Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Już jest – nowy „Przekrój”, a w nim jak zwykle dużo wszystkiego! Piszemy o bliskich nam wartościach, dalekiej Japonii i jeszcze dalszej Wenus. Rozmawiamy z dziećmi i mądrymi dorosłymi, przyglądamy się snom i fraktalom. Wiosenny "Przekrój", jak można go nie kupić?

Kup numer wiosenny

Przekrój
Na Boże Narodzenie dzieci ponownie zażyczyły sobie łódkę z wiosłami...
1993-12-05
archiwum

Światło jest jak woda
Nie przekupuj dzieci!

„Wesołych świąt”, Viggo Johansen, 1891 r. (domena publiczna)
Światło jest jak woda
Światło jest jak woda

Na Boże Narodzenie dzieci ponownie zażyczyły sobie łódkę z wiosłami.

Czyta się 4 minuty

– Zgoda – powiedział ojciec – kupimy ją, kiedy wrócimy do Cartageny.

Dziewięcioletni Toto i siedmioletni Joel byli bardziej zdecydowani, niż rodzice sądzili.

– Nie – powiedzieli chórem. – Potrzebujemy jej teraz i tutaj.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

– Przede wszystkim – mówiła matka – tutaj nie ma więcej wody niż w prysznicu.

Zarówno ona, jak i mąż mieli rację. W domu, w Cartagena de Indias, było podwórko z molo nad zatoką, i szopa na dwa duże jachty. Natomiast tutaj, w Madrycie, gnieździli się na piątym piętrze pod numerem 47 na Paseo de la Castellana. Jednak ani on, ani ona nie mogli odmówić, bo obiecywali im łódkę z wiosłami, busolą i sekstansem, jeśli w trzeciej klasie szkoły podstawowej osiągną najwyższe oceny, i faktycznie je uzyskali. Zatem tata kupił wszystko, nie mówiąc nic żonie, która była przeciwniczką spłacenia długów hazardowych. Była to piękna łódź z aluminium, ze złotą linią na poziomie zanurzenia.

– Łódź jest w garażu – oznajmił ojciec podczas obiadu. – Ale nie wiem, jak ją tu przytoczyć, nie można ani windą, ani schodami, w garażu nie ma miejsca.

Jednakże w następną sobotę po południu dzieci poprosiły swoich szkolnych kolegów o pomoc przy wniesieniu łódki schodami. Zdołały zanieść ją aż do pokoju służbowego.

– Gratulacje – powiedział ojciec. – I co teraz?

– Nic – powiedziały dzieci. – Chcieliśmy jedynie mieć łódkę w pokoju, i to wszystko.

W środę wieczorem, jak zazwyczaj, rodzice poszli do kina.

Dzieci pozamykały drzwi i okna, i rozbiły zapaloną żarówkę lampy w sali. Strumień świeżego i złotego światła zaczął wyciekać z rozbitej żarówki. Poczekały, aż płomień osiągał cztery piędzi. Wtedy wyłączyły prąd, wyciągnęły łódkę i popłynęły radośnie pomiędzy wyspami domu.

Tę bajkową przygodę spowodowała moja lekkomyślność. Kiedyś wziąłem udział w seminarium na temat poezji domowego sprzętu. Toto zapytał mnie, jak to się dzieje, że światło zapala się wraz z przyciśnięciem guzika, a ja nie miałem czasu, żeby zastanowić się dwa razy.

– Ze światłem jest jak z wodą – odpowiedziałem – odkręca się kran i płynie.

We wszystkie środy nadal pływali, ucząc się obsługiwać sekstans i busolę, aż do momentu, kiedy rodzice wróciwszy z kina, znajdowali je śpiące jak anioły na twardej ziemi. Po paru miesiącach, spragnieni dalszych przygód, zażądali całego sprzętu do łowienia pod wodą. Wszystkiego: masek, płetw, zbiorników i karabinków ze sprężonym powietrzem.

– To niedobrze, że trzymacie w pokoju służbowym łódkę z wiosłami, która na nic się nie przydaje – powiedział ojciec. A jeszcze gorzej, że oprócz tego chcecie mieć cały sprzęt do nurkowania.

– A jeśli uzyskamy złotą gardenię w pierwszym semestrze? – zapytał Joel.

– Nie – powiedziała matka przestraszona. – Nic z tego.

Ojciec zarzucił jej nieustępliwość.

– Te dzieci nie zdobędą nawet funta kłaków za wypełnianie obowiązków – powiedziała – ale żeby zaspokoić zachciankę, są zdolne nawet pozbawić nauczyciela jego krzesła.

Rodzice w końcu nie powiedzieli ani tak, ani nie. Ale Toto i Joel, którzy byli na ostatnim miejscu w poprzednich dwóch latach, w lipcu zdobyli dwie złote gardenie i publiczne uznanie rektora. Tego samego popołudnia, choć nie ponowili żądania, znaleźli w sypialni cały sprzęt w oryginalnym opakowaniu. Więc w następną środę, podczas gdy rodzice oglądali „Ostatnie tango w Paryżu”, wypełniali pokój do wysokości dwóch sążni, nurkowali jak łagodne rekiny pod meblami i łóżkami, wydobywając w świetle te rzeczy, które wiele lat temu zginęły w ciemności.

Podczas ostatniej klasyfikacji bracia zostali pochwaleni jako wzór dla szkoły i otrzymali honorowe dyplomy. Tym razem nie musieli prosić o nic, bo to rodzice zapytali ich, czego sobie życzą. Byli na tyle rozważni, że poprosili tylko, aby urządzić w domu zabawę dla kolegów z klasy.

Ojciec z matką byli zachwyceni.

– To dowód ich dojrzałości – powiedział ojciec.

– Oby Bóg cię wysłuchał – rzekła matka.

W następną środę, kiedy rodzice oglądali „Bitwę o Algier”, ludzie, którzy przechodzili przez Castellana widzieli, jak kaskada światła spada ze starego budynku, schowanego wśród drzew. Wylała się przez balkony, rozlała się na fasadę strumieniami i skierowała na wielką aleję złocistym potokiem, oświetlając miasto aż do Guadarramy.

Strażacy, wezwani natychmiast, wyważyli drzwi piątego piętra i zobaczyli mieszkanie wypełnione światłem aż do sufitu. Kanapa i fotele z lamparciej skóry pływały po sali na różnych poziomach wśród butelek z baru, fortepianu i chustki z Manilii, która w połowie trzepotała w wodzie, jak złota płaszczka. Sprzęty domowe w pełni swej poezji latały na skrzydłach na niebie kuchni. Instrumenty orkiestry dętej, na których dzieci grały, żeby tańczyć, pływały dryfując wśród kolorowych ryb, wyzwolonych z akwarium, żwawe i szczęśliwe w oświetlonym rozległym bajorze. W łazience pływały wszystkie szczoteczki do zębów, prezerwatywy taty, kremy i sztuczne zęby mamy, a telewizor z dużego pokoju pływał na boku, pokazując jeszcze o północy ostatni odcinek filmu niedozwolonego dla dzieci.

Na końcu korytarza, pływając pomiędzy dwoma zbiornikami, siedział w masce Toto na rufie łódki, uczepiony wioseł, szukając latarni portu, dopóki wystarczyło powietrza w butlach, podczas gdy Joel na dziobie szukał wciąż gwiazdy polarnej przy pomocy sekstansu. Po całym domu pływało trzydziestu siedmiu kolegów z klasy, uwiecznionych w momencie robienia siusiu do doniczki geranium i śpiewania szkolnego hymnu ze zmienionym tekstem, wyśmiewającym rektora, pijących brandy ze szklanki ojca. Włączyli tyle świateł jednocześnie, że dom przepełniał się i cała czwarta klasa ze szkoły San Julian el Hospitalario utopiła się na piątym piętrze pod numerem 47 na Paseo de la Castellana. W hiszpańskim Madrycie, mieście dalekim od upalnego lata i zimnych wiatrów, bez morza i rzek, którego lądowi mieszkańcy nigdy nie byli mistrzami w żeglowaniu w świetle.

Przełożył Enrigue Porcel Ortega


Tekst pochodzi z numeru 2528/1993 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!