Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Takiego numeru jeszcze nie było!

W zimowym „Przekroju” honorowym gościem jest szalona, nadprzyrodzona, wspaniała – ludzka wyobraźnia. Poza tym: szamanizm współczesny, starożytny i zwierzęcy. Jurodiwi i futuryści. Wstyd, który nas ogranicza, i ten drugi, który jest nam potrzebny. Rosja – ale ta prawdziwa. I specjalnie na nowy rok: żegnamy nawyki i szukamy ciszy w głowie.

Kup „Przekrój” na zimę!

196 stron do czytania przez trzy miesiące! „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Z powodu choroby musiała opuścić Manhattan. Życie poza cywilizacją przyniosło jej uzdrowienie. ...
2021-12-10 09:00:00
aeon

Terapia biwakowa

zdjęcie: Emily Hon/Unsplash
Terapia biwakowa
Terapia biwakowa

Sądziłam, że spełniam swoje marzenia, tymczasem stawałam się coraz słabsza i bardziej chora. Gdy w końcu wskutek moich dolegliwości musiałam opuścić Manhattan, życie poza cywilizacją przyniosło mi uzdrowienie.

Czyta się 15 minut

W 1996 r. spełniłam marzenie każdego nowojorskiego pisarza – wynajęłam mieszkanie z dwiema sypialniami i z widokiem na rzekę Hudson w przedwojennej kamienicy z portierem. Zbudowany w 1931 r. gigant mieś­cił blisko 300 apartamentów, a wśród lokatorów nie brakowało znanych artystów. Na północ od budynku biegła kręta aleja, przy której stały przepiękne XIX-wieczne szeregowce. Na zachodzie, wzdłuż rzeki, przez wiele mil ciągnął się pas zieleni. Sama dzielnica Upper West Side była istnym rajem dla smakosza. Myślałam to, co na moim miejscu myślałby każdy oszołomiony swym szczęściem mieszkaniec Nowego Jorku: „Zostanę tu na zawsze. Nie ruszę się, dopóki nie wyniosą mnie stąd nogami do przodu”.

Tymczasem ta chwila nadeszła jeszcze przed końcem 2009 r. Najpierw, latem 2000 r., ugryzienie kleszcza ścięło mnie z nóg i zrujnowało moje zdrowie. Mimo terapii antybiotykowej nigdy nie udało mi się dojść do siebie. Potem, w 2005 r., moja kamienica została przejęta przez firmę deweloperską. W ciągu następnych dwóch lat 150 mieszkań przebudowano, wyremontowano, a następnie sprzedano jako luksusowe rezydencje. Po budynku kręciły się tłumy robotników. Wszędzie unosił się pył, z dziur w ścianach wybiegały myszy, rury pękały, woda zalewała całe piętra. Sufit w moim mieszkaniu zapadł się pod strumieniem wody, ściany sypialni osunęły się, a dębowe podłogi wypaczyły od wybijających ścieków.

W latach 30. między piętrami stosowano izolację z wełny mineralnej, która pochłania ogromne ilości wilgoci. Po zalaniu mogą się w niej rozwijać pleśń i bakterie. Moje gniazdko zostało nimi zainfekowane, zanim jeszcze remont kamienicy dobiegł końca. Byłam przykuta do łóżka, zbyt chora, by zjechać windą piętro niżej, przejść przez lobby i odebrać pocztę. Dopadła mnie tzw. choroba środowiskowa – dosłownie wszystko wywoływało u mnie reakcję alergiczną: większość ubrań, kuchenka gazowa, nowy materac, zapachy, które czułam od mojego partnera Paula, kiedy wracał z pracy. Do tego dochodził jeszcze hałas nie do zniesienia. Zimą co noc nowe rury do ogrzewania parowego strzelały jak z armaty, a po niegdyś pustym boisku pod moim oknem przez cały dzień biegały wrzeszczące dzieciaki.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Wiedziałam, że muszę się wyprowadzić, ale to było jak opuszczenie samej siebie. Wyrwałam się z mojej krainy Oz dopiero wtedy, gdy poczułam się, jakbym miała zaraz umrzeć. W Boże Narodzenie 2009 r. wyjechaliśmy z Paulem na Południe, do Georgii. Znajduje się tam urocze miasteczko Serenbe, osada w duchu nowego urbanizmu, stworzona na 360-hektarowym terenie przez restauratora Steve’a Nygrena i jego żonę Marie, szefową kuchni. Wygodnie umoszczona w ogromnym podwójnym łóżku w pensjonacie Nygrenów zrozumiałam, że już nigdy nie wrócę do Nowego Jorku.

Chcieliśmy zamieszkać w tym pensjonacie na stałe, jednak okazało się to niemożliwe – pobyt byłby zbyt drogi, a poza tym Nygrenowie często organizowali tam przyjęcia weselne. Kontynuowaliśmy więc naszą podróż po Południu, pokonując setki mil w poszukiwaniu domu do wynajęcia, który byłby wolny od toksyn. Niestety, wszędzie czułam się chora. Kosztowało mnie to trzy zerwane umowy najmu. Dotknęła mnie TILT, czyli – używając terminu stworzonego przez Claudię Miller, lekarkę i specjalistkę od zdrowia środowiskowego z University of Texas – toxicant-induced loss of tolerance (toksycznie indukowana utrata tolerancji). To stan, w którym układ odpornościowy zbyt długo lub zbyt intensywnie jest narażony na działanie toksyn zarówno pochodzenia naturalnego, jak i tych stworzonych przez człowieka. Po takiej ekspozycji organizm nie dochodzi do siebie, ale doświadcza dziwnego załamania i staje się niezwykle wrażliwy nawet na niewielkie dawki chemikaliów.

W styczniu 2011 r. dotarliśmy do kresu naszej wędrówki w Loxahatchee na Florydzie – krainie koni. Właścicielka popularnego pensjonatu jeździeckiego zarzekała się, że nie ma w nim pleśni. Sprowadziła nawet specjalnie wytrenowanego psa i z dumą podetknęła nam pod nos zaświadczenie. Ale ja wszędzie czułam zapach pleśni, więc po kilku dniach stamtąd uciekliśmy. I co teraz? Była zima, nie mieliśmy gdzie mieszkać. Wtedy Paul zaproponował: „Może rozbijemy tu namiot na kilka tygodni?”.

A co nam szkodzi! Mieliśmy dwa namioty, wypróbowane wcześniej na kilkudniowym biwaku w górach w Georgii. Mogliśmy zrobić sobie wakacje, zanim zdecydujemy, co dalej. Pojechaliśmy więc na najbliższy kemping i rozbiliśmy się obok luksusowych kamperów.

I właśnie tam, kiedy leżałam na karimacie w namiocie rozstawionym na trawie, w moim życiu nastąpił nieoczekiwany zwrot. Bo – tak po prostu – poczułam się lepiej.

Zostawić wszystko za sobą

W pewnym sensie odkryłam najprostsze lekarstwo (świeże powietrze) na niezwykle skomplikowaną dolegliwość (chorobę środowiskową). Nagle zmniejszyłam swoje obciążenie toksynami. Rok wcześniej przeczytałam w „New York Timesie” wypowiedź Billa Sotherna, założyciela firmy Microecologies, eksperta do spraw jakości powietrza: „Powietrze w pomieszczeniach jest dziesięć razy bardziej zanieczyszczone niż powietrze na zewnątrz w dowolnym momencie”. Nie musiałam wykonywać żadnych testów ani kalibrować czy katalogować niezliczonych potencjalnych zanieczyszczeń różniących się w zależności od miejsca – mogły to być świeżo nałożona farba, dywan z syntetycznej tkaniny, formaldehyd, pleśń, środki zmniejszające palność, płyny zmiękczające do tkanin, pestycydy czy dym papierosowy. Wystarczyło zostawić to wszystko za sobą i przez jakiś czas pomieszkać na zewnątrz.

Takie doświadczenie zmienia człowieka. Powoli oddalasz się od cywilizacji, coraz bardziej zbliżasz do natury i dzieje się magia. Większość z nas to wyczuwa. Może stąd bierze się rosnąca obsesja na punkcie biwakowania, wędrówek i przygód w dziczy?

Kilka tygodni później znaleźliśmy się w północnej Florydzie, w lesie o powierzchni 80 000 ha. Przejazd ze skraju lasu na pole namiotowe zajmuje około pół godziny. Droga prowadzi przez szeregi mizernych sosen, przypominających piszczałki bezkresnych organów, wyciągające się w stronę słońca. Ukryte pole namiotowe, położone nad zasilanym przez źródła jeziorem, to bujna i wilgotna kraina czarów, otoczona dębami wirginijskimi, sosnami i oplątwami brodaczkowatymi. Na cyplu rośnie samotny sękaty cyprys. Wszyscy zachwycają się, jak uparcie trwa tam, gdzie niefortunnie wylądował.

Rozbiliśmy namioty w miejscu z dostępem do wody i prądu. Nareszcie pożegnałam uciążliwą bezsenność (badania przeprowadzone na University of Colorado potwierdzają, że tydzień biwakowania z dala od sztucznych świateł reguluje rytm dobowy nawet u najbardziej zdeklarowanych sów). Bolesne napięcie mięśni ustąpiło, prawdopodobnie dzięki temu, że znalazłam się niemal poza zasięgiem sieci, daleko od elektrosmogu. Jadłam rybę godzinę po tym, jak została złowiona w krystalicznie czystym jeziorze, i odkryłam, że moje ciało lubi nieprzetworzoną żywność. Krótko mówiąc, po wielu latach pozbyłam się dręczącego mnie uczulenia na wszystko. Patrzyłam w górę, na niebo tak błękitne, że wyglądało, jakby niewidzialna ręka oderwała ze stratosfery warstwę woskowanego papieru. Kpiłam z komarów, wściekle uderzających w moskitierę w moim namiocie. Odzyskałam siły. Zażywaliśmy długich przechadzek dla zdrowia, jak staromodnie je nazywałam. Każdy słoneczny dzień był okazją do zrobienia prania: podgrzewałam wodę w żeliwnym garnku, zmywałam ręcznie brud z ubrań, a następnie rozwieszałam je na nylonowej lince rozpiętej między drzewami. Uwielbiałam zanurzać twarz w ich świeżym zapachu.

Najbardziej uderzająca była jednak zmiana w moim nastroju. Przestałam wszystko rozpamiętywać, moje lęki zdawały się rozpływać w powietrzu. I nie chodziło po prostu o wyświechtane „przebywanie na łonie natury”. W ciągu następnych kilku lat częs­tego biwakowania przekonałam się, że natura naturze nierówna. Zorientowałam się, że w moim przypadku czystość powietrza zawsze wiązała się z jasnością umysłu i pogodnym nastrojem, jak gdyby moje ciało było urządzeniem do wykrywania zanieczyszczeń – zaprogramowanym, aby wychwytywać najdrobniejsze zmiany.

Odkryłam wokół siebie niewidzialne ekosystemy – zarówno te dobre, jak i złe – których funkcjonowanie zależne było od wiatru, czystych albo skażonych jezior oraz rzek, ziemi nietkniętej lub zagospodarowanej, zmieniające się wraz z porami roku. Na każdym kempingu odnosiłam wrażenie, że wysoko na wzgórzu zawsze jest czyściej. W bardziej nasłonecznionych miejscach nie rozwijała się pleśń. Jeziora, w których można było łowić tyle ryb, ile dusza zapragnie, działały pozytywnie na mój nastrój. Te, które pod wpływem nawozów spływających z pól zakwitały glonami, sprawiały, że wszystko mnie bolało. Zanim podjęłam decyzję, gdzie rozbiję namiot, nauczyłam się spacerować wokół kempingu i nasłuchiwać reakcji swojego ciała.

Poznałam emerytowaną prawniczkę cierpiącą na chorobę Parkinsona. Biwakowała w lasach razem z psem oraz czterema kotami i szczyciła się, że – zdaniem neurologa – radzi sobie lepiej niż inni pacjenci. Poznałam rodzinę, która po medycznych i finansowych zawirowaniach przewędrowała cały szlak Appalachów, żeby odzyskać środek ciężkości i poczucie celu. Poznałam też Rogera i Alidę. Za dużo pili i częstowali mnie świeżą sarniną upieczoną nad ogniskiem. Zazdrościłam Alidzie podpałki – kawałków pierwotnej sosny pokrytej skorupką z zaschniętych soków. Kiedy się paliły, uwalniały słodki i cierpki aromat. Pewnego ranka Alida przyszła do mojego namiotu i podarowała mi dwa takie kawałki. ­Uznałam, że są zbyt piękne, by ich używać, ale niedługo potem oddałam je młodemu mężczyźnie, który samotnie wędrował przez las. Skorzystał z naszego paleniska, żeby zrobić sobie coś do jedzenia.

Nadal pracowaliśmy – ja pisałam, a Paul robił korekty – wykorzystując nasze bezprzewodowe routery zapewniające dostęp do Internetu w dowolnym miejscu. „Dorotko – pomyślałam sobie – nie jesteśmy już w Kansas”. Ale gdzie właściwie jesteśmy?

Bliżej ziemi

W tym punkcie moja opowieść o zdrowiu i chorobie zaczyna toczyć się w zupełnie innym kierunku. Nowy tryb życia cofnął mnie w czasie do archetypów – do rozpalania ogniska, prania koszuli, zabezpieczania namiotu przed deszczem, odpoczywania w upale, pobudki w rześki wilgotny poranek, poszukiwania pożywienia. Gdy zmieniał się wiatr, wiedziałam, że nadchodzi burza. Każdego lata obserwowałam, jak ziemia rozgrzewa się niczym garnek na małym ogniu. Około ósmej czy dziewiątej wieczorem, kiedy znikąd pojawiała się chłodna bryza, nieodmiennie czułam ulgę. Stare powiedzenia nagle nabrały sensu. Przekonałam się, jak cudownie i okazale wygląda Księżyc Żniwiarzy, który świeci w równonoc jesienną. Został tak nazwany w czasach przed elektrycznością, kiedy w jego blasku rolnicy mogli przez całą noc zbierać ostatnie plony. „Gdy czerwone słońce wschodzi, w marynarzu bojaźń się rodzi. Lecz gdy czerwień o zachodzie, wie marynarz o pogodzie” [przysłowie angielskie, tłum. Krzysztof Baranowski – przyp. tłum.]. Rzeczywiście, zależnie od tego, kiedy widzisz czerwone niebo, wiesz, czy w twoją stronę kieruje się masa suchego czy wilgotnego powietrza.

Jak zauważył XIX-wieczny przyrodnik John Muir: „Kiedy próbujemy wybrać jedną rzecz, odkrywamy, że jest połączona ze wszystkim we wszechświecie”. Ze wszystkim oprócz tego, co znajdziemy w miastach i na przedmieściach. Świat naturalny nie ma nic wspólnego z domami, korytarzami, schodami, drzwiami i krzesłami o wymiarach idealnych dla człowieka. Ten świat rzadko ma 22°C oraz 30-procentową wilgotność powietrza i z pewnością nie jest klimatyzowany przez cały rok. Pogody nie obserwuje się tu przez okno, awaria zasilania nie trwa godzinę albo jeden dzień, nie można chodzić sobie między pomieszczeniem do gotowania a pomieszczeniem do oglądania telewizji, do jedzenia, do spania, do mycia… Tu światło i ciemność nie są na zawołanie. Nie, to świat nieprzewidywalny, który wymaga od nas aktywnego udziału.

Brakuje nam dzikich zwierząt, więc niektóre z nich udomowiliśmy – głównie psy i koty, które stały się bohaterami kultowych memów z YouTube’a i BuzzFeeda, naszymi dożywotnimi dziećmi, uległymi alter ego. Ale dzikie stworzenia, znienacka zakłócające nasz spokój, też potrafią wzbudzić czułość. Jak niemal ślepy pancernik buszujący w krzakach w poszukiwaniu robaków. Albo kosarze, pająki z gatunku liczącego 400 mln lat, które zbijały się w ciasną grupkę na moskitierze przy wejściu do mojego namiotu. Nieruchome i spokojne, wydawały mi się mistrzami medytacji i moimi strażnikami. Oprócz tego były również niemoralnymi drapieżnikami. Na własne oczy widziałam, jak jeden z nich pożarł mrówkę w kilku zachłannych kęsach. Była też rzekotka, która schroniła się przed letnim upałem pod plandeką mojego namiotu. I świerszcz, urzeczony szumem mojego generatora do tego stopnia, że wpełzł pod spód i śpiewał do niego przez całą noc. Albo wiewiórka, która codziennie wrzucała mi do namiotu łupiny żołędzi lub odbijała je od mojego samochodu, radośnie popiskując. I jeszcze mrówki – latem cała południowo-wschodnia część kraju jest wielkim mrowiskiem – z którymi walczy się za pomocą octu, talku, raida, śmiercionośnych trucizn i wymyślnych przekleństw.

Był jeszcze lis, a raczej – jak się później okazało – bezpański pies, którego nazwałam Ralphie. Raz ukradł nam w nocy buty, zaciągnął je do lasu i porzucił na wpół przeżute. Myślałam, że Paul robi sobie ze mnie żarty, i zażądałam, żeby oddał moje sandały; on z kolei oskarżył mnie o kradzież kapci i stwierdził, że to wcale nie jest śmieszne. Wreszcie znaleźliśmy buty i zaczęliśmy dokarmiać Ralphiego. W zamian on ściągał ze sznurka moje koszule i przeżuwał rękawy. W ten nieokrzesany sposób próbował pozostawić swój ślad i zapach na naszych rzeczach, chciał stać się częścią naszego życia.

Nigdy nie zapomnę także gigantycznego skorpiona. Kiedy po gwałtownej powodzi próbował wdrapać się do namiotu, myślałam, że umrę ze strachu, dopóki nie okazało się, że to rak. Skąd mogłam wiedzieć, że rak i skorpion zasadniczo różnią się ogonami?

W mieście żyłam wśród swoich: artystów, pisarzy, muzyków, naukowców. Wszyscy usiłowaliśmy dogłębnie i na nowo zrozumieć wszechświat. Pozostali byli mi obcy, ignorowałam nawet tych, którzy mówili do siebie albo błagali o pieniądze. Za to kiedy biwakowałam, przebywałam wśród nieznajomych i musiałam się z nimi mierzyć. Często poznawałam nowe sposoby na życie. Pewien myśliwy pokazał mi, jak wciąga krzesło na drzewo i siada na nim, „ujeżdżając wiatr”. Ktoś inny pochwalił się opływowym kajakiem wykonanym z żelu. Kosztował 2 tys. dolarów i ważył niespełna 10 kg.

Czasem trafiałam na ludzi, od których nie mogłam uciec. Często złośliwie żartowaliśmy z Paulem z gości w zapleśniałych przyczepach, którzy nawet w letni dzień rozpalali duszące ogniska, używając benzyny i mokrego drewna, puszczali muzykę na cały regulator, głośno oglądali mecze futbolu w telewizorach z płaskim ekranem, siedzieli przy stole piknikowym i pili piwo. Wyglądało to, jakby wcale nie przyjechali cieszyć się naturą, tylko ze złością pokazywali niebu środkowy palec. Potrafili zepsuć nam weekend, ale litościwie wyjeżdżali w niedzielę, by zdążyć do pracy.

Biwakowanie nie wyleczyło mnie całkowicie, jednak pozwoliło mi poczuć się lepiej. Wciąż jestem chora – podatne geny, kilka ugryzień kleszczy i jakiś rodzaj środowiskowego pecha już na zawsze mnie osłabiły. Nadal żyję ze złożoną, prze­wlekłą, wieloukładową chorobą. Gdyby mogły się spełnić moje dwa życzenia, cofnęłabym czas i latem 2000 r. nie weszłabym do pełnego kleszczy ogrodu w Connec­ticut. Chciałabym też, żeby moją kamienicę przeoczono w czasie ekspansji na nowojorskim rynku nieruchomości za czasów Bloomberga, żeby nie została w połowie zburzona i zalana. Jeśli kiedyś zapragnę na stałe zamieszkać w prawdziwie nietoksycznym domu, będę musiała zbudować go sobie sama – z betonu i szkła. Choć wizja takiego zamieszania napełnia mnie niepokojem, powoli dojrzewam do tej decyzji.

Teraz liczy się to, że wróciłam do gry. Całkiem nieźle znoszę świat i większość występujących w nim chemikaliów. Ubieram się w to, co chcę, gotuję na kuchenkach gazowych i nie zwracam uwagi na pozostałości płynu zmiękczającego na ubraniach Paula. Biwakuję w każdych warunkach – zarówno latem, jak i zimą. Kiedyś nie miałam siły, żeby pójść do łazienki, teraz przemierzam kilometry szlaków i wiejskich dróg. Przystosowałam się do mrozów, zimą gotuję na zewnątrz w samej bluzie z kapturem i sandałach, w temperaturach, które kiedyś pewnie przyprawiłyby mnie o dreszcze. Badania potwierdzają zresztą, że tzw. termogeneza bezdrżeniowa spala tkankę tłuszczową i podnosi poziom antyoksydantów. To dlatego Finowie lubią wskoczyć w śnieg po wyjściu z sauny.

Latem 2014 r. pojechałam na pole namiotowe w północno-wschodnim zakątku Georgii, gdzie obserwowałam migoczącą Drogę Mleczną, rozciągającą się aż po horyzont. Wszystkie frazesy okazały się prawdą: byłam zachwycona pięknem wszechświata i wdzięczna za to, że mogę je podziwiać. Fizyk John Wheeler narysował kiedyś wielkie „U” i zasugerował, że w tej literze może się zawierać znaczenie całego kosmosu (universe). Na jednym końcu „U” znajdują się Wielki Wybuch i narodziny naszego wszechświata, a na drugim – miliardy lat ewolucji później – jesteśmy my. Patrząc na te narodziny, spojrzałam w przeszłość i zobaczyłam wszechświat starający się poznać samego siebie. Udało mi się pokonać wyniszczającą chorobę i oto kontemplowałam teraz własny układ słoneczny.

Jak pisał Henry David Thoreau w Waldenie (1854): „Wiatr poranny zawsze wieje, pieśń stworzenia nie rwie się nigdy, dociera atoli do niewielu uszu” [tłum. Halina Cieplińska]. Tak naprawdę moja historia nie jest opowieścią o chorobie i wyzdrowieniu, ale o dwóch sposobach na życie, skrajnie odmiennych, choć równie bezkompromisowych, głębokich i ożywczych: o życiu intelektualistki w wielkim mieście i o prostym, choć niepozbawionym wyzwań życiu bliżej ziemi. Każdemu polecam spróbować ich obu.


Tłumaczyła Alicja Kitlasz

Pierwotnie tekst ukazał się w serwisie Aeon.co. Tytuł, lead i śródtytuły zostały dodane przez redakcję „Przekroju”.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!