Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
O Antonim Uniechowskim pisze
2018-03-19 00:00:00
Historia z okładki
Szkice kawą

Ta okładka z 1956 r. namalowana została przez człowieka z XIX w. – urodzonego w roku 1903 w Wilnie. Do gimnazjum poszedł już w Warszawie. Jego szkolnym kolegą był Witold Gombrowicz, który później sportretował tę szkołę w Ferdydurke.

Na studia w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych trafił, zanim jeszcze zdał maturę.

W 1929 r., jeszcze podczas studiów, ale już po maturze, urodziła mu się pierwsza córka, ze związku z księżniczką Marią Assuntą De Liguori. Związek neapolitańskiej piękności i ubogiego polskiego szlachcica był oczywiście mezaliansem. Włoski teść był zrozpaczony, ale teściowa zachwycona wdziękiem i urokiem wytwornego Polaka.

okładka: Antoni Uniechowski, archiwum nr 582/1956 r.
okładka: Antoni Uniechowski, archiwum nr 582/1956 r.

Autor naszej okładki dość wcześ­nie owdowiał i od roku1941 sam wychowywał Krystynę, która wspominała go niezwykle czule. Wspominała też, że gdy była małą dziewczynką na pytanie, jak ma na imię, zaciskała wargi i milczała jak zaklęta. Kiedy nalegano: „No powiedz, ­­jak do ciebie mówi tatuś?”, odpowiadała po namyśle: „Tatuś mówi do mnie »Do widzenia!«”. Antoni Uniechowski we wspomnieniach przyjaciół okreś­lany bywał mianem lowelasa, bon vivanta,­­ lwa salonowego, światowej klasy bywalca. Większość czasu spędzał poza domem.

Fakt, że po wojnie wylądował z córką w krakowskim schronisku dla bezdomnych, niczego tu nie zmienił. Pan Antoni był wyjątkowo odporny na rzeczywistość.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Wysoki, chudy, zawsze elegancko ubrany, preferował stroje staromodne. Nie wychodził z domu bez borsalina, a w lecie bez słomkowego kapelusza. Sumiaste wąsy miał zawsze pięknie podkręcone, a szyku zadawał bambusową laseczką. Pełen życia, radosny, niezwykle uprzejmy. Marian Eile twierdził, że przygnębionego widział go jeden jedyny raz: po powrocie od lekarza, który zdecydowanie zakazał jakichkolwiek, poza goleniem, męskich rozrywek. Diagnoza była chyba jednak chybiona. Uniechowski słynął z niesamowitego wręcz powodzenia u płci przeciwnej. Poza tym, że był czarujący i szarmancki, co w przaśnej rzeczywistości powojennej Polski niezwykle go wyróżniało, miał też patent na uwodzenie niewiast, swoisty chwyt, który nigdy nie zawiódł. Tonio, jak pieszczotliwie go nazywano, sugerował napotkanym damom, że właściwie jako mężczyzna jest zupełnie do niczego i w związku z tym nic im z jego strony nie grozi. Chwyt był rzeczywiście genialny, jak bowiem wspomina Kern: „wszystkie chciały natychmiast sprawdzić moc swoich wdzięków. »Z innymi może mu nie wychodzi – myślały sobie – ale nie ze mną!«. No i Tonio miał ułatwione zadanie”.

Krakowska balanga trwała w najlepsze do połowy lat 50. Tonio pojawiał się w redakcji regularnie. Wszyscy uwielbiali te wizyty, bo kręcił się po całym mieszkaniu, w którym wówczas „Przekrój” się mieścił, bawiąc każdego rozmową. Był fenomenalnym znawcą epok, strojów, mebli, całej kultury materialnej. Z jego ust płynęły dykteryjki, anegdoty, staroświeckie, pełne wdzięku historyjki, a ręka bezbłędnie kreśliła coś na papierze. Czasami zamówienia realizował natychmiast. Siadał przy pierwszym lepszym biurku, niekiedy nawet zajętym, wyciągał z kieszeni marynarki mały piórniczek, a z niego piórka i pędzelki. Z drugiej kieszeni wyjmował buteleczkę tuszu i rysował. Jeśli coś wymagało cieniowania, pędzelek lądował w niedopitej kawie. Szast-prast i rysunek był gotowy. Żadnego szkicowania, żadnego natchnienia. W ten sposób powstało ponad 5 tys. prac. Kilkaset z nich znalazło się w „Przekroju”. Żadna nie przedstawiała jednak wojennej i powojennej rzeczywistości, tylko bliższą lub dalszą przeszłość. „Karierę zrobiłem na nostalgii” – mawiał Uniechowski.

Niestety, wiele rysunków spłonęło podczas pożaru „Przekrojowego” archiwum. Mieściło się ono w drewnianym baraku, który przekształcił się w melinę. I podczas jednej z zimowych libacji, gdy napalono w kozie, arcydzieła poszły z dymem.

Zanim Tonio przeprowadził się do Warszawy, zanim został tatą drugiej córki, Konstancji, młodszej od pierworodnej o 28 lat, zdążył zostać jednym z niewielu, jeśli nie jedynym człowiekiem, który własnymi zębami ugryzł się w swoje siedzenie. Jak do tego doszło? Otóż o ile Tonio okupację przeszedł bez szwanku, o tyle nie można było tego samego powiedzieć o jego uzębieniu. Wolności doczekały ledwie trzonowce. Jerzy Waldorff, współpracownik „Przekroju”, namówił przyjaciela na nowe zęby, tzw. kastaniety. Proces ich zdobywania rozciągał się w czasie, więc gdy się udało, panowie podążyli do baru „Feniks” na ortodontyczno-alkoholową celebrację. Ale nowe „umeblowanie” zaczęło Toniowi przeszkadzać. Dyskretnie je usunął i schował w tylnej kieszeni spodni. Po kilku toastach wskoczył na barowy stołek i zawył, według relacji Waldorffa, jak ranny łoś. Oto ugryzł się własnymi zębami we własne siedzenie!

W Warszawie Uniechowski kontynuował żywot kawiarniany. Krążył między „Czytelnikiem”, „Ściekiem” a „Literatami”, kultowymi lokalami towarzyskiej śmietanki. „U Literatów” Krystyna przedstawiła mu pewnego dnia swoją koleżankę Felicję Sarnę, historyczkę sztuki. Mimo znacznej różnicy wieku obopólny zachwyt był natychmiastowy. Felicja i Antoni lokal opuścili już wspólnie i udali się do domu artysty. Po drodze wstąpili do delikatesów na rogu Marszałkowskiej i Wilczej, bo Tonio dowiedział się, że w odbudowywanej właśnie Warszawie znaleziono beczki whisky należącej niegdyś do Branickich. Trunek przelano do butelek i „rzucono” w tychże delikatesach. Udało się. Z butelką wykwintnego alkoholu wylądowali na Mokotowie. Whisky została skonsumowana, po czym Tonio… zasnął. Felicja, przyszła mama Konstancji, wzięła się więc za porządki. Po porządkach zapragnęła kąpieli, a po kąpieli było już zbyt późno, by wracać do domu. Została więc – na ponad 20 lat. „Szkoda, że tak krótko” – mówi dziś pani Uniechowska.
 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!