódców twardo ograniczających wszystkie wolności, uzbrojonych po zęby przez Rosję lub Amerykę, lub – jeszcze lepiej – przez jedną i drugą jednocześnie, wymachujących sztandarami i krzykliwie domagających się lebensraumu1).

– A co z Palą? – zapytał Will. – Czy czeka was błogosławieństwo posiadania Wielkiego Przywódcy w ciągu, powiedzmy, dziesięciu lat?

– Nie, jeśli tylko będziemy tu mieli coś do gadania – odpowiedział doktor Robert. – Zawsze robiliśmy wszystko, co się dało, żeby utrudnić pojawienie się Wielkiego Przywódcy.

Will kątem oka widział nadętą twarz Murugana, pełną odrazy i pogardy. Antinous wyraźnie widział siebie oczami wyobraźni w roli bohaterów Carlyle’a2). Will zwrócił się ponownie do doktora Roberta:

– Chętnie się dowiem, jak to robicie.

– Po pierwsze, nie prowadzimy wojen ani przygotowań do wojny. W następstwie tego nie potrzeba nam ani poboru, ani militarnych hierarchii, ani scentralizowanego dowództwa. Dalej pomaga nasz system gospodarczy: nie pozwala on nikomu stać się bogatszym niż cztery czy pięć razy średnia krajowa. To oznacza, że nie występuje u nas gatunek wielkich przemysłowców czy wszechwładnych finansistów. A co jeszcze piękniejsze, nie mamy także żądnych władzy polityków lub biurokratów. Pala jest federacją jednostek samorządowych, jednostek geograficznych, jednostek zawodowych, jednostek gospodarczych – co daje szerokie pole do popisu dla inicjatyw na małą skalę i dla demokratycznych przywódców. Nie daje natomiast szans pojawienia się dyktatora na czele scentralizowanego aparatu władzy. I jeszcze jedno: nie mamy zorganizowanego Kościoła, a nasza religia kładzie nacisk na bezpośrednie doświadczenie, odrzuca zaś wiarę w niesprawdzalne dogmaty wraz z emocjami, jakie te dogmaty inspirują. To chroni nas przed plagami: z jednej strony papizmu, a z drugiej – fundamentalistycznej religijnej odnowy. U nas równocześnie z doświadczeniem transcendentalnym kultywuje się sceptycyzm. Dzieci zachęcamy do nietraktowania zbyt serio słów, które słyszą. Nauka analizowania słowa mówionego i pisanego jest integralną częścią programu szkolnego. W wyniku tego jakiś elokwentny podżegacz, jak Hitler czy nasz sąsiad przez cieśninę, pułkownik Dipa, na Pali po prostu nie ma szans.

Tego dla Murugana było już za wiele. Nie mogąc dalej siedzieć cicho, wybuchnął:

– Ależ weźcie pod uwagę, jakie zasoby energii wyzwala w swoich ludziach pułkownik Dipa. Spójrzcie, jak mu są oddani i jak gotowi do poświęceń. Tu u nas nie zdarza się nic takiego.

– I chwała Bogu – powiedział z przekonaniem doktor Robert.

– Chwała Bogu – zawtórował Widżaja.

– Ależ to są rzeczy dobre – protestował chłopak. – Ja je podziwiam.

– Ja także je podziwiam – rzekł doktor Robert. – Podziwiam je w taki sam sposób, jak podziwiam tajfun. Niestety, dzieje się tak, że ten rodzaj energii, oddania i poświęcenia nie idzie w parze z wolnością, nie mówiąc już o rozsądku i zwykłej ludzkiej uczciwości. A tymczasem to o uczciwość, rozsądek i wolność Pala zabiega nieustannie od czasów twojego imiennika Murugana Reformatora.

Widżaja wyciągnął blaszane pudełko spod siedzenia, uniósł pokrywkę i rozdał wszystkim pierwszą kolejkę kanapek z serem i awokado.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

– Będziemy musieli jeść bez zatrzymywania się. – Uruchomił silnik i używając jednej ręki, bo drugą miał zajętą kanapką, wyprowadził ich samochodzik na drogę. – Jutro – powiedział, zwracając się do Willa – pokażę ci obrazki z tej wioski oraz jeszcze bardziej niezwykły obrazek mojej rodziny zajętej jedzeniem lunchu. Dzisiaj mamy w górach umówione spotkanie.

Nie wjeżdżając do wioski, skierował jeepa w boczną drogę wijącą się stromo w górę pomiędzy tarasami pól ryżowych i warzywnych, poprzeplatanych sadami albo – od czasu do czasu – plantacjami młodych drzew przeznaczonych, jak wyjaśnił doktor Robert, na surowiec dla papierni w Śiwapuram.

– Na ile gazet może sobie Pala pozwolić? – zapytał Will i zdziwił się, że tylko na jedną. – Kto, w takim razie, dzierży monopol? Rząd? Partia rządząca? Wasz tutejszy Joe Aldehyde?

– Monopolu nie ma nikt – zapewnił go doktor Robert. – Mamy za to radę wydawców reprezentującą pół tuzina różnych partii i grup interesów. Każdej z nich przydziela się miejsce na komentarz i krytykę. Czytelnik ma wygodę porównywania ich argumentów i wyrobienia sobie własnego zdania. Wspominam do dziś szok, jaki przeżyłem kiedyś, czytając po raz pierwszy jedną z waszych wielkonakładowych gazet. Ta nachalność nagłówków, systematyczna jednostronność doniesień i komentarzy, nawoływania i slogany zamiast argumentów. Żadnego poważnego apelowania do rozsądku. Zamiast tego systematycznie podejmowane wysiłki zmierzające do zainstalowania w umysłach wyborców pewnych odruchów warunkowych. A reszta to zbrodnie, rozwody, anegdoty, bzdury i cokolwiek, wszystko, co może rozproszyć czytelnika, wszystko, co powstrzyma go od myślenia.

Ich wóz ciągle się wspinał. Obecnie znajdowali się na grzbiecie, pomiędzy wybiegającymi do przodu i w dół stokami, z okolonym drzewami jeziorkiem na dnie wąwozu po lewej, a po prawej szerszą doliną, gdzie – jako element czystej geometrii kłócący się z parą okalających go z obu stron ocienionych drzewami wiosek – tkwiła wielka fabryka.

– Cementownia? – zapytał Will.

Doktor Robert przytaknął.

– Jeden z niezbędnych rodzajów przemysłu. Zaspokaja wszystkie nasze potrzeby z nadwyżką, którą eksportujemy.

– A robotnika dostarczają okoliczne wsie?

– Kiedy mają przerwy w zajęciach uprawowych, pracach leśnych i tartacznych.

– I taki system kawałkowania czasu pracy dobrze działa?

– To zależy, co rozumiesz przez „dobrze”. Nie przynosi największej wydajności. Ale na Pali maksymalna wydajność nie jest imperatywem kategorycznym, tak jak u was. Waszą myślą główną jest możliwie największa produkcja w możliwie najkrótszym czasie. A u nas na pierwszym miejscu jest istota ludzka i jej satysfakcja. Zmieniając warsztaty pracy, nie dochodzi się do największej produkcji w najmniejszej liczbie dni. Ale większości ludzi podoba się to bardziej niż wykonywanie tej samej roboty przez całe życie. Jeśli trzeba wybierać pomiędzy sprawnością mechaniczną a zadowoleniem człowieka, my wybieramy to drugie.

– Kiedy miałem dwadzieścia lat – Widżaja nabrał ochoty dodać – przepracowałem cztery miesiące w cementowni, potem dziesięć tygodni przy produkcji superfosfatów, a następnie sześć miesięcy w dżungli jako drwal.

– Wszystko to upiorny, ciężki znój.

– Przed dwudziestu laty – powiedział doktor Robert – przepracowałem turę przy wytapianiu miedzi. Potem był smak morza – na łodziach rybackich. Popróbować różnych rodzajów pracy – to składnik edukacji potrzebny wszystkim. Daje olbrzymią wiedzę praktyczną: o rzeczach, o umiejętnościach, o organizacji, o wszystkich odmianach ludzi i ich sposobach myślenia.

Will pokręcił głową z powątpiewaniem.

– Ja bym raczej czerpał tę wiedzę z książek.

– Tylko że to, co znajdziesz w książce, nigdy nie jest tym, o co chodzi. W głębi duszy – dodał doktor Robert – wy wszyscy jesteście wciąż platonikami. Czcicie słowo, a macie odrazę do materii!

– Powiedz to jakiemuś duchownemu – powiedział Will. – Zawsze wyrzucają nam, że jesteśmy prymitywnymi materialistami.

– Tak, prymitywnymi – zgodził się doktor Robert. – Ale prymitywnymi głównie dlatego, że jesteście materialistami tak bardzo nieadekwatnymi. To, co wyznajecie, nazywa się materializm abstrakcyjny. Natomiast naszą ambicją jest być materialistami konkretnie – na niezwerbalizowanym poziomie widzenia, dotykania i wąchania, naprężonych mięśni i wybrudzonych rąk. Materializm abstrakcyjny jest równie nieprzydatny jak abstrakcyjny idealizm, prawie całkowicie uniemożliwia bezpośrednie doświadczenie duchowości. Smakowanie różnych rodzajów pracy z nastawieniem materialisty konkretnego to ten pierwszy, niezbędny krok w naszej edukacji prowadzącej do konkretnej duchowości.

– Tylko że nawet najbardziej konkretny materializm – uzupełnił Widżaja – nie zawiedzie cię zbyt daleko, jeżeli nie jesteś kompletnie świadomy tego, co robisz i czego doświadczasz. Musisz sobie w pełni zdawać sprawę z tego, jakie kawałki materii obracasz w rękach, w jakich ćwiczysz się umiejętnościach i z jakimi ludźmi pracujesz.

– Święta prawda – powiedział doktor Robert. – Powinienem był dopilnować, by było jasne, że materializm konkretny to tylko surowiec dla pełnego człowieczeństwa. To przez świadomość, przez pełne i nieustanne uświadamianie sobie przekształcamy go w konkretną duchowość. Zdawaj sobie w pełni sprawę z tego, co robisz, wtedy praca stanie się jogą pracy, zabawa będzie jogą zabawy, a codzienne czynności awansują do statusu jogi codziennego życia.

Will przypomniał sobie Rangę i małą pielęgniarkę.

– No a co z miłością?

Doktor Robert skinął potakująco głową.

– Ona także. W pełni uświadomione zbliżenie fizyczne staje się jogą fizycznego zbliżenia.

Murugan zareagował, imitując szok, jakiego doznałaby jego mama.

– Środki psychofizyczne prowadzące do transcendentalnego celu – odezwał się Widżaja, podnosząc głos, żeby przekrzyczeć głośne rzężenie przekładni na włączonym właśnie niskim biegu – oto, czym są te wszystkie jogi w pierwszym rzędzie. Są jednak także czymś więcej, są narzędziami w radzeniu sobie z problemami władzy. – Włączył na powrót mniej hałaśliwy bieg i przestał krzyczeć. – Z problemami władzy – powtórzył. – One prześladują cię na każdym szczeblu organizacyjnym – dosłownie każdym, od rządzenia krajem, w dół do przedszkola i par świętujących miesiąc miodowy. Nie chodzi tu wyłącznie o utrudnianie wyrastania Wielkich Przywódców. Istnieją wszak całe miliony tyranów i prześladowców na małą skalę, wszystkich tych niemych, niesławnych Hitlerków, wioskowych Napoleonów, rodzinnych Kalwinów i Torquemadów. Nie mówiąc już o tych wszystkich rozbójnikach i bandytach, tak głupich, że pozwalających przylepić sobie nalepkę kryminalisty. Jak zaprząc do pracy tę olbrzymią siłę, jaką ci ludzie generują, i wykorzystać ją do zadań użytecznych – lub co najmniej zapobiec robieniu przez nią komuś krzywdy?

– To właśnie chciałbym od was usłyszeć – powiedział Will. – Od czego zaczniemy?

– Zaczniemy od wszystkiego naraz – odpowiedział Widżaja. – Skoro jednak nie da się mówić jednocześnie o więcej niż jednej sprawie, zacznijmy od anatomii i fizjologii władzy. O swoim biochemicznym podejściu do tego tematu opowie doktor Robert.

– Zaczęło się to – odezwał się doktor – podczas moich studiów w Londynie, prawie czterdzieści lat temu. Od odwiedzania więzienia w czasie weekendów i studiowania historii w każdej wolnej chwili. Historia i więzienie – powtórzył. – Odkryłem, że istnieją pomiędzy nimi ścisłe związki. Pomiędzy rejestrem zbrodni, szaleństw i nieszczęść ludzkości – to z Gibbona3), nieprawdaż? – a miejscem, gdzie zbrodnie i szaleństwa niezakończone sukcesem spotykają się ze szczególnym rodzajem nieszczęścia. Z czytania tych książek i pogawędek z kryminalistami narodziły się pytania. Z jakiego rodzaju ludzi rekrutują się niebezpieczni przestępcy – ci wielcy zbrodniarze odnotowani w historii i ci mali z Pentonville i Wormwood Scrubs4)? Jaki typ człowieka napędzany jest żądzą władzy, pasją, żeby poniżać i dominować? A ci bezwzględni, mężczyźni i kobiety, którzy wiedzą, czego chcą, i bez żadnych skrupułów ranią i zabijają, żeby to zdobyć, albo potwory raniące i zabijające nie dla zysku, lecz bez potrzeby, bo to taka frajda ranić i zabijać – kim oni są? Podejmowałem te kwestie w rozmowach z ekspertami – lekarzami, psychologami, specjalistami od nauk społecznych, nauczycielami. Przestali już wtedy być modni Mantegazza i Galton5) i większość moich ekspertów zapewniała mnie, że dobrych odpowiedzi na te pytania szukać trzeba w uwarunkowaniach kulturowych, gospodarczych i rodzinnych. Była to w całości sprawa matek i szkolenia w załatwianiu potrzeb naturalnych, kształtowania we wczesnych latach i destrukcyjnych środowisk. Trafiało mi to do przekonania tylko połowicznie. Matki, szkolenie w siadaniu na nocnik i beznadziejne otoczenie były oczywiście ważne. Ale czy jedynie ważne? Krążąc po więzieniach, zacząłem dostrzegać istnienie jakiegoś wewnętrznego szablonu, lub raczej szablonów dwóch rodzajów, bo groźni przestępcy i żądne władzy rozrabiaki nie należą do tego samego gatunku. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że większość z nich należy do dwóch wyraźnie niepodobnych do siebie grup: jedni są z gatunku „Mięśniowiec”, a drudzy z gatunku „Piotruś Pan”. Ja jestem wyspecjalizowany w leczeniu tego drugiego gatunku.

– To znaczy chłopców, którzy nigdy nie dorosną? – upewniał się Will.

– „Nigdy” nie jest właściwym słowem. Piotruś Pan w prawdziwym życiu zawsze w końcu dorasta. On tylko dorasta za późno – fizjologicznie dorasta wolniej, niżby to wynikało z liczby lat, w których obchodzi urodziny.

– A co z dziewczynami typu Piotrusia Pana? – zapytał Will.

– Te występują niezwykle rzadko. Natomiast chłopców jest pełno, jak czarnych jagód. Można się spodziewać jednego Piotrusia Pana na każde sześć dzieciaków płci męskiej. A pośród dzieci trudnych, pośród chłopaków nieumiejących czytać, niechcących się uczyć, nierozumiejących się z nikim i kończących jako ci brutalniejsi przestępcy – siedmiu na dziesięciu będzie z gatunku Piotruś Pan, co ustalamy na podstawie rentgena przegubów. Pozostali okażą się Mięśniowcami, tego czy innego rodzaju.

– Usiłuję znaleźć w pamięci – pochwalił się Will – dobry przykład historyczny przestępczego Piotrusia Pana.

– Nie musisz szukać daleko. Jednym z najświeższych, a także największych i najlepszych, był Adolf Hitler.

– Hitler? – Głos Murugana wyrażał szok i niedowierzanie. Hitler był niewątpliwie jednym z jego herosów.

– Poczytajcie sobie biografię Führera – mówił dalej doktor Robert. – Taki Piotruś Pan, że lepszego nie znajdziecie. Beznadziejny w szkole. Niezdolny ani do współzawodnictwa, ani do współpracy. Zazdrosny wobec wszystkich chłopców o normalnych postępach, a ponieważ zazdrosny – nienawidzący ich i gardzący nimi jako istotami podlejszymi, żeby się dowartościować. Potem przychodzi okres dojrzewania. Adolf jest seksualnie opóźniony. Inni chłopcy robią dziewczynom propozycje, dostają kosza lub przeciwnie, a Adolf jest zbyt nieśmiały, niepewny swojej męskości. I ciągle niezdolny do systematycznej pracy, wyrównujący swoje braki przebywaniem w Innym Świecie swojej wyobraźni. W tamtym, to on był co najmniej Michałem Aniołem. W tym tutaj nie umiał, niestety, rysować. Jego jedynymi talentami były nienawiść, przebiegłość z gatunku podlejszych, organ mowy ze strunami nie do zdarcia i talent do przemawiania bez przerwy głosem o najwyższym natężeniu, z głębi swojej Piotrusiopańskiej paranoi. Ceną, jaką świat musiał zapłacić za opóźnione dojrzewanie Adolfa, była śmierć trzydziestu czy czterdziestu milionów ludzi i Bóg wie ile miliardów dolarów. Na szczęście większość chłopaków dorastających zbyt powoli nie ma nigdy szansy stać się kimś więcej niż drobnymi przestępcami. Co prawda nawet drobni przestępcy, jeśli zbierze się ich dostatecznie dużo, mogą powodować koszty całkiem spore. Dlatego staramy się ich pozbyć w fazie pączków – przez obrywanie czy też raczej, ponieważ chodzi o gatunek Piotrusia Pana, próbujemy sprawić, że oberwane pączki rozwiną się i będą rosły.

– Czy to się udaje?

Doktor Robert przytaknął.

– To nie jest trudne. Zwłaszcza jeśli się rozpocznie dość wcześnie. Wszystkie nasze dzieci przechodzą dokładne badania w wieku czterech i pół do pięciu lat. Badanie krwi, testy psychologiczne, okreś­lenie biotypu, następnie rentgen przegubów i badanie encefalograficzne. Bezbłędnie wykrywamy wszystkich sprytnych małych Piotrusiów Panów i natychmiast rozpoczynamy odpowiednie leczenie. W rok później wszyscy są absolutnie normalni. Zamiast zebrać plon złożony z potencjalnych nieudaczników i kryminalistów, potencjalnych tyranów i sadystów, potencjalnych mizantropów i rewolucjonistów dla samej rewolucji, przekształcamy go w plon złożony z użytecznych obywateli, którymi można rządzić adandena asatthena – bez karania i bez miecza. W twojej części świata problem przestępczości ciągle zostawia się do rozwiązania duchownym, pracownikom opieki społecznej i policji. Nieustanne kazania z terapią uzupełniającą, którą jest obfitość więzień. Jaki jest tego wynik? Nasilanie się przestępczości. Nic w tym dziwnego. Gadanie o rywalizacji w rodzeństwie, o piekle i o osobowości Jezusa nie zastąpi biochemii. Rok spędzony w więzieniu nie wyleczy Piotrusia Pana z jego deficytów endokrynologicznych ani nie pomoże byłemu Piotrusiowi pozbyć się ich psychologicznych konsekwencji. Przestępczość z gatunku Piotrusia Pana potrzebuje wczesnej diagnozy i trzech różowych pigułek dziennie, przed jedzeniem. Jeżeli jest do dyspozycji znośne otoczenie, jako wynik w ciągu osiemnastu miesięcy otrzymamy zachwycającą roztropność i odrobinę cnót podstawowych. Nie wspominając o zaistnieniu pokaźnej szansy, tam gdzie wcześniej absolutnie nie było żadnej możliwości na prajnaparamitakaruna – ostateczną wiedzę i współczucie. A teraz proszę namówić Widżaję, żeby panu opowiedział o Mięśniowcach. Jak zapewne spostrzegłeś, on sam jest jednym z nich. – Pochyliwszy się do przodu, doktor Robert walnął w szerokie plecy olbrzyma. – Masywny jak tur! – zawołał i dodał: – Co to za szczęście dla nas, lichych krewetek, że takie zwierzę, jak to, nie jest dzikie.

Widżaja zdjął jedną rękę z kierownicy i zabębnił nią w swoje piersi, wydając groźny ryk.

– Nie drażnić goryla – powiedział i roześmiał się pogodnie. Po chwili zwrócił się do Willa: – Przypomnij sobie drugiego wielkiego dyktatora. Pomyśl o Józefie Wissarionowiczu Stalinie. Hitler stanowi najlepszy przykład przestępczego Piotrusia Pana. Stalin – najwspanialszy przykład przestępczego Mięśniowca. Sądząc po kształtach, przeznaczenie przypisało go do ekstrawertyków. Nie do tych miękkich, okrąglutkich, „wypaple wszystko” ekstrawertyków, którzy wyłażą ze skóry, żeby się z każdym kolegować. To inny ekstrawertyk. Taki, który rozpycha się i tratuje, który zawsze czuje przymus Zrobienia Czegoś i nie jest nigdy hamowany wątpliwościami lub skrupułami, współczuciem albo wrażliwością. Lenin w testamencie radził swoim następcom, żeby pozbyli się Stalina, jako za bardzo upajającego się władzą i skłonnego do jej nadużywania. Ale ta rada była spóźniona. Stalin zdążył się już tak okopać, że nie dało się go ruszyć. Dziesięć lat później miał już władzę absolutną. Wyeliminował Trockiego i sprzątnął wszystkich swoich starych przyjaciół. Jak Bóg pośród chórów anielskich, znalazł się sam w przytulnym, małym niebie zaludnionym wyłącznie pochlebcami i potakiwaczami. Cały czas wypełniały mu działania bezlitosne: likwidowanie kułaków, organizowanie kołchozów, budowanie przemysłu zbrojeniowego, przesiedlanie niechętnych milionów z roli do fabryk. Pracował z nieustępliwością i przejrzystą skutecznością, do jakiej był całkowicie niezdolny niemiecki Piotruś Pan, ze swoimi apokaliptycznymi wizjami i huśtawką nastrojów. A porównajcie, proszę, strategię Stalina i Hitlera w ostatniej fazie wojny. Chłodna kalkulacja u pierwszego, a u drugiego sny na jawie, potrzebne mu do skompensowania czegoś tam, przejrzysty realizm walczący o lepsze z bezsensowną retoryką, w którą Hitler na koniec sam tak się wgadał, że uwierzył. Dwa potwory równe w zbrodniczości, lecz gruntownie różniące się temperamentem, nieuświadomioną motywacją, a także skutecznością. Gatunek Piotruś Pan jest znakomity w rozpoczynaniu wojen i rewolucji, ale do tego, żeby je z powodzeniem przeprowadzić do końca, potrzebny jest Mięśniowiec. Ale oto i dżungla – dodał Widżaja, przerywając swój wywód i wskazując ręką wielką ścianę drzew, wyglądającą, jakby miała uniemożliwić ich dalsze poruszanie się w górę.

W chwilę potem nie znajdowali się już na zalanym słońcem, otwartym stoku, lecz byli zanurzeni w zielony półmrok wąskiego tunelu, który zygzakiem piął się w górę między ścianami tropikalnej roślinności. Z łukowatych gałęzi nad głową zwieszały się pnącza, a pomiędzy pniami wielkich drzew rosły paprocie i rododendrony o ciemnych liściach. Obfitość gęstego poszycia z krzaków i zarośli wydała się Willowi, kiedy rozejrzał się dokoła, bezimienna i obca. W powietrzu wisiała dusząca wilgoć, a wraz z nią ciepła, drażniąca woń, w której bujne rozrastanie się zieleni miesza się z tym drugim rodzajem życia, jakim jest rozkład, gnicie. Z oddali, tłumione gęstą roś­linnością, dobiegało dźwięczne stukanie siekier i rytmiczny pisk piły. Droga znowu zmieniła kierunek i zielony mrok tunelu ustąpił nagle pełnemu słońcu. Wjechali na polanę. Pół tuzina wysokich i barczystych, niemal nagich robotników obcinało gałęzie świeżo ściętego drzewa. Setki motyli migocących w słońcu błękitem i barwą ametystu goniło się, to trzepocząc, to znów szybując w niekończącym się, bezcelowym tańcu. W odległym końcu polany starszy mężczyzna zajęty był powolnym mieszaniem zawartości żeliwnego kociołka, wiszącego nad ogniem. Obok niego pasł się spokojnie mały, oswojony jeleń o wdzięcznie kształtnych nogach i eleganckim, łaciatym futerku.

– To przyjaciele z dawnych lat – odezwał się Widżaja i krzyknął coś po palasku. Tamci odkrzyknęli i pomachali w odpowiedzi. Droga skręciła gwałtownie w lewo. Jechali znowu w górę zielonym tunelem między drzewami.

– Skoro mówimy o Mięśniowcach – powiedział Will, kiedy opuszczali polanę – to tamci są ich naprawdę świetnymi przykładami.

– Typ budowy fizycznej narzuca taką sugestię – odpowiedział Widżaja. – Tymczasem pośród tych mężczyzn – a pracowałem z bardzo wieloma – nie spotkałem nigdy ani jednego napastliwego, nikogo potencjalnie zagrożonego żądzą władzy.

– Co jest tylko innym sposobem wyrażenia faktu – wtrącił Murugan z niechęcią – że nikt w tym miejscu nie ma jakichkolwiek ambicji.

– Czym to się tłumaczy? – kontynuował Will.

– W odniesieniu do gatunku Piotrusia Pana to proste. Nie daje im się nigdy hodować apetytu na władzę. Ich skłonności przestępcze są leczone, zanim się rozwiną. Inaczej ma się rzecz z Mięśniowcami. Ci są tutaj równie muskularni, są tak samo tratującymi wszystkich ekstrawertykami jak u was. Dlaczego zatem nie zamieniają się w Stalinów lub Dipów, albo przynajmniej w tyranów domowych? Po pierwsze, nasza organizacja społeczeństwa daje im niewiele sposobności do prześladowania własnych rodzin, a rozwiązania polityczne czynią dominowanie na jakąś większą skalę praktycznie niemożliwym. Po drugie, naszych Mięśniowców szkolimy w świadomym odbiorze i we wrażliwości, uczymy ich witać z radością banalne zdarzenia codzienności. Znaczy to, że mają oni zawsze alternatywę, być może niezliczone alternatywy, przyjemności bycia szefem. No a na koniec poddajemy bezpośrednim zabiegom żądzę władzy i dominacji, jaka towarzyszy temu rodzajowi budowy fizycznej w niemal wszystkich jej wariantach. Ukierunkowujemy tę żądzę władzy, odwracając ją od kierunku „ludzie” i zwracając na „rzeczy”. Dajemy im do wykonania wszystkie możliwe rodzaje trudnych zadań – wyczerpujących i wymagających odwagi zadań, które dają pole do popisu ich muskulaturze i zaspokajają chęć dominacji – ale tę ostatnią zaspokajają bez ujmy dla kogokolwiek i w sposób albo nieszkodliwy, albo pozytywnie użyteczny.

– Aha, zatem tamte wspaniale zbudowane stworzenia ścinały drzewa zamiast ścinać ludzi, tak mam to rozumieć?

– Właśnie tak. A kiedy będą mieli dość lasu, mogą przenieść się na morze, mogą spróbować górnictwa czy też odpocząć przy względnie lżejszej pracy na polach ryżowych.

Will Farnaby roześmiał się nagle.

– Czemu panu tak wesoło?

– Przypomniał mi się ojciec. Trochę rąbania drzewa mogłoby go zupełnie inaczej ukształtować, nie mówiąc o wybawieniu dla jego prześladowanej rodziny. Na nieszczęście był to angielski gentleman. Dla takiego rąbanie drzewa nie wchodzi w grę.

– Czy miał jakieś ujście dla swojej energii fizycznej?

Will pokręcił głową przecząco.

– Oprócz tego, że był gentlemanem – wyjaśnił – mój ojciec uważał się za intelektualistę. A intelektualista nie poluje, nie strzela ani nie gra w golfa, tylko myśli i pije. Jedynymi rozrywkami mojego ojca oprócz brandy było tłamszenie rodziny, gra w winta i teoria polityki. Widział w sobie dwudziestowieczną wersję lorda Actona – ostatniego samotnego filozofa liberalizmu. Warto było posłuchać, jak rozprawiał o niegodziwości nowoczesnego, wszechmocnego państwa. „Władza korumpuje. Absolutna władza korumpuje absolutnie. Ab-so-lut-nie”. – Po takim oświadczeniu wlewał w siebie następną brandy i ze świeżym apetytem zabierał się do ulubionej rozrywki – tratowania swojej żony i dzieci.

– To, że sam Acton nie zachowywał się w ten sposób – wtrącił doktor Robert – wynika wyłącznie z tego, że przypadkiem był także człowiekiem prawym i inteligentnym. W jego teoriach nie było nic zamierzonego na powstrzymanie zbrodniczego Mięś­niowca czy nieleczonego Piotrusia Pana od podeptania kogoś, na kim tylko dałoby się postawić stopę. Była to nad wyraz niedobra w skutkach słabość Actona. Jako psycholog polityczny prawie nie istniał. Wydaje się, że myślał, iż problem władzy może być rozwiązany przez dobrą opiekę społeczną, wspieraną, rzecz jasna, zdrową moralnością i odrobiną religii objawionej. Ale żądza władzy ma swe korzenie w anatomii, biochemii i temperamencie. Jest oczywiste, że władzę należy ograniczać metodami prawnymi i politycznymi. Ale jest także oczywiste, że potrzebne jest również zapobieganie patologiom w skali jednostki. W skali instynktu i uczuć, w skali gruczołów i trzewi, mięśni i krwi. Jeśli kiedykolwiek znajdę czas, chciałbym napisać małą książkę o fizjologii w odniesieniu do etyki, religii, polityki i prawa.

– Prawo – powtórzył jak echo Will. – Chciałem właśnie zapytać was o prawo. Czy obchodzicie się bez aparatu sprawiedliwości i karania? Czy też macie jednak i sędziów, i policjantów?

– Ciągle jednak ich potrzebujemy – odparł doktor Robert. – Choć znacznie mniej niż to ma miejsce u was. Po pierwsze, u nas, dzięki zapobiegawczemu leczeniu i edukacji zapobiegawczej, nie popełnia się wielu przestępstw. Po drugie, większość spraw kryminalnych, które się zdarzą, jest załatwianych przez KWA, do którego należy kryminalista. Grupowa terapia w społeczności, która przyjęła grupową odpowiedzialność za przestępcę. A w trudnych przypadkach terapia grupowa jest uzupełniana medyczną i serią eksperymentów z lekiem moksza, prowadzonych przez osobę obdarzoną wyjątkowym darem rozumienia.

– W którym miejscu zatem pojawiają się sędziowie?

– Sędzia ocenia materiał dowodowy, decyduje, czy osoba oskarżona jest winna czy niewinna: jeśli jest winna, przekazuje ją do zatrzymania w jej KWA, a gdy wydaje się to wskazane, kieruje także do lokalnej rady ekspertów od medycyny i miko­mistycyzmu. Zarówno KWA, jak i ci eksperci składają sędziemu meldunki w zadanych odstępach czasu. Kiedy meldunki staną się zadowalające, zamyka się sprawę.

– A jeśli nigdy nie staną się zadowalające?

– W dłuższej perspektywie czasowej wszystkie stają się zadowalające.

Zapadła cisza.

– Czy próbowałeś kiedyś wspinaczki? – znienacka zapytał Widżaja.

Will roześmiał się.

– A od czego, twoim zdaniem, kuleję?

– To była wspinaczka wymuszona. Czy wspinałeś się kiedyś dla przyjemności?

– Dostatecznie dużo – odparł Will – żeby nabrać przekonania, że kiepsko mi to idzie.

Widżaja rzucił okiem w stronę Murugana.

– A ty, kiedy byłeś w Szwajcarii?

Chłopak oblał się rumieńcem i potrząsnął głową.

– Nie wolno robić takich rzeczy, jeśli ma się skłonności do gruźlicy – wymamrotał.

– Jaka szkoda! – podsumował Widżaja. – Tak by ci to dobrze zrobiło!

Will zapytał:

– Czy ludzie dużo się wspinają w tutejszych górach?

– Wspinaczka jest integralną częścią naszego programu szkolnego.

– Dla każdego?

– Po troszę dla każdego. Bardziej zaawansowane wspinanie skałkowe dla pełnokrwistych Mięśniowców – to jest dla jednego na dwunastu chłopców i jednej na dwadzieścia siedem dziewcząt. Wkrótce będziemy oglądać grupę młodzieży wykonującej pierwsze wejście o podwyższonym stopniu trudności.

Zielony tunel zrobił się szerszy, jaśniejszy, i nagle wypadli z obwieszonego kroplami wody lasu na szeroka półkę niemal płaskiego terenu, otoczoną z trzech stron czerwonymi ścianami skalnymi, wypiętrzonymi do sześciuset metrów, a wyżej postrzępionymi grzebieniami i pojedynczymi wierzchołkami. Powietrze stało się orzeźwiające, a kiedy ze słońca wpadli w cień płynącego górą cumulusa, zrobiło się chłodno. Doktor Robert pochylił się do przodu, wskazując przez szybę na grupkę białych zabudowań ulokowaną na małym pagórku pośrodku płaskowyżu.

– Oto Stacja Wysokogórska – powiedział. – Wysokość ponad dwóch tysięcy metrów, ponad dwa tysiące hektarów dobrej, płaskiej ziemi, na której można hodować praktycznie wszystko, co rośnie w południowej Europie. Pszenicę i jęczmień, zielony groszek i kapustę, sałatę i pomidory – owoce nie tolerują nocnych temperatur powyżej dwudziestu stopni Celsjusza – agrest, truskawki, orzechy włoskie, renklody, brzoskwinie i morele. Oraz wszystkie wartościowe rośliny rodzime dla dużych wysokości na tych szerokościach geograficznych – łącznie z grzybami, przeciwko którym tak gwałtownie protestuje nasz młody przyjaciel.

– Czy to do tego miejsca zmierzaliśmy? – zapytał Will.

– Nie, jedziemy jeszcze wyżej. – Doktor Robert wskazał ciemnoczerwony, skalny grzbiet ulokowany na samym końcu widocznego łańcucha. Teren od wskazanego miejsca z jednej strony opadał łagodnie w kierunku dżungli, a z drugiej wznosił się stromo do niewidocznego, okrytego chmurami szczytu. – W górę, do starej świątyni Śiwy, do której kiedyś wędrowali pielgrzymi na każde wiosenne i jesienne zrównanie dnia z nocą. To jedno z miejsc, które najbardziej lubię z całej wyspy. Kiedy moje dzieci były małe, przyjeżdżaliśmy tu na piknik, Lakszmi i ja, prawie co tydzień. Ile to już lat temu! – W jego głosie pojawiła się nuta smutku. Westchnął i zamknął oczy, opadając na oparcie.

Opuścili drogę prowadzącą do Stacji Wysokogórskiej, skręcając w lewo, żeby znowu piąć się w górę.

– Wjeżdżamy na ostatni, najgorszy odcinek – oznajmił Widżaja. – Siedem zakrętów typu agrafka i pół mili tunelu bez wentylacji.

Przeszedł na pierwszy bieg i rozmowa stała się niemożliwa. W dziesięć minut później byli na miejscu.

 

Przypisy:

1) Lebensraum (niem.) – przestrzeń życiowa

2) Thomas Carlyle (1795–1881) – historyk, filozof, eseista i krytyk. Był apologetą wielkich wodzów, zwłaszcza Fryderyka Wielkiego.

3) Edward Gibbon (1737–1794) – historyk brytyjski.

4) Pentonville i Wormwood Scrubs – londyńskie więzienia.

5) Paolo Mantegazza – włoski darwinista; sir Francis Galton – brytyjski antropolog (obaj żyli w wieku XIX).
 

Aldous Huxley, Wyspa, Cień Kształtu, 2017
Tłumaczył: Sławomir
 Jerzy Białostocki

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!