Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Świat jest układem szukającym równowagi

Świat jest układem szukającym równowagi

Robert Rient: Czym jest snobizm obronny?

Magdalena Tulli: Chodzi panu o to, co powiedziałam o krytykach literackich?

Tak. „Nie mówię, że krytyk jest snobem z natury, to jest snobizm obronny”.

Ludzie imają się różnych sposobów, żeby zrobić dobre wrażenie, nie narazić się, zasłużyć na szacunek. Odebranie szacunku to dotkliwa kara społeczna, a czasem niewiele trzeba, żeby zostać tak ukaranym. Nie tylko krytyk musi się obawiać, że za jakąś gafę zostanie przez tych, z którymi się liczy, potraktowany ironicznie.  Ciekawe, że ludzie, bojąc się odstawać od własnej grupy, od innej odróżniają się bardzo chętnie. Krytycy liczą się z innymi krytykami, autorów trochę lekceważą. Autor jest oceniany przez krytyków, nie na odwrót, i niepisane prawo zabrania mu zabierać głos we własnej sprawie. Ja też nie dyskutuję z krytykiem Już przed wojną obowiązywały u nas takie zasady, dla krytyków wygodne i niewymagające od nich zbyt wiele. Snobizmem obronnym nazwałam pewną strategię, za którą stoi ostrożność, niepewność i niechęć do wchodzenia w dyskusję z kolegami po fachu, jeśli nie mamy pewności, że wyjdzie na nasze.

„Życie literackie to las, po którym chodzą zwierzęta leśne i myśliwi ze strzelbami. I nagle widzę, że oni do mnie celują” - to kolejny cytat z książki Jaka piękna iluzja, czyli rozmowy, którą przeprowadziła z panią Justyna Dąbrowska.

Boję się krytyka jak każdy autor. Odpowiadam na te pana pytania, ale bez przesadnego poczucia bezpieczeństwa. A pan się go boi?

Boję się, ale niedawno napisałem do krytyka, bo w recenzji popełnił kilka błędów, w tym pomylił miejsce i czas, który opisałem w książce. W wydawnictwie mi powiedziano, że to nie przystoi tak pisać ze skargą do krytyka i że to ma być pierwszy i ostatni raz.

Krytyk popełnia błędy, bo jest pewny siebie. Bywa, że nie czyta zbyt uważnie. To, że w ogóle czyta, choćby co trzecią stronę, wydaje mu się całkiem wystarczającą łaską dla świata. Przeczytał tyle książek, że już nie może na nie patrzeć. A pan się wyrwał z pretensją do myśliwego jak ten postrzelony zając. No, postrzelił myśliwy zająca, i co z tego? Zwykła rzecz. U nas wszyscy się umówili, że zające nie protestują,mają siedzieć cicho. W Niemczech i we Włoszech – te kraje znam najlepiej –  krytyk musi się liczyć nie tylko z kolegami, to pozytywnie wpływa na jakość czytania i rozumienia.  Moim zdaniem nic strasznego pan nie zrobił, ale ja bym się tak nie wychyliła. Przecież jestem na prawach zająca w tym lesie krytyczno-literackim a myśliwy – cóż, taka jego natura – czasem strzela, i tyle.

A jak zabije?

Wtedy zwierzę przewróci się i umrze.

Opowiadała pani o recenzji, w której każdy akapit zaczynał się od słów „nie potrafi”, a pani się dziwiła, bo była pewna, że wszystko potrafi, tylko nie wszystko chce.

Do tej pory tak o sobie myślę.

Czym jest wyczucie formy?

Nie umiem go opisać inaczej niż na przykładach. Jestem przekonana, że wszyscy je mamy, w różnym stopniu. Dzięki niemu wiemy, czy coś nam się podoba, czy nie. Czy proporcje budynku są dobre, czy sekwencja akordów jest ładnie rozwiązana. Potrafimy ocenić kompozycję obrazu, wiersza, powieści. Jakoś tak jest, że nasze opinie są w dużym stopniu zgodne, zwłaszcza wszyscy podobnie słyszymy współbrzmienia. Są między nami pewne różnice, ale zasadniczo kryteria mamy wspólne. Teoretyzowano na ten temat sporo, a ja znam sprawę raczej tylko od strony praktycznej.

Byłem ogromnie zdziwiony, gdy się dowiedziałem, że zgodziła się pani udzielić wywiadu-rzeki.

Nigdy bym się nie zgodziła udzielić wywiadu-rzeki. Nie należę zresztą do postaci, od których się tego oczekuje. To zwyczajna rozmowa, którą zamówił mój wydawca, czyli Znak, u Justyny Dąbrowskiej.  Dowiedziałam się o tych planach ostatnia i bardzo się zdziwiłam, że będę aż tyle mówić.

261 stron.

Zaczęłyśmy nad tym pracować i okazało się, że materiału nie brakuje.

To nie było dla pani trudne?

Nie, nie było. Rozmawianie o świecie nie jest trudne, wszyscy robimy to na okrągło.

W książce mówi pani o pisaniu, czytaniu, ale również o porodzie w domu, dzieciach i „bardzo mało osobistej” relacji z matką.

A także o szukaniu zawodu, o muzyce, o gniewie, o miłości i o śmierci. O samym pisaniu akurat niewiele. Mówię o sprawach, z którymi spotykamy się na co dzień albo w różnych okresach życia. Justyna Dąbrowska jest zainteresowana porodami, zajmuje się tym również zawodowo stąd jej pytania na ten temat. Nie wykręcałam się, bo moja odpowiedź może komuś w czymś pomóc. Relacje z matkami to też ulubiony temat Justyny, coś, czym ona się interesuje. Nie widzę powodu, żeby odmawiać odpowiedzi na takie pytania, jeśli intencją tego, kto pyta, nie jest szukanie tanich sensacji. A co jest intencją? To, żeby może ktoś, kto ma podobne doświadczenia, dowiedział się, że nie jest z nimi sam, że one nie są ani wyjątkowe, ani nieodwołalnie niszczące, krótko mówiąc – jest nadzieja.  

Nie bała się pani odsłonić?

Nic nie zrobiłam, czego bym się musiała bać. Samo dotknięcie pewnych tematów sprawia, że ludziom się zaczyna wydawać, że wszystko o mnie wiedzą. Ale dlaczego tak jest? O dwóch przedostatnich książkach słyszałam ze wszystkich stron, że są autobiograficzne. Kiedy bierzemy każde słowo powieści za świętą prawdę? Kiedy ta powieść dotyka spraw, które dla nas samych są żywe i palące. W tych dwóch książkach wiele osób znalazło coś swojego. Coś mojego oczywiście też tam jest. To właśnie jest coś wspólnego, co nas łączy. Doświadczenia osób żyjących w tym samym miejscu i czasie mogą być podobne na różne sposoby.

A dlaczego nie chciała pani rozmawiać o czytaniu książek?

Czytam powoli.  Trochę się wstydziłam, że nie doczytuję do końca, że mam na podłodze stosy zakurzonych książek doczytanych do połowy. Ale nie jest tak, że nie chciałam rozmawiać. Opowiadałam i o książkach.

Po lekturze zostało we mnie słowo: równowaga. Ono powraca w książce, staje się kluczem.

Używam w tych rozmowach pojęcia równowagi, bo pomaga mi zrozumieć różne sytuacje z naszego życia. Za tym, w jaki sposób używam pojęcia równowagi, kryje się założenie, że szukanie równowagi jest naszą podstawową potrzebą i że wiele rzeczy robimy tylko z tego powodu, by równowagę odzyskać, kiedy życie nas z niej wytrąca. W moich oczach cały świat jest układem szukającym równowagi i wszystko, co się w nim dzieje, jakoś z tym wiążę.

To na przykład wyjaśnia, dlaczego ktoś kogoś szarpie.

Szarpiący nie myśli o tym, że odebrano mu równowagę, że szarpiąc odbiera równowagę komuś innemu. Szarpie rodzic, bo już wychodzi z siebie, kiedy dziecko, szukając dla siebie równowagi, nadużyło jego cierpliwości. Albo szarpie nauczycielka, z tego samego powodu.

Niedawno trafiłem na zdanie Ashina Tejaniyi, które brzmi: „Jeśli chcesz znaleźć równowagę, musisz doświadczyć i zrozumieć skrajności”. A skąd pani zdaniem bierze się równowaga?

Patrzę na to inaczej. Równowaga powraca, kiedy przestajemy widzieć siebie w centrum obrazu. Zaczynamy widzieć innych, uwaga rozkłada się bardziej równomiernie, to pomaga znaleźć własny środek ciężkości. A jeśli potrafimy zobaczyć siebie jako część większej dynamicznej całości, mamy nawet szansę odzyskać równowagę utraconą dawno temu.

Chciała pani, żeby w książce pojawił się rozdział o wolności. Dlaczego?

Wolność nagle znowu stała się problemem, właśnie zawisła na włosku. Gdyby ten problem obchodził wszystkich w równym stopniu, łatwiej byśmy go rozwiązali. Potrzebujemy wolności, ale nie tej samej wolności i nie wszyscy jednakowo.

Jako sposób na odzyskiwanie wolności przedstawia pani milczący marsz.

Nie przedstawiam sposobu, bo żadnego nie znam. Mówię tylko o tym, że osobiście wolę iść w marszu milczącym niż krzyczącym. Ale żaden marsz nikomu nie przywróci wolności, jeśli nie przekroczy masy krytycznej. Na ulicę musiałoby wyjść parę milionów ludzi. Taki marsz zmiecie każdego tyrana. Nie ma paru milionów ludzi na ulicy, więc nie ma o czym mówić.

Kto rządzi ludźmi?

To ci, których wybieramy, bo im ufamy, bo są kompetentni. Albo dlatego, że dużo mówią o Bogu i honorze, albo są przystojni, albo znani z tego, że umieją robić pieniądze, co nie wiedzieć czemu ma świadczyć o tym, że gotowi są zrobić je dla nas, albo też kadzą swojemu narodowi, nazywając go rasą panów. Jeśli nie czują się za nic i przed nikim odpowiedzialni, świat w ich rękach może źle skończyć.

Dla obecnie rządzących Polską znalazła pani określenie „prawicowi anarchiści”.

To było półtora roku temu, teraz czuję, że ono nie trafia w sedno, czegoś w nim brakuje. Mój organizm jest tak skonstruowany, że kiedy jest nieszczęśliwy, szuka dobrych określeń. Ktoś inny, gdy znajdzie się w takim stanie, rzuci kamieniem. Ten sam rodzaj energii skłania nas do jednego i do drugiego. Ale kamienia nie szukam.

Nienapisane książki nazywa pani żywymi stworzeniami, które za panią chodzą i domagają się uwagi.

Książka przychodzi z zewnątrz w postaci obserwacji na temat świata albo ludzi. Historie zwykle chodzą za tymi, którzy potrafią je opowiedzieć. Którzy wiedzą, jakiego dokonać skrótu i jakich operacji, żeby obserwacje zamieniły się w powieść. 

Niedawno pojawiła się pani książka dla dzieci Ten i tamten las – jak do pani przyszła?

Wyobraziłam sobie las, do którego przychodzą zwierzęta-uciekinierzy albo takie zwierzęta, które czegoś szukają, albo takie, które nie mają wyboru. Zwierzęta miejscowe, z tego lasu, próbują sobie z tym radzić. Spotykają się, negocjują między sobą, co zrobić z obcym. Jedne są gotowe polubić przybysza, inne mają pomysł, żeby go zjeść. Jedno z tych miejscowych zwierząt zaczyna się stopniowo zmieniać, otwierają się w nim uczucia. Pragnie komuś zaufać i do kogoś się przywiązać. Życie uczy, że nie można nikogo mieć na własność, ale że uczucia dają nam siłę i poczucie sensu.  A na końcu jest puenta, pewnie zaskakująca.

W którym momencie zaczyna pani pisać?

Kiedy widzę początek, środek i koniec. Kiedy dostrzegam mechanizm, który wprawia historię w ruch i doprowadza ją do puenty.

A samo pisanie jest przyjemne?

Kiedy całość już się dopina, nawet bardzo przyjemne. Przedtem zdarza się trochę zamętu, ale to mi nie przeszkadza. Do zamętu jestem przyzwyczajona.

Magdalena Tulli/ Creative Commons
Magdalena Tulli/ Creative Commons

Magdalena Tulli - pisarka. Urodziła się w 1955 r. w Warszawie. Debiutowała powieścią Sny i kamienie, za którą otrzymała Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Jej książki zostały przetłumaczone na 15 języków. Otrzymała Literacką Nagrodę Gdynia i Nagrodę Gryfia za Włoskie szpilki, których wznowienie niedawno pojawiło się w księgarniach, oraz nagrodę im. Tuwima za całokształt twórczości. Niedawno ukazała się książka Jaka piękna iluzja – wywiad z pisarką, który przeprowadziła Justyna Dąbrowska, oraz książka dla dzieci Ten i tamten las.

 

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor powieści „Chodziło o miłość”, „Duchy Jeremiego” i reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info