Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Najlepsze spektakle kończącego się sezonu zrobili nam cudzoziemcy. Tak uważam, więc pewnie tak ...
2019-07-01 23:59:00
Destroix

They are the champions

„Ja jestem Hamlet”, reż. Agata Duda-Gracz, Teatr Nowy w Poznaniu
They are the champions
They are the champions
Czyta się 8 minut

Motto: „Die Meister! Die Besten! Les grandes équipes! The chaaampiooons!” (hymn Ligi Mistrzów)

W sztuce, na szczęście, równość nie istnieje. Chociaż tutaj nie! Istniała tylko w latach 50. poprzedniego wieku, w wiadomym okresie, kiedy dzieła były równe: wszystkie urzędowo równie beznadziejne. Taka to była równość w upodleniu, jak wśród poborowych w Full Metal Jacket: „Here you are all equally worthless!”. Czyli korekta: istnieje równość w sztuce, ale tylko na dnie. Wszystkie nieudane dzieła są sobie podobne.

O nich też będzie, o tych siebie wartych, ale o nich później, do nich dojdziemy jak do dżemu w pączku. Najpierw będzie tłuste, najpierw o tym, co zażarło, od najbardziej żrących. Więc ogólnie – zagranica.

Najlepsze spektakle kończącego się sezonu zrobili nam cudzoziemcy. Tak uważam, więc pewnie tak jest:

Cząstki kobiety z TR Warszawa
Spektakl w polskim wykonaniu, a w węgierskiej reżyserii. Kornél Mundruczó, reżyser Cząstek kobiety, wcześniej zrobił Nietoperza w tym samym teatrze, wygrał nim Boską Komedię, bardzo zasłużenie. Reżyserem jest filmowym, do tego niepolskim, i to bardzo widać, bo nie ma naszych kompleksów: robi teatr „z życia wzięty”, z życia wywleczony… Coś, na co polscy artyści teatru są za bardzo artystyczni. Dał hipsterskim aktorom wreszcie zagrać coś zwykłego, coś warsztatowego. Justyna Wasilewska jest jeszcze piękniejsza, kiedy leży w wannie, zresztą ta scena, robiona bez słów, w ogóle dech zapiera. Jej partnerem jest Dobromir, z racji owłosienia grający Norwega, czy ogólniej: Skandynawa. Akcję rozkręca Monika Frajczyk, Schwarzcharakter spektaklu, aktorka o ciemnych włosach.

Prawie równo z Teatru im. Żeromskiego w Kielcach
Reżyserka jest z Islandii i, jak przy Mundruczu, widać, że nie z Polski. Ona z kolei nie ma obciachu, żeby zrobić spektakl o sprawach socjalnych, o pracy w minimarkecie, o młodym ekonomiście, który przykro skończy, ogólnie – o kasie. Temat wydawał się tak wyczerpany, jak niedługo będą złoża ropy, ale skoro nie ma niedobrych aktorów, tak też i nie ma zamkniętych tematów. Prawie równo opowiada o pieniądzach na sposób niepolityczny, na sposób „egzystencjalny”, żeby tak powiedzieć. Wiadomo, o czym mówią i co o tym myślą, oraz że w ogóle myślą. Spektakl zabawny, gdy ma być zabawny. Andrzej Plata mistrzu.

Borys Godunow z Teatru Polskiego w Warszawie
Reżyser z Niemiec, a spektakl w ogóle z Rosji i nie tylko w tym znaczeniu, że tekst jest Puszkina. Warszawski Godunow jest kopiuj-wklej Godunowa z Moskwy, jest jego rereżyserią. Dzieło w równym stopniu wnętrzarskie, co modniarskie. Czekałem na taką oldskulową „wystawę”, jak się kiedyś mówiło o sposobie wystawienia, czyli o inscenizacji. Borys Godunow jest skrajnie konwencjonalny, skrajnie teatralny i skrajnie uczciwy. Nie udaje, czym nie jest. Wielka literatura, wielki budżet, czuć kasą ze sceny.

Na scenach polskich, proszę się nie martwić, pracują również Polacy, chociaż nie wiadomo, czy Polacy katolicy. Przedstawienia robią dobre, a „po owocach” mamy ich poznawać, więc Duch Święty daje kciuka:

Hedda Gabbler z Teatru Narodowego w Warszawie
Nie jest to monodram, ale tak jakby. Wszystko grawituje dookoła „tytułówki”, roli tytułowej. Wiktoria Gorodeckaja nie tyle broni postaci, którą ciężko jest obronić, bo to zła kobieta była, ile tchnie w nią życie, daje jej chodzić i mówić. Daje Heddzie wiarygodność, jeśli nie moralną, to przynajmniej estetyczną. A niedobzi ludzie mogą być bardzo uroczy i bardzo absorbujący, jak poucza doświadczenie. Taka jest jej Hedda: totalna na „sz”, ale jak tu jej nie kochać?

Ja jestem Hamlet z Teatru Nowego w Poznaniu
Jeżeli Hedda jest szmatą, to on jest pomyją, wodą po wyżęciu szmaty: Hamlet w spektaklu Dudy-Gracz z Poznania. Bardzo niedobry mężczyzna, ale naprawdę niedobry, nie że sexy evil. Jeśli Hamlet jest metaforą całego teatru, jak się o nim mawia, to dla tej reżyserki jest metaforą całej patologii całego teatru. Że tak jest, a nie inaczej, zaświadczam, siedzę w tym kurniku, lecz do jego swądu jeszcze nie przywykłem. Duda-Gracz napisała swojego Hamleta, swój dramat o robieniu Szekspira, i zaludniła go kolonią pierwotniaków, ameb, larw, glist ludzkich. Strzał między oczy. Nie wiem, czy spektakl może liczyć na uznanie tak zwanych środowisk twórczych.

Śmierć komiwojażera z Teatru Wybrzeże w Gdańsku
Klasyk teatru depresyjnego, lepszy niż egzystencjalizm. Lepszy, to znaczy „bardziej depresyjny”. Szlachetnie wykonany wspaniałym aktorem, Mirosławem Baką, tym z Krótkiego filmu o zabijaniu. Baka znów odgrywa zagwozdki moralne, ale bardziej podskórne, bardziej podprogowe. Patrzy i hipnotyzuje. Spektakl ma czas i ochotę rozprawiać przy nas o tak zwanych ważnych sprawach, o sprawach życia i śmierci. Trochę hagiografia: Willy Loman nie umiera, na pohybel tytułowi, nie jest męczennikiem, lecz na pewno świeckim świętym, i to nie jest oksymoron.

Każdy teatr-instytucja ma coś za uszami, ale w sezonie 2018–2019 te mają najmniej, albo przynajmniej najwięcej w sensie estetycznym, co im równoważy dyscyplinę finansową: Teatr Wybrzeże, Teatr im. Żeromskiego, Teatr Narodowy. Pomimo fakapów (Dzika kaczka, Jak być kochaną w Wybrzeżu widziałem samo dobre, lecz gdyby posiedzieć, toby się znalazło), są dostarczycielami steady thrills, pewnego poziomu stymulacji teatralnej, której się nie trzeba wstydzić. Do Wybrzeża chcę pojechać na Krystynę Jandę, Jak wam się podoba grają obok, w Szekspirowskim. À propos Janda: mam do obejrzenia Zapiski z wygnania, hit tego sezonu, co niedługo zrobię w Operze Krakowskiej. Pewnie skończy się recenzją.

Teraz gwóźdź programu, ale gwóźdź do trumny: dół rankingu, dział „najgorzej”. Najgorzej znaczy najlepiej, tylko z drugiej strony. Oni również są die Meister, die Besten, dno ma również ligę mistrzów. Aż dwa spektakle z mojego ukochanego onegdaj teatru. Onegdaj ukochanego i onegdaj teatru:

NIC ze Starego Teatru w Krakowie
NIC-owi nie poświęciłem, przynajmniej w „Przekroju”, osobnej recenzji, nawet go w zadek nie pocałowałem, bo „na pieszczotę to trzeba zasłużyć” (Kingsajz). Dzieło „tępe jak siekiera do rąbania cukru” (Żeromski), myślące o sobie, że jest awangardą, tylko czego, ja się pytam! Czego awangardą? Wygląda jak pierwszoroczniak z akademii sztuk pięknych, chodzący po mieście z dużą czarną teczką: widać, że artysta. Ten spektakl jest upadkiem Starego Teatru, lecz upadkiem na wolności, samozawinionym. Przez Bernardę Albę nikt źle nie pomyślał o Starym Teatrze, bo przedstawienie było raczej zdarzeniem losowym niż nową premierą. NIC powstało za nowych czasów i nowych porządków, nouveau régime, wcale nie lepszych, jak się okazuje. Monolog otwarcia z Full Metal Jacket, wyżej cytowany i w tym wypadku okazuje się à propos: „You’re so ugly you could be a modern art masterpiece!”.

Mein Kampf z Teatru Powszechnego w Warszawie 
Teatr Powszechny trochę się pogubił w swoim parciu politycznym. Wszystko, co wytwarza, ma być radykalne, zaangażowane, więcej potrzeb nie pamiętam. Że robią akurat teatr, to jest druga sprawa, najważniejsze, żeby słuszny. Zresztą obecnie nie ma już „teatru”, teraz są działania: sceniczne, performatywne i towarzyszące. Klątwa to było coś, było o czym gadać, ale obecnie Teatr Powszechny jest Radiem Maryja sztuki lewicowej, czyli ośrodkiem bardzo wyrazistym, tylko czy poważnym? Spokojnie uprawiają populizm dla elit, robią im dobrze na samoocenę i mnie to nie wadzi, niech każdy orze, jak tylko potrafi, ale „ja na sektę nie idę, mam dość innych zainteresowań w czasie wolnym” (Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną).

Panny z Wilka ze Starego Teatru w Krakowie
Ten spektakl nie miał u mnie żadnych szans, bo opowiadanie Iwaszkiewicza mam za arcydzieło, a film Wajdy za jeszcze większe. Jedyny film na studiach, który mi się podobał, a Jarosław Iwaszkiewicz to jest moja guru. Przedstawienie Glińskiej, czymkolwiek jest, jest NIE TYM. Ono się wcale nie dzieje, jak w oryginale, na wsi! Dzieje się raczej w Krakowie, jest szopką bardzo krakowską, śmietanka stołecznego królewskiego miasta ma szansę odgrywać swoje fantazje o szlachetnym pochodzeniu, o swojej lepszości, o swoim przedwojniu. Panny z Wilka ze Starego to jest Pani Dulska, która o tym nie wie, że jest Panią Dulską. Sama Zapolska nie jest tak „z Zapolskiej”!

Ogólna refleksja na koniec sezonu? Teatr powinien, chociaż na chwilę, spróbować być sobą. Tak się przecież zawsze mówi: bądź sobą. Mówię teatrowi, żeby był teatrem, nie działaniem teatralnym, nie polityką teatru, nie historią teatru, nie przekroczeniem teatru. Kiedy próbuje być „tylko teatrem”, idzie mu najlepiej. Oczywiście nie posłucha, bo to nie może być takie proste.

Z plotek przed przyszłym sezonem, żeby na wakacje nie zostali Państwo z niczym i by było na co czekać. Plotka to jest dzieło w domenie publicznej, proszę podać dalej, obrobiwszy po swojemu, coś dodawszy, coś ująwszy, coś nawymyślawszy. Otóż ktoś, kto nie jest Krzysztofem Warlikowskim, wystawi w Polsce Anioły w Ameryce i od razu dwoje takich, dwa spektakle będą, oba w Krakowie, w sensie jeden w Nowej Hucie. Strzępka, plotki głoszą, w Starym, Bogajewska u siebie na zakładzie. JUŻ TO WIDZĘ. Każdy będzie miał za punkt honoru zrobić inaczej niż w serialu: chociażby gorzej, ale ważne, że inaczej. Kto w Ludowym zagra geja? Tak, żeby z tego nie wyszedł Kabaret Paranienormalni. A gejów jest w tym dramacie chociaż paru do zagrania. To najlepszy dramat w nie najlepszym tłumaczeniu (choćby na anioły typu principalities mówi się „zwierzchności”, a nie „księstwa” albo „władcy”). Jak nie obsadzicie Jacka Wojciechowskiego, to przysięgam, ukatrupię albo gorzej – przyjdę. On powinien zagrać co najmniej rabina, a najlepiej Roya Cohna, a jeszcze bardziej najlepiej obie role naraz. W Starym zapewne Demirski napisze własną „gejowską fantazję na tematy narodowe”, bo już w Trybunie riffował z Aniołów.

Sezon uważam za zakończony, oto otwieram sezon ogórkowy. Latem inaczej sobie pogadamy, chociaż również o teatrze. Dziękuję twórcom za wszystko, szczególnie za twórczość, a o złe recenzje weźcie się już nie gniewajcie, przecież wiecie dobrze, że ja tak dla picu, tak naprawdę lubię wszystko… Wasz M.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!