Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Łukasz Chmielewski

Tomek Pstrągowski: Sztuka nigdy nie będzie prawdą

Tomek Pstrągowski: Sztuka nigdy nie będzie prawdą

Łukasz Chmielewski: Marek Hłasko twierdził, że „książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu”. Jak jest z komiksem, zwłaszcza tym częściowo autobiograficznym, jakim przecież jest napisany przez ciebie Jak schudnąć 30 kg? Prawdziwa historia miłosna?

Tomasz Pstrągowski: Tak samo. Tworząc autofikcyjny komiks, musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, jak dużo jestem w stanie powiedzieć o sobie zupełnie obcym ludziom. O czym mogę napisać i wciąż czuć się ze sobą OK, a o czym milczeć. Nie przez przypadek moja narzeczona pojawia się w tym komiksie tylko w dedykacji. Cokolwiek więcej byłoby przekroczeniem granicy intymności. Wielu hamulców jednak nie zaciągnąłem. Nie dlatego, że jestem w tym komiksie wybitnie szczery, ale dlatego, że niespecjalnie obchodzi mnie opinia ludzi, którzy go nie zrozumieli. Chciałem obudzić określone emocje w czytelniku. Podobne do tych, jakie wywołuje u mnie twórczość Roberta Crumba, Harveya Pekara, Joego Matta czy Chestera Browna. Czytając, lubię czuć dyskomfort wywołany wrażeniem, że ktoś dopuścił mnie zbyt blisko i dowiedziałem się rzeczy, których w zasadzie wolałbym nie wiedzieć. Zależało mi na takim efekcie, a tego chyba nie da się zrobić, nie odkrywając się w pewien sposób.

Co jest ważniejsze: mówienie prawdy czy zmyślanie? A może nie ma różnicy?

Żadna z tych strategii nie jest ważniejsza czy bardziej doniosła. Witold Gombrowicz pisał w Dziennikach: „Co ci z tego, że będziesz wiedział, czy ja »szczerze« czy »nieszczerze«? Co to ma do słuszności wypowiedzianych przeze mnie myśli? Mogę »nieszczerze« wypowiedzieć niebotyczną prawdę, a »szczerze« palnąć największe głupstwo. Naucz się oceniać myśl niezależnie od tego, kto i jak ją wypowiada”. Żyjemy w czasach irracjonalnego wręcz głodu prawdy. W czasach jakiegoś przeładowania fikcją, które doprowadziło do tego, że uważamy, iż wywołane przez nią emocje są gorsze, mniej prawdziwe. Ale właściwie dlaczego? Co za różnica dla czytelnika, czy główny bohater, Grubas, naprawdę jest mną i czy przeżyłem to wszystko co do joty? Czy emocje wywołane lekturą będą mniej autentyczne, jeżeli okaże się, że to wszystko ściema?

W życiu jest różnica czy zmyślasz czy nie, w literaturze nie ma?

Co da moje zapewnienie, że mówię prawdę, albo zastrzeżenie, że zmyślam, skoro w tekście można znaleźć dowody na jedno i drugie? Dlaczego to jest w ogóle ważne? Skąd w nas ten głód prawdziwości, który przeradza się w naiwność? A jeśli ktoś przeżyje jakąś emocję i później okaże się, że wywołało ją zmyślenie, to czy w jakiś sposób odbierze to cokolwiek emocjonalnym przeżyciom? Niech czytelnik sam decyduje, czy wierzy narratorowi. Mnie chodziło właśnie o wywołanie takiej niepewności w odbiorcy. Literatura nigdy nie jest „życiem” ani „prawdą”. Wynika to nie tylko z prostego faktu, że mówimy o literaturze, czyli o czymś, co przecież zawsze jest przetworzone, zredagowane, zmodyfikowane etc., ale i o języku, który jest abstrakcyjny, oderwany od fizycznej rzeczywistości.

W komiksie cały czas prowadzisz grę z czytelnikiem, balansując pomiędzy zmyśleniem a prawdą, czego dobrym przykładem są zamieszczone na okładce biogramy (Twój i rysownika) – częściowo zmyślone, częściowo prawdziwe. Jaki jest cel takich zabiegów? Przecież na początku komiksu w jednym z kadrów bohater przyznaje, że nazywa się Tomek Pstrągowski i opowie o najbardziej żenującym okresie swojego życia...

Komiks autobiograficzny to jeden z najprężniej rozwijających się segmentów współczesnego komiksu. Jego popularność bierze się z przyzwyczajenia do stereotypowego postrzegania historyjek obrazkowych. Ludziom wydaje się, że to są dziecinne opowiastki o superbohaterach i śmiesznych stworkach. A gdy okazuje się, że istnieją komiksy mówiące bardzo mądre rzeczy o przemocy domowej, Holokauście, prostytucji czy rewolucji ajatollahów w Iranie, to w takim czytelniku budzi się bezkrytyczny zachwyt. I bezkrytyczne zaufanie.

A ja chciałem uderzyć w to zaufanie, zachwiać nim. Stworzyć z jednej strony historię tak ekshibicjonistyczną, intymną i wstydliwą, że nikt nie miałby odwagi kwestionować jej autentyczności, a z drugiej strony zadać czytelnikowi pytanie, czy w ogóle zastanawia się, skąd się to jego zaufanie wzięło? Przecież to tylko obrazki i literki. Nic więcej. Żadna sztuka nigdy nie będzie prawdą.

Czy fakt, że postać nosi moje imię i nazwisko, wystarczy, by bezkrytycznie jej zaufać? Czy wrażenie, że wystawiam się na cios i ekshibicjonistycznie odsłaniam, jest silniejsze niż krytyczne patrzenie na dzieło? Nawet pomimo tego, iż wprost okłamuję czytelnika? Z jednej strony jestem w tym komiksie bezwstydnie szczery i w wielu momentach faktycznie mówię prawdę. Ale z drugiej strony jest to komiks, który zaczyna się od kłamliwej okładki (bo to nie jest poradnik o odchudzaniu) i błędnie podpisanego motta (bo padającego z ust niewiarygodnego bohatera), a kończy na kłamliwych biogramach (bo nie urodziłem się nawet w 1983 roku). Obie postaci pierwszoplanowe okłamują siebie i czytelników – zresztą w rozdziałach zatytułowanych wprost Kłamcy 1Kłamcy 2. Całe rozdziały zbudowane są na popkulturowych kliszach – scena porównująca marzenie o spotkaniu z rzeczywistym spotkaniem to cytat z 500 dni miłości; toksyczne wyznanie miłosne czynione przez Grubasa to z kolei cytat z filmu Love Actually. W ostatnich scenach Grubas okłamuje też przyjaciół.

A jakby tego było mało, najbardziej realistycznie przedstawiliśmy w komiksie cytaty z popkultury. Tylko one są dokumentalnymi „zdjęciami”, reszta komiksu jest narysowana. Zresztą nawet nie przeze mnie. Choć to niby moje życie, Maciek Pałka, który narysował mój scenariusz, nie miał pojęcia, jak wyglądają występujące w nim postaci, oczywiście poza mną.

Okładka komiksu jest stylizowana na poradnikowe pisma, które sprzedają porady, jak być fajnym i lubianym. Tak samo tytuł. Samo zakończenie też zmierza w podobnym kierunku, bo traumatyczna miłość okazuje się dla bohatera katharsis. Po nim wraca do normalnego życia. Faktycznie tak trudno być dziś mężczyzną?

Nie wierzę, żeby Grubas przeżył jakieś katharsis. W przedostatniej scenie zwodzi albo swoich przyjaciół, albo czytelników. Bo która wersja sposobu na odchudzanie jest prawdziwa? Cały komiks sugeruje, że jednak ta toksyczna, napędzana alkoholem i narkotykami, tymczasem Grubas twierdzi, że nagle stał się innym człowiekiem i zaczął ćwiczyć. Niby dlaczego powinniśmy mu ufać?

Nie wiem, jak innym facetom, ale mnie samemu trudno jest sprostać stawianym przed mężczyznami oczekiwaniom społecznym. Nie wiem, kiedy powinienem być męski, a kiedy mogę sobie pozwolić na okazywanie słabości. Nie pamiętam już, kiedy płakałem. Bardzo brakuje mi swobody wyrażania emocji, a jednocześnie bardzo nie chcę ich wyrażać. Nie zawsze wyczuwam granicę pomiędzy żartami a zachowaniami, które ktoś inny mógłby odczytać jako niezręczne czy wręcz agresywne. Nie wiem, kiedy mogę przestać się starać i przyznać się do porażki – kiedy to zacznie być postrzegane jako słabość.

Ale jednocześnie, co chciałbym bardzo mocno podkreślić, wszystkie te moje dylematy brzmią śmiesznie i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Bo we współczesnym świecie nie jest trudno być białym, heteroseksualnym mężczyzną. Pracując w korporacji, nie musiałem walczyć o każdą podwyżkę tak zaciekle, jak moje koleżanki. A gdy już walczyłem, byłem postrzegany jako asertywny, a nie awanturniczy. Nie boję się, że na ulicy zaatakują mnie łysi panowie, bo trzymam się za ręce z ukochanym; niespecjalnie obawiam się molestowania seksualnego; nie martwię się o rodzinę pozostawioną w Syrii; nie mam ciemnej skóry, więc nie bywam zaczepiany i obrażany. Mam swoje śmieszne męskie dylematy i jako egoista uwielbiam nad nimi rozmyślać.

Dlatego w ogólnym rozrachunku trzeba uznać, że, paradoksalnie, nie jest trudno być mężczyzną. Ba, wręcz zajebiście łatwo jest być mężczyzną. Zwłaszcza jeżeli jest się takim egocentrykiem jak Grubas.

To bardziej komiks o upadku mężczyzny czy o jego odrodzeniu?

Zdecydowanie o upadku. Grubas nie powstaje z popiołów. Nie uczy się na błędach i nie przechodzi żadnej symbolicznej przemiany. To, że schudł, nie znaczy, że stał się innym człowiekiem. Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy wracam do komiksu i widzę na ostatniej stronie przedostatniego rozdziału jego wredny, nieszczery uśmiech. Rysownik idealnie uchwycił postać, która bardzo by chciała wierzyć, że się zmieniła. Ale gdy w epilogu Grubas bierze komórkę do ręki, nikt nie może być pewien, czy odpisał czy nie. Czy nie postanowił znów wpakować siebie i Małgosi w emocjonalne bagno.

Koślawa, undergroundowa kreska, jaką operuje Maciek Pałka, doskonale pasuje do wrażliwości Grubasa, do tego, w jaki sposób ten człowiek się wyraża. Maćkowi udało się uchwycić jego egoistyczną żałosność wymieszaną z charyzmą i dystansem do samego siebie. A jednocześnie, dzięki temu złudzeniu „niechlujności”, które odnoszą czytelnicy, komiks sprawia wrażenie bardziej autentycznego, rysowanego na kolanie, na szybko, pod wpływem emocji. Jakby Grubas pewnego dnia naprawdę usiadł z cienkopisami i zaczął utrwalać własne życie.

Większość komiksu to wiwisekcja współczesnego mężczyzny, który nie potrafi się odnaleźć zawodowo, nie ma perspektyw ekonomicznych, ale ma ambicje, nie potrafi stworzyć związku z kobietą, więc zakochuje się w nastolatce. Jego życie to porażka. Jednocześnie „poradnikowa” okładka i samo zakończenie sugerują, że istnieją przepisy na to, jak być szczęśliwym? Dlaczego on z nich nie korzysta (na końcu sugeruje, że skorzystał, bo historię o wyniszczeniu fizycznym z miłości obraca w żart)? Gotowe receptury nie działają?

Nie ma gotowych rozwiązań. Tylko popkultura okłamuje nas, że są. I bardzo zależało mi na tym, by te kłamstwa wyśmiać. Grubas jest człowiekiem wychowanym na schematach, na takich właśnie „gotowych rozwiązaniach, jak być szczęśliwym”. Wydaje mu się, że one pozwolą mu poradzić sobie z każdą przeciwnością. Skoro popkultura nauczyła go, że nigdy nie może się poddawać, to on nigdy się nie poddaje. Nawet, gdy dziewczyna mówi mu, że go nie kocha, jemu wydaje się, że to tylko kolejne wyzwanie, że musi przygotować dla niej wielkie, romantyczne pierdolnięcie, po którym wszystko się odmieni. W prawdziwym życiu ponosimy porażki i nic tego nie zmieni. A w prawdziwym życiu dziewczyna ma prawo powiedzieć „nie”. W prawdziwym życiu musimy się zajmować realnymi problemami, chociażby pracą, której Grubas tak nienawidzi.

Grubas to forma stygmatyzacji społecznej, która ma utrudniać działania jednostkowego bohatera i podkreślać jego poniżenie, czy raczej symbol męskiego upadku sensu largo? Czy Tomek z komiksu to everyman?

Mam nadzieję, że nie, bo to by znaczyło, że mamy przejebane. Choć oczywiście zależało mi na tym, by w tej postaci czytelnicy się odnaleźli. Myślę, że udało mi się zidentyfikować kilka dość powszechnych w naszym pokoleniu fenomenów. Na przykład to dojmujące uczucie niedopasowania. Przekonanie – wyniesione z popkultury i idiotycznego optymizmu lat 90. – że życie miało być zupełnie inne, że każdy z nas miał czynić rzeczy wielkie i znaczące. Że wszyscy spełnimy swoje marzenia. Tymczasem, gdy rozbiliśmy się o dorosłe życie, rozczarowanie było przytłaczające. Zwłaszcza że pogłębił je jeszcze kryzys gospodarczy uderzający dokładnie w momencie, w którym mieliśmy robić wielkie kariery. Albo to sentymentalne przekonanie, że kiedyś było lepiej, powszechna u wielu moich znajomych tęsknota do czasów liceum czy studiów, bo wtedy kochało się naprawdę, żyło się w pełni i wszystko było możliwe. To złudzenie, również potęgowane przez popkulturę. Bo przecież nie ma nic łatwiejszego niż żerowanie na nostalgii. Do tego złudzenie niebezpieczne, bo dające usprawiedliwienie dorosłym ludziom, którzy nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoje życia.

Bardzo dbasz o szczegóły osadzające w konkretnym czasie historię. Chaty i komunikatory, specyfika ich działania, modele telefonów – z jednej strony buduje to weryzm, z drugiej – kto normalny pamięta takie rzeczy, kiedy jest zakochanym?

Ja pamiętam. Wszystko to było dla mnie bardzo ważne. Dzięki czatom, komunikatorom, SMS-om i blogom mogłem swobodnie budować swój wizerunek, nie narażając się na śmieszność czy demaskację. Mogłem być tak wrażliwy i inteligentny, jak tylko chciałem, bo nie było obok mnie żywego człowieka, który powiedziałby: „Tomek, ty wcale nie jesteś samotnym, wrażliwym romantykiem, ty jesteś roześmianym, wiecznie pijanym typkiem z całą masą przyjaciół. Ogarnij się”. No więc takich ludzi w Internecie nie było, bo taki człowiek musiałby mnie znać. Byli tylko inni pozerzy (i pozerki), tak samo fałszywi, jak ja.

Na tym właśnie zbudowana jest relacja Grubasa i Małgosi. Na alternatywnych wersjach siebie, które oboje wykreowali w sieci. Przecież, kiedy spotykają się na żywo, w zasadzie nie mają o czym rozmawiać. Grubas jest romantyczny tylko w Internecie. A Małgosia tylko w Internecie jest dorosła.

*

Tomasz Pstrągowski (ur. 1984) – dziennikarz i scenarzysta komiksowy. Album Jak schudnąć 30 kg? Prawdziwa historia miłosna jest jego pełnometrażowym debiutem (rys. Maciej Pałka). Były redaktor naczelny zinu „Komikz”, serwisów komiksomania.pl i ksiazki.wp.pl. Współzałożyciel podcastów o grach wideo „Nieczyste zagrywki” i Niezatapialni.pl. Doktorant Uniwersytetu Gdańskiego.

Data publikacji: